<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911</id><updated>2012-02-01T21:28:32.269+01:00</updated><category term='Info'/><category term='Opowiadania'/><category term='Eseje'/><category term='Drobiazgi'/><category term='Powieść'/><category term='Felietony'/><title type='text'>Warzywo</title><subtitle type='html'>To jest blog literacki raczej. Nie należy z niego wyciągać pochopnych wniosków. Za pisanie odpowiada Marcin Muth, za ilustracje Ania Matykiewicz-Luboch. Jeśli ktoś chce gdzieś dalej wykorzystać cokolwiek z tego bloga, to prosimy pamiętać o prawach autorskich. Szczególnie polecamy powieść, która od roku na bieżąco się ukazuje.</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>129</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-8412321881292844034</id><published>2011-12-24T14:27:00.002+01:00</published><updated>2011-12-24T14:27:22.903+01:00</updated><title type='text'>Ser.</title><content type='html'>Strasznie zapuszczony blog. Niedokończona powieść. Porzucone wątki. Wszystko to się dobrze składa do życzeń. Serdecznych. Z wiekiem człowiek zaczyna się cieszyć małymi słowami. Serdecznie się cieszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I nawet dla ludzi i dla świąt się robi miły. Uśmiecha się czasem. Byle za blisko nie podchodzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ściskam ser. wszystkich, którzy tu wleźli.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-8412321881292844034?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/8412321881292844034/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/12/ser.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8412321881292844034'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8412321881292844034'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/12/ser.html' title='Ser.'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1584235287863020246</id><published>2011-07-19T07:53:00.002+02:00</published><updated>2011-07-19T08:15:50.210+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>19. Szaleństwo Króla Władysława</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-bF6HLkV8HiU/TiUbx3w6LpI/AAAAAAAAANk/CzuVUu4QSWw/s1600/krol.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="259" src="http://1.bp.blogspot.com/-bF6HLkV8HiU/TiUbx3w6LpI/AAAAAAAAANk/CzuVUu4QSWw/s320/krol.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Koniec zabawy, zakrzyknął od progu Łokietek i zdzielił batem grupkę&amp;nbsp;tańczących najbliżej. Ci się&amp;nbsp;rozpierzchli z jękiem, a on omiótł ostrym spojrzeniem całe Kisielice. Przejmuję lokal w imieniu osiedla, dokończył wypowiedź. Jakiego osiedla? Zapytał wyjątkowo trzeźwo barman, a zarazem współwłaściciel. W imieniu mojego osiedla, odparł Łokietek, co właściwie wyjaśniało sprawę. Rekwizycja odbyła się&amp;nbsp;bez dalszego oporu, poza może próbą&amp;nbsp;Kuby Śruby wpłynięcia na Łokietka za pomocą swojego najmocniejszego argumentu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Sranie w banie, powiedział głośno i dobitnie Śruba. Wcale nie, odparł bez ceregieli Łokietek, który był do granic możliwości rozdrażniony romansem Śruby z Maligną. To się musi skończyć, powtarzał często, myjąc nogi w umywalce. Chciał nawet przeforsować sąd skorupkowy, który skazałby Kubę na banicję, ale przeciwko temu wystąpili właściwie wszyscy, którzy mieli odpowiednie skorupki. Cenimy Twój majestat, kochamy Malignę, ale Kuba to Kuba. Jako jedyny postawił się&amp;nbsp;całym Stanom Zjednoczonym. Nie możemy go teraz wyrzucić.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Chcąc nie chcąc, znosił zatem Łokietek Śrubę, ale przy każdej okazji dawał mu odczuć, że nie liczy się&amp;nbsp;z jego zdaniem, a nawet nim pomiata. Jesteś&amp;nbsp;męską szmatą, chciałby mu powiedzieć. Nie mówił jednak, ponieważ rozumiał, że to może źle wpłynąć na jego odbiór w opinii społecznej, a musiał, choć&amp;nbsp;monarcha, się&amp;nbsp;z tym liczyć. Istniał już&amp;nbsp;jednak w jego głowie plan najazdu Szwedów na Kubę, który miał być&amp;nbsp;zasłoną dymną&amp;nbsp;dla uprowadzenia Maligny z łoża nieprawego. Skąd weźmiesz Szwedów, zapytał kiedyś posiadający umiejętność&amp;nbsp;czytania w myślach przyjaciela Gustaffson. Kupię w Ikei i poskręcam, odparł Łokietek.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;To nie był taki głupi plan, myślał Gustaffson, Ikea nawet blisko mieszkania Kuby. Po sąsiedzku zadrażnienia się&amp;nbsp;zdarzają. Drewnianych Szwedów może przecież wkurzyć elastyczny i zakręcony Kuba Śruba. Jak się&amp;nbsp;Łokietkowi uda, kalkulował, będzie trzeba jednak poszukać&amp;nbsp;nowego skrzydłowego do drużyny Franza Schopenhauera. Koszt transportu poskręcanych Szwedów też&amp;nbsp;nie będzie duży, podsumował i przeniósł myśli do Kisielic tamtego dnia, gdy Łokietek stanął w drzwiach i przerwał zabawę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Możecie iść do Smetany, rzucił za wychodzącymi z lokalu, tam jest Gombrowicz z Schulzem i Ceppellinem, a może i Sztuk Puk jeszcze takoż. Kto to jest Gombrowicz, co to za jeden Schulz? Dało się&amp;nbsp;słyszeć z tłumu. O Ceppellina i Puka nikt nie pytał, bo wszyscy ich świetnie znali. Natomiast znajomość klasyki awangardowej nie licowała częstoktroć ze studiami na wydziałach humanistycznych i artystycznych. Lepiej było pozostać w kręgu realizmu magicznego oraz metafizyki konkretnej Paolo Coelho, względenie Jonathana Carolla.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Po wyjściu osób nieporządanych, czyli wszystkich poza Łokietkiem i Gustaffsonem, król zwołał radę&amp;nbsp;osiedla. Zreferuj porządek obrad, wydał polecenie wiernemu druhowi. Punkt pierwszy: czwarta tajemnica fatimska i jej wpływ na losy osiedla, zaczął wyliczankę Gustaffson. Punkt drugi: sytuacja Lecha Poznań w lidze i jej wpływ na ewentualny spadek w następnym sezonie. Punkt trzeci: rola profesora Szatana w telefonie Księcia. Punkt czwarty: stan psychiczny władcy osiedla, zakończył wyliczankę Gustaffson.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Jaki stan psychiczny? Jaki stan psychiczny? O co ci chodzi? Zamach stanu!? Ty, ty, jesteś w zmowie ze Szwedami! Od razu wiedziałem, że Gustaffson to nie jest polskie nazwisko. Jestem Bambrem, odpowiedział z godnością Gustaffson. Jakim Bambrem!? Jesteś zwykłym, żałosnym Szwedem!!! Nie gadam z Tobą. W ogóle, to nie jesteś&amp;nbsp;mi potrzebny! Rozbeczał się&amp;nbsp;nie na żarty Łokietek.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp; Tak, on zdecydowanie potrzebuje kobiety, powiedział do siebie w duchu Gustaffson. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Na całe szczęście ponad połowa populacji globu to tzw. niewiasty. Gustaffson wystawił głowę&amp;nbsp;z Kisielic i zawołał jedną, co akurat szła na nocny. Była na tyle pijana, że po prostu weszła do lokalu, nie pytając o nic. Na tyle jednak trzeźwa, że się&amp;nbsp;przestraszyła, gdy zobaczyła Łokietka. Co mu jest? Zapytała zaniepokojona. Załamanie nerwowe, przepracowanie, brak kobiety - zreferował krótko Gustaffson. Trzeba go przytulić, dodał szybko. Jak to przytulić? Kim on jest, żebym go przytulała?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;On jest królem, powiedział Gustaffson. Szefem całego osiedla. Nazywa się Władek Łokietek. To jest Władek, taki mały? Nie mogła uwierzyć dziewczyna, bo chyba bystra nie była. A jaki ma być&amp;nbsp;Łokietek? Retorycznie zapytał poirytowany Gustaffson. Może po prostu go przytul. Masz ładne piersi, powinno mu być&amp;nbsp;miękko i przyjemnie. Ok, odpowiedziała, ale to będzie kosztowało. Ej, ale mi nie chodzi o nic wielkiego, tylko o przytulenie, tłumaczył Gustaffson. Ej, ale mi też nie chodzi o nic wielkiego, zjadłabym kebaba, odparła nosicielka piersi niezbędnych do naprawy stosunktów na najwyższych szczeblach osiedla. Dobra, zajmij się&amp;nbsp;nim, a ja idę&amp;nbsp;po kebab, powiedział Gustaffson.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Nie w smak mu była wyprawa po kebab,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp; bo w pobliżu już&amp;nbsp;wszystko zamknięte było, ale czego się&amp;nbsp;nie robi dla przyjaciół. Podreptał zatem w kierunku placu Cyryla Ratajskiego, gdzie jeden z najlepszych kebabów, jeśli w ogóle ktoś&amp;nbsp;między tymi wytworami tureckich rąk jakąś różnicę odnajduje, w mieście sporządzano. Zaraz obok był tradycyjny bar mleczny Pod Arkadami, ale teraz to był kompletnie nieczynny, poza tym nieprzydatny, jeśli chodzi o kebaby. Zaraz obok stały panie do wynajęcia, co również&amp;nbsp;było już&amp;nbsp;niepotrzebne, za poza tym zazwyczaj przyjmowały twardszą&amp;nbsp;walutę&amp;nbsp;niż&amp;nbsp;kebab. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Cokolwiek się jeszcze nie działo na placu Cyryla Ratajskiego, teraz liczył się&amp;nbsp;tylko kebab. W bułce czy cieście? To było jedno z tych pytań, na które w tej chwili Gustaffson nie potrafił znaleźć odpowiedniej odpowiedzi. Nie wiem, no, nie wiem, kupię w bułce, to ona powie, że je tylko w cieście, a jak odwrotnie, to odwrotnie. Gustaffson bał się, że dziewczyna, gdy nie dostanie odpowiedniego kebaba, zabierze swoje piersi. To mogło na trwałe zaburzyć&amp;nbsp;ład we wszechświecie. Krucha równowaga między Szatanem i Bogiem utrzymywała się&amp;nbsp;tylko dzięki nadpobudliwej aktywonści Łokietka. Jeśli ten straci kontakt z rzeczywistością, to możliwa jest utrata kontaktu z rzeczywistością w ogóle. Metafizyczna równowaga świata zależała od rodzaju pieczywa.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Poproszę taki i taki, zadecydował w końcu Gustaffson. To było kosztowne, ale roztropne posunięcie. Pozwalało uniknąć niezdowolenia niewiasty dysponującej miękką klatką&amp;nbsp;piersiową oraz powtórnej wyprawy na Plac Cyryla Ratajskiego. Zabrał zatem Gustaffson dwa kebaby i pobieżył z powrotem ulicą Ratajczaka na Taczaka. Po drodze jednak musiał się, jak to w takich razach bywa, natknąć&amp;nbsp;się&amp;nbsp;na jednego z przyjaciół. Nie było to w onym czasie trudne, ponieważ wszyscy jego przyjaciele niemal codziennie spędzali czas w jednym z pobliskich lokali. Tym razem jeden z nich wychynął z lewej odnogi Świętego Marcina. I to nie byle kto. Był to bowiem sam Jodła, o którym tyle się&amp;nbsp;jeszcze niedawno mówiło.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Jodła okropnie się&amp;nbsp;ucieszył widząc Gustaffsona. Bardziej właściwie się&amp;nbsp;ucieszył na widok kebabów, ale jednak była to radość niezmiernie szczera. Daj kebab, powiedział bez ceregieli, zakładając nie bez racji, że przyjaciel jeden ma na zbyciu, bo kto widział jeść&amp;nbsp;dwa kebaby? Mogę&amp;nbsp;Ci dać, ale za chwilę. Mam to dla dziewczyny, ale nie wiem który ona chce. O, masz też dziewczynę, ucieszył się&amp;nbsp;Jodła, który właśnie szukał dwóch rzeczy: kebaba i kobiety na najbliżsżą noc. Pewnie chce w cieście, bo bułka jej wejdzie w dupę, fachowo rozpoznał. Pewności jednak nie ma, a ja muszę&amp;nbsp;mieć pewność, odparł Gustaffson. Chodź ze mną, to się&amp;nbsp;okaże i dostaniesz drugiego kebaba, ale za piątaka. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;A dorzucisz dziewczynę? Apetyt Jodły rósł w miarę&amp;nbsp;jedzenia. Nie było opcji, żeby kobietę, którą&amp;nbsp;zauważył, zostawił w spokoju. Co najwyżej ona mogła zostawić&amp;nbsp;go w spokoju, ale to się, niewiedzieć&amp;nbsp;dlaczego, rzadko zdarzało. Zobaczy się, jest potrzebna Łokietkowi. Musi go utulić. Posypał się&amp;nbsp;trochę. A co się temu jurnemu brzdącowi stało, zatroskał się&amp;nbsp;Jodła, który był chodzącą apoteozą&amp;nbsp;jowialności i troski. Nic wielkiego, troche&amp;nbsp;za dużo na niego spadło. Wstrzemięźliwość&amp;nbsp;seksualna nie idzie w parze z działalnością publiczną, to się&amp;nbsp;musiało skumulować&amp;nbsp;i wyjść bokiem, wyjaśniał Gustaffson. Ale sytuacja opanowana. O, już&amp;nbsp;jesteśmy, zauważył i otworzył drzwi do Kisielic. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Uważaj tylko na schody, zwrócił życzliwą&amp;nbsp;uwagę Jodle, który jednak usłyszał wszystko zbyt późno. Zbyt późno, aby nie spać na ryj. Leżał zatem, przeklinając pod drzwiami do toalety, podczas gdy Gustaffson szukał już&amp;nbsp;wzrokiem pozostawionego na łasce i niełasce piersiastej dziewczyny Łokietka. Okazało się&amp;nbsp;po chwili, że sytuacja przez tych kilkadziesiąt minut, gdy dreptał cierpliwie po kebaby, nieco się&amp;nbsp;zmieniła. Otóż Łokietek czując miękkość&amp;nbsp;kobiecych gruczołów, szybko doszedł do siebie. Doszedłwszy do siebie, postanowił dojść&amp;nbsp;jeszcze raz. Szybko przeprowadził grę wstępną na tyle wprawnie, że powracający Gustaffson zastał ich in flagranti. Dziewczyna z całkiem ciekawą figurą spoczywała na czterech kończynach mniej więcej jak piesek, a Łokietek natomiast wbijał się&amp;nbsp;z nią&amp;nbsp;z szybkością dzięcioła dużego (&lt;i&gt;Dendrocopos major).&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Mały król wywija wielkim berłem, skomentował pozbierawszy się&amp;nbsp;wstępnie Jodła. Może ten kebab już bym zjadł, bo chyba dziewczyna chwilowo zajęta. Tak, zjedzmy, stwierdził Gustaffson, który również&amp;nbsp;nie widział potrzeby opłacania królewskich uciech ze swoich wątłych środków. Teraz będzie już&amp;nbsp;w stanie sam to załatwić, usprawiedliwił konsumpcję i podał Jodle kebaba w bułce, gdyż&amp;nbsp;bał się, że mu wejdzie w dupę. Potrawa, choć&amp;nbsp;już&amp;nbsp;nie najcieplejsza, była jednak pożywna, tak że chłopcy postanowili ją&amp;nbsp;popić pozostawionymi za barem trunkami. Wybór nie był wielki, bo lokal kupował tylko to, na co było stać klientów, głównie studentów. Znalazło się&amp;nbsp;jednak piwo, które delikatnie okrasili wódką&amp;nbsp;i rozlali do szklanek czterech po równo. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Tymczasem Łokietek doszedł do siebie ostatecznie, a i dziewczyna była jakby bardziej zadowolona. Jak masz na imię, zapytał szarmancko król. Żaneta, odpowiedziała dziewczyna. Łokietek, słysząc to, posmutniał. Chętnie bym Ci zaproponował coś&amp;nbsp;więcej niż&amp;nbsp;tylko seks, ale niestety to imię&amp;nbsp;Cię&amp;nbsp;dyskwalifikuje, tłumaczyl. Muszę&amp;nbsp;się&amp;nbsp;liczyć&amp;nbsp;z okolicznościami, które determinuje mój majestat. Jadwiga to jest moje przeznaczenie. Zofia może być, Katarzyna i owszem, ja wiem, Xymena albo nawet Halina, ale Żaneta to się&amp;nbsp;nie godzi. Brzmi zbyt plebejsko. To powiedziawszy, poczuł jak jedna połowa twarzy boli go bardziej niż&amp;nbsp;druga, choć&amp;nbsp;obie bolą bardziej niż&amp;nbsp;przed chwilą. Z jednej bowiem strony przyszedł cios drobnej, choć&amp;nbsp;piersiastej Żanety, a z drugiej ogromnego, choć&amp;nbsp;wrażliwego Jodły. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Cham nie król, powiedział mu w twarz Jodła, przytulając jednocześnie do siebie Żanetę. Zajmę&amp;nbsp;się&amp;nbsp;Twoją ofiarą i módl się, żeby sobie nic nie zrobiła, padalcu. A poza tym wszystko powiedziane Szatanowi. Zaraz z rana pójdę&amp;nbsp;do profesora i opowiem, co wy tu wyczyniacie. To jest nieludzkie. Czas z tym skończyć. Żanetka, ubierz się, jedziemy do mnie, wybełktotał ustami pełnymi surówki&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;. Łokietek przez chwilę&amp;nbsp;stał jak wryty, podczas gdy dziewczyna szybko zbierała garderobę. On sam naciągnął nieodłączne kalesony i podszedł do baru. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Napił się&amp;nbsp;piwa z wódką i przeszedł do obowiązków służbowych. Sprawy psychicze, stwierdził, uporządkowałem, teraz pozostają kwestie wiodące. Tajemnicę&amp;nbsp;fatimską musimy zdobyć&amp;nbsp;jak najszybciej. Papież&amp;nbsp;jest nieosiągalny, ale mamy swoje dojścia. Spróbuję z Profesorem Bogiem, a jak nie z nim to może ksiądz Brzęcławski pomoże. Kolejorzem ty się&amp;nbsp;musisz zająć. Nie kumam co tam jest grane. Sponsorzy przychodzą&amp;nbsp;i odchodzą, mafia podobno jakaś tam siedzi. To chyba nie ma związku z metafizyką. Natomiast wpływ Szatana na Księcia wydaje mi się mało prawdopodobny. Słuchałeś&amp;nbsp;ostatnio Radia Maryja?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;CDN.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1584235287863020246?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1584235287863020246/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/07/szalenstwo-krola-wadysawa.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1584235287863020246'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1584235287863020246'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/07/szalenstwo-krola-wadysawa.html' title='19. Szaleństwo Króla Władysława'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-bF6HLkV8HiU/TiUbx3w6LpI/AAAAAAAAANk/CzuVUu4QSWw/s72-c/krol.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-2641943277520905900</id><published>2011-05-05T19:14:00.001+02:00</published><updated>2011-05-05T19:15:15.440+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>18. Mano, tekel, fares</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;style&gt;&lt;!-- /* Font Definitions */@font-face {font-family:"Cambria Math"; panose-1:2 4 5 3 5 4 6 3 2 4; mso-font-charset:0; mso-generic-font-family:auto; mso-font-pitch:variable; mso-font-signature:-536870145 1107305727 0 0 415 0;}@font-face {font-family:Cambria; panose-1:2 4 5 3 5 4 6 3 2 4; mso-font-charset:0; mso-generic-font-family:auto; mso-font-pitch:variable; mso-font-signature:-536870145 1073743103 0 0 415 0;} /* Style Definitions */p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal {mso-style-unhide:no; mso-style-qformat:yes; mso-style-parent:""; margin:0cm; margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:12.0pt; font-family:Cambria; mso-fareast-font-family:Cambria; mso-bidi-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:EN-US; mso-fareast-language:EN-US;}.MsoChpDefault {mso-style-type:export-only; mso-default-props:yes; font-size:10.0pt; mso-ansi-font-size:10.0pt; mso-bidi-font-size:10.0pt; font-family:Cambria; mso-ascii-font-family:Cambria; mso-fareast-font-family:Cambria; mso-hansi-font-family:Cambria;}@page WordSection1 {size:612.0pt 792.0pt; margin:72.0pt 90.0pt 72.0pt 90.0pt; mso-header-margin:35.4pt; mso-footer-margin:35.4pt; mso-paper-source:0;}div.WordSection1 {page:WordSection1;}--&gt;&lt;/style&gt;     &lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-K_2o0EFh3PQ/TcLaz2PmeEI/AAAAAAAAAMM/NP0gZGFaqhw/s1600/Mano.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="289" src="http://1.bp.blogspot.com/-K_2o0EFh3PQ/TcLaz2PmeEI/AAAAAAAAAMM/NP0gZGFaqhw/s320/Mano.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US" style="font-size: 16pt;"&gt;&lt;/span&gt;Kiedy wyczerpani rozgrywkami zawodnicy Franza Schopenhauera weszli do szatni, czekali już na nich Teologowie. Chłopcy, a szczególnie dziewczęta bali się, że dojdzie do rękoczynów. Żołnierze Pana byli naprawdę&amp;nbsp;mocno zbudowani, a część z nich zdecydowanie nie praktykowała żadnych uciech seksualnych, co mogło ich choć trochę&amp;nbsp;odciążyć od nadmiernej ilości testosteronu. &lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;&lt;/span&gt;  &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Fantasmagoryści, jako się&amp;nbsp;rzekło, wytrawni stratedzy, wysłali przodem Mano, który mocny był w gębie oraz nogach. Gdyby się&amp;nbsp;działo coś&amp;nbsp;nie tak, od razu miał powiedzieć coś&amp;nbsp;o życiu i twórczości arcybiskupa poznańskiego, a następnie odsłaniać&amp;nbsp;odwrót całej ekipy. Szczególnie dominacją męskiej płci w szatni zaniepokojone były Herma i Afrodyta, dlatego zdecydowano, że wejdą so szatni dopiero, gdy się&amp;nbsp;wyjaśni, czego chcą chłopcy z seminarium.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Ku zaskoczeniu zawodników Schopenahauera teologowie nie mieli złych zamiarów. Tym razem chcieli tylko pogadać. Wam się&amp;nbsp;wydaje, że ten wynik jest wypadkową waszego zaangażowania i naszej słabości, to jednak nie jest takie proste, powiedział ich kapitan. Był to facet bardzo barczysty, przysadzisty oraz konkretny. Wyglądał jak średniowieczny rycerz. Powała z Taczewa. Metr sześćdziesiąt w kapelu&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;tku, &lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;ale krzepki, silny, zwarty i zawsze gotowy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Jeżeli chodzi o zawartość&amp;nbsp;jego głowy, to było mniej więcej takoż. Jego wiedza obejmowała całkiem spory zasięg średniowiecznej scholastyki. Jeśli zaś idzie o wiedzę geograficzną&amp;nbsp;oraz historyczną&amp;nbsp;nawet poza to wykraczała. Oczywiście, że nie jest to takie proste, ponieważ na naszej rywalizacji silnie odciskają&amp;nbsp;swe piętno podziały klasowe oraz światopoglądowe, odpowiedział mu nader dyplomatycznie Mano, którego głowa z kolei zawierała głównie dorobek postoświeceniowy z naciskiem jednak na postkomunistyczny.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Słuchajcie, zwrócił się&amp;nbsp;bezpośrednio do Robsona i Gustaffson&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;a&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt; kapitan Kremówki Wadowice, mijając jednocześnie zwodem zaczepnego Mano, wyglądacie rozsądnie, a my nie chcemy się&amp;nbsp;kłócić, potrzebujemy waszej pomocy. Naszej? Wyraził zdziwienie Robson, który jako praktykujący rastafarianin niesepcjalnie interesował się&amp;nbsp;problemami innych wyznań, a właściwie nie interesował się&amp;nbsp;problemami w ogóle. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Tak, waszej, potwierdził poważnie teolog. Wyglądał na człowieka bez poczucia humoru, ale zachowywał się&amp;nbsp;przyjaźnie. No dobra, mówcie, o co biega, zadeklarował zainteresowanie fantasmagorystów Gustaffson. Zawołajcie dziewczyny, powiedział z kolei do Nyrupa i Thorgala. Nie, nie, to męska sprawa, zaoponowali teologowie. Chcecie, żebyśmy wam pomogli, czy będziecie odgrywać&amp;nbsp;jakąś samczą&amp;nbsp;komedię? Ale to są&amp;nbsp; wstydliwe sprawy, zapłąnął rumieńcem barczysty kapitan. Tym bardziej dziewczyny będą&amp;nbsp;bardziej wyrozumiałe, stwierdził Gustaffson i postawił na swoim.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Robson tymczasem usiadł na ławce pod ścianą i wyjął z torby piwo oraz bibułki. Mano nie czekając sięgnął po worek trawy, który wziął specjalnie z myślą&amp;nbsp;o pomeczowej regeneracji. Zanim pojawiły się&amp;nbsp;dziewczyny, fajka pokoju już&amp;nbsp;wędrowała między około dwudzistoma teologami oraz kilkoma fantasmagorystami. Na szczęście towaru było duża, a atmosfera sprzyjała. Dziewczyny szybko się&amp;nbsp;odnalazły, choć&amp;nbsp;początkowo zniechęcił je nieco ostry &lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;fetor&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;teologicznych hormonów.&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt; Chwilę&amp;nbsp;później czuć&amp;nbsp;już&amp;nbsp;było tylko charakterystyczny zapach pięknej rośliny o jeszcze piękniejszej nazwie "marihuana".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Opowieść kapitana teologów była bardzo smutna, a może nawet żałośnie smutna. Okazało się&amp;nbsp;bowiem, że pod płaszczykiem sprawowania funkcji biskupa, tutejszy notabl kościelny wykorzystuje seksualnie kleryków z seminarium. Niektórzy z nich byli kolegami teologów, ba, niektórzy z teologów byli klerykami. Kapitan nie powiedział tego wprost, ale być&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;może &lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;niektórzy ze zgromadzonych mieli za sobą wątpliwą przyjemność &lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;pięlęgnowania wymuskanych klejnotów biskupich&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;. Jak się&amp;nbsp;jednak okazało, nie to było najgorsze, że ktoś tam &lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;z &lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;kimś&amp;nbsp;siusiaka sobie dotyka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Gorsze, o wiele gorsze&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;,&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt; było to, że zagrożony był najwyższy majestat, a przez to i prestiż&amp;nbsp;Papieża Polaka naszego jedynego, gdyż jak się&amp;nbsp;okazało jeden upokorzonych przez biskupa młodych kleryków wykradł mu z nocnej szafki jedną&amp;nbsp;z najpilniej strzeżonych tajemnic. Omawiany bowiem biskup był niegdyś bardzo wpływową postacią&amp;nbsp;kurii rzymskiej, a dzięki zawartym tam bliskim znajomościom, uzyskał dostęp do wszystkich zakamarków schowka watykańskiego.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Jak to jest, cholera, możliwe, zapytał wzburzony Mano, że taki jeden z drugim klecha może nie tylko wynosić wielkie kościelne tajemnice, a potem jeszcze dymać bezmyślnie młodych adeptów kapłaństwa. Sodoma i Gomora. Bicza bożego na was nie ma! Krzyczał na teologów, jakby to oni temu byli winni. Spokojnie, upokajał Mano Robson, co cię&amp;nbsp;to w ogóle obchodzi!? A właśnie, że obchodzi, my tu walczymy z zabobonem, szerzymy postęp i nie mamy za co towaru kupić, a ci tu sobie dupczenie na koszt podatnika urządzają i jeszcze nie potrafią&amp;nbsp;porządku w szeregach upilnować. To jest, kurwa, skandal!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Nie bluźnij bracie, powiedział poważnie kapitan Kremówki Wadowice, nie nam sądzić bliźnich. No ja mu chyba jebnę... Rozochocił się&amp;nbsp;pomimo spowalniającego działania konopii Mano. Chłopcy już&amp;nbsp;niemal skoczyli sobie do gardeł, gdy niezmiennie pełen refeleksyjnego refleksu Gustaffson skinął na Nyrupa i Thorgala, coby ich zabezpieczyli przed rękoczynami. Gdy skandynawowie odjęli Mano od gardła kapitana teologów, przejęły go dziewczyny, gdyż miały na niego uspokajający wpływ.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Co zginęło z szafki biskupa, zapytała rzeczowo Herma. Coś przez co Szatan może odzyskać&amp;nbsp;panowanie nad światem, odpowiedział mało rzeczowo kapitan Kremówki. Bez przesady z tym Szatanem. Wykłada u nas i nie wygląda specjalnie groźnie, zauważył wyjątkowo trzeźwo Robson. Jesteśmy nawet sąsiadami, bo on też&amp;nbsp;mieszka na Wildzie, potwierdził Gustaffson. Tak, coś&amp;nbsp;o tym słyszałem, powiedział jakby nieobecny kapitan, chyba Grabaż o tym śpiewał, prawda? Tak, było coś takiego, potwierdził udobruchany przez dziewczęta Mano.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Łokietek mówi, że Szatan nie umie nawet podetrzeć&amp;nbsp;się&amp;nbsp;bez jego wiedzy, więc chyba może&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;my&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt; być&amp;nbsp;spokojni, podsumował dygresję Gustaffson. Pogadam z nim. Powiedz tylko, zwrócił się&amp;nbsp;do nabrzmiałego tajemnicą teologa, co właściwie zginęło. Szatan może nie jest zbyt bystry, ale przebiegły jest na pewno. W życiu nie odda czegoś w ciemno i tylko dlatego, że go o to poprosimy. Musicie nam powiedzieć&amp;nbsp;całą prawdę. Oczywiście, rozumiem, że nie możecie tego zrobić&amp;nbsp;w tak szerokim gronie, dlatego zapraszam na soczek Tymbark. Tu nieopodal jest sklep Żabka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;W Poznaniu przełomu milleniów, można było w ciemno powiedzieć, że gdzieś&amp;nbsp;w pobliżu jest sklep Żabka. Całe miasto było gęsto oplecione siecią małych sklepików spożywczyczo-monopolowych założonych przez kultowego biznesmena miejscowego - Mariusza Świtalskiego. Obok potężnej rodziny Kulczyków był najbardziej wpływową postacią w mieście, a przez to i na świecie. Zarówno Bóg, jak i Szatan musieli szanować jego interesy. Nawet Łokietek raczej nie miał zwyczaju wchodzić&amp;nbsp;mu w drogę, choć&amp;nbsp;jednak wafelki wolał kupować&amp;nbsp;"U Żela".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Zostawiają&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;c&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt; całą&amp;nbsp;ferajnę, która i tak nie miała świadomości, jak ważkie zagadnienie zostało poruszone, Gustaffson i kapitan teologów, jak się&amp;nbsp;za chwilę&amp;nbsp;okazało, Stefan, poszli na soczek Tymbark do pobliskiej Żabki. Mieściła się&amp;nbsp;ona w narożnej kamienicy, gdzie Młyńska się&amp;nbsp;krzyżowała z nie-Młyńską, a widok się&amp;nbsp;otwierał na sąd oraz areszt śledczy. Stefan powiedział Gustaffsonowi, że naprawdę&amp;nbsp;pomoc fantasmagorystów jest dla niego ostatnią&amp;nbsp;deską&amp;nbsp;ratunku. Wszystko może się&amp;nbsp;posypać, naprawdę, mówił. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Czy się&amp;nbsp;posypie, czy się&amp;nbsp;nie posypie to już&amp;nbsp;od nas mało zależy, uspokajał go Gustaffson. Miętę z jabłkiem, poproszę, zwrócił się&amp;nbsp;do eskpedientki w zielonym uniformie. Dobra, nie musimy się&amp;nbsp;zgadzać&amp;nbsp;w ogółach, ale w szczegółach możecie nam pomóc, pojdenawczo stwierdził Stefan, wiśniowy dla mnie, zwrócił się&amp;nbsp;następnie do tej samej ekspedientki w zielonym uniformie. Po uiszczeniu, wyszli przed sklep. Zimny wiatr rozwiewał ich spocone piłką&amp;nbsp;włosy. Stefan, przedstawił się&amp;nbsp;w końcu. Gustaffson, zrewanżował się&amp;nbsp;Gustaffson. Wypili bruderszaft i od razu się&amp;nbsp;jakoś pogodniej zrobiło.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Gdzieś w połowie butelki, Stefan zdobył się&amp;nbsp;na odwagę, chodzi o czwartą&amp;nbsp;tajemnicę fatimską, wypalił. Kurwa, co!? Gustaffson wypluł połowę łyka na chodnik, bo się&amp;nbsp;aż&amp;nbsp;zakrztusił. Straciliśmy czwartą tajemnicę&amp;nbsp;fatimską, powtórzył dość nerwowo Stefan. Gustaffson spojrzał na niego smutno i wypił duszkiem resztę&amp;nbsp;Tymbarku miętowo-jabłkowego. Wiedział, że właśnie dowiedział się&amp;nbsp;czegoś, czego nie chciał się&amp;nbsp;dowiedzieć. Wiedział, że będzie musiał coś&amp;nbsp;z tym zrobić, chociaż nic mu się&amp;nbsp;akurat z tym nie chce robić. Pomożecie? Zapytał w końcu Stefan. Chyba Cię&amp;nbsp;popierdoliło, odpowiedział Gustaffson i odwrócił się&amp;nbsp;na pięcie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;Odwrócił się&amp;nbsp;i zobaczył napis na ścianie kamienicy. "Mano Tekel Fares", stało jak wół. Gustaffson też&amp;nbsp;stanął jak wół. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;CDN.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-2641943277520905900?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/2641943277520905900/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/05/18-mano-tekel-fares.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2641943277520905900'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2641943277520905900'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/05/18-mano-tekel-fares.html' title='18. Mano, tekel, fares'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-K_2o0EFh3PQ/TcLaz2PmeEI/AAAAAAAAAMM/NP0gZGFaqhw/s72-c/Mano.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-7898875848790553527</id><published>2011-02-15T21:37:00.005+01:00</published><updated>2011-02-18T14:28:02.484+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>17. Ania z Zielarskiego Wzgórza</title><content type='html'>&lt;style&gt;@font-face {  font-family: "Cambria";}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: "Times New Roman"; }div.Section1 { page: Section1; }&lt;/style&gt;         &lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-yltO1pd2N70/TVrj5sAQbnI/AAAAAAAAALc/FatB-aQgOYE/s1600/Ania+z+Zielarskiego.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="240" src="http://2.bp.blogspot.com/-yltO1pd2N70/TVrj5sAQbnI/AAAAAAAAALc/FatB-aQgOYE/s320/Ania+z+Zielarskiego.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Po dyskusji z Katamaran Nygus był zbyt zmęczony, aby wpierdolić&amp;nbsp;Góralowi z marszu. Gdzieś mu się&amp;nbsp;zresztą&amp;nbsp;w zamieszaniu zapodział miecz dwuręczny. Bez miecza, nie ma chuja, zwykł mawiać&amp;nbsp;o Nygusie Łokietek i rację&amp;nbsp;miał absolutną. Katamaran natomiast wzmocniona sukcesem swojej oracji oraz rozpierana dumą z przejęcia władzy nad Klubem Kalifornia, postanowiła zdrowo przyjebać&amp;nbsp;Góralowi. Energicznie, acz z godnością, zeszła po stopniach trybuny Golęcińskiego Klubu Sportowego, aby kopnąć swoją długą a umięśnioną&amp;nbsp;kończyną&amp;nbsp;Górala prosto w jaja.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Masz, ciulu, powiedziedziała wbijając łokieć w jego pochylone plery, gdy ten zwijał się&amp;nbsp;po pierwszym ciosie. Góral osunął się&amp;nbsp;na żużlową&amp;nbsp;bieżnię stadionu, kwiląc z bólu. Zwariowałaś, Kata? – wyskomlał pytająco – ja tylko żartowałem. Z miłością&amp;nbsp;nie ma żartów, odpowiedziała stanowczo Katamaran, jako miłośnik prozy dla dorastających dziewcząt, powienieneś świetnie sobie z tego zdawać sprawę. Nie pamiętasz jak ważne było dla niegłupiej przecież&amp;nbsp;Ani Shirley potwierdzenie jej pozycji społecznej poprzez stosunek płciowy z Gilbertem? Ale przecież, ty mu po prostu robiłaś loda, to nie ma nic wspólnego z miłością, próbował wykrztusić&amp;nbsp;idealistyczną&amp;nbsp;linię&amp;nbsp;obrony Góral.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Nie możesz czytać&amp;nbsp;książek pisanych przez kobiety dosłownie. Tam większość treści chowa się&amp;nbsp;między wierszami, tłumaczyła cierpliwie Katamaran, kopiąc jednocześnie Górala po klacie, w której już&amp;nbsp;przecież&amp;nbsp;brakowało jednego płuca. Jakbyś&amp;nbsp;czytał ze zrozumieniem, to byś wiedział, że tam na co dziesiątej stronie odchodzi fellatio, masturbatio albo chociaż fides et ratio. Na szczęście posiadam akurat przy sobie egzemplarz „Ani z Avonlea”. Poczytam ci. No chodź, popędziła Górala, jednocześnie chwytając go za rękę. Ok, ok, już idę, powiedział ugodowo, ale za późno, bo już&amp;nbsp;wlokła go na okoliczny wzgórek zadrzewiony, za którym skrywała się romantyczna pętla autobusu 64.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Nygus obserwował całą scenę niczym wytrawny wódz ze wzgórza, którym była tymczasem trybuna stadionu Golęcińskiego Klubu Sportowego Olimpia. Jak to zwykle po zbliżeniu z osobą płci odmiennej, nic mu się&amp;nbsp;specjalnie nie chciało. Patrzył na przyjaciół z życzliwą&amp;nbsp;obojętnością oraz zdumieniem narastającym szczególnie w momentach, gdy zaczęły pojawiać&amp;nbsp;się&amp;nbsp;nieznane mu absolutnie wątki literackie. Gały wychodziły mu na wierzch ponieważ&amp;nbsp;należał do literackich ignorantów. Szczególnie proza kobieca XX stulecia pozostawała mu absolutnie obca. Nie podzielał ani zachwytów Górala nad powieściami Małgorzaty Musierowicz, ani też&amp;nbsp;nie przyłączył się&amp;nbsp;do drugiego obiegu czytającego po kątach poezje Kazimiery Iłłakowiczówny. Postanowił pozostać&amp;nbsp;na nieprzejednanym stanowisku męskiej dominacji.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Dominował zatem nad kobietami wyraźnie, ale z jakotaką&amp;nbsp;empatią. Robiąc mu loda, niejedna piękna dziewczyna była przekonana, że w tym właśnie momencie jej życie nabiera sensu, a obecność&amp;nbsp;gdzieś&amp;nbsp;pomiędzy Wielkim Wybuchem a Apokalipsą staje się&amp;nbsp;bardziej uzasadniona. Nie bardzo było wiadomo, jak Nygus to robi, ale kobiety do niego lgnęły. Ani nie był szczególnie bystry, ani przystojny. Kolegom wydawał się&amp;nbsp;nawet dość głupkowaty w swojej sarmackiej pyszałkowatości, ale babeczki, co musieli przyznać&amp;nbsp;nawet najwięksi oponenci, jadły mu z ręki albo z tego, co akurat do jedzenia wystawił. Eliza Orzeszkowa by tego nie opisała, zwykł bezradnie komentować potencjał kolegi zazdrosny Łokietek.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Hebel za Hegla! – rozległo się tymczasem w niecce stadionu gromkie wołanie trzech znajomych Nygusowi głosów. Łokietek, Gustaffson, Falset i Sid Cepellin nadchodzili od strony boiska lekkoatletycznego. Było ich czterech, ale głosy słyszalne jedynie trzy, albowiem Sid postanowił nie zabierać głosu. Zostawił go w szatni na uczelni, żeby na darmo nie zużywać&amp;nbsp;nadwątlonego organu. Chłopcy szli dość pewnie, ale każdy jednak zupełnie inną trajektorią.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Łokietek zapylał jak strzała, charakterystycznie przebierając krótkimi nóżkami. Biegł całą epą wprost w otwarte ramiona Nygusa. Gustaffson szedł z fałszywym uśmiechem pewnie, ale z godnością. Nie przyspieszał i nie zwalniał, ale raz za razem znajdował jakąś szalenie inspirującą kępkę trawy, którą se tam kopnął. Falset szedł frywolnie, zaglądając wszędzie, gdzie się&amp;nbsp;zajrzeć&amp;nbsp;dało i szukając wszystkiego, co się&amp;nbsp;znaleźć nie dało. Spoglądał na korony drzew, kontemplował prostokątne bramki, oceniał fachowo resztki drewnianych ławek, po czym zaczął oddawać&amp;nbsp;mocz z zewnętrznej skarpy prosto na pędzący pociąg relacji Poznań-Szczecin. Sid natomiast starał się&amp;nbsp;nie potknąć&amp;nbsp;o poły długaśnego płaszcza jak również nie zaplątać&amp;nbsp;w torbę zwisającą gdzieś&amp;nbsp;pomiędzy nogami, rękami a resztą Sida. Po prostu uważał.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Podczas gdy Łokietek tonął&amp;nbsp;w objęciach Nygusa, Falset sikał na pociąg, Sid uważał a Gustaffson zmierzał z godnością, nad stadionem pojawił się obiekt latający na razie jeszcze nie zidentyfikowany. Najpierw zauważył go Gustaffson, który tylko szukał jakiegoś pretekstu, żeby nie witać&amp;nbsp;się&amp;nbsp;zbyt wylewnie z Nygusem, któremu wiele rzeczy miał za złe. Spojrzał zatem w niebo, szukając tam jakiegoś rozwiązania niewygdonej sytuacji. O, popatrzcie, coś&amp;nbsp;leci, wskazał kolego punkcik na niebie. Nie bez ociągania spojrzał w niebo Sid, ale że nie zabrał głosu, to i nic nie powiedział. Z kolei Falset z wrodzonym niepokojem spojrzał w górę&amp;nbsp;natychmiast, co zaskutkowało obsikaniem lewej nogawki spodni. Kurwa, powiedział Falset, po czym wyrównał strumień przed siebie. Tonący w uściskach wzajemnych Łokietek i Nygus już mieli zacząć całować&amp;nbsp;się z języczkiem, ponieważ jak niemal wszyscy macho mieli tendencje kryptogejowskie, gdy przywołał ich do rzeczywistości okrzyk Gustaffsona.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Łokietek puścił Nygusa, poprawił poły czarnej bluzy, z którą&amp;nbsp;się&amp;nbsp;nie rozstawał od czasu pierwszej komuni i spojrzał fachowym wzrokiem w niebo. Znał się bowiem na lotnictwie bardzo dobrze, dzieckiem w kolbce sklejał już&amp;nbsp;modele zakupywane w składnicy harcerskiej na Św. Marcinie lub w Panterze na Paderewskiego. Miał nawet kiedyś&amp;nbsp;udać się&amp;nbsp;do szkoły orląt w Dęblinie, ale wolał nie. Tak czy owak odróżniał B-52 od ważki, co innym w tym gronie mogło sprawić&amp;nbsp;spore kłopoty. To nie jest samolot, powiedział pewnie. To nie jest też owad, wykluczył. To jest coś&amp;nbsp;pomiędzy, uściślił, znajdując uznanie czekających w napięciu przyjaciół. Może to zrzut dla powstańców, powiedział niepewnie Nygus, który już&amp;nbsp;zdążył zaciągnąć&amp;nbsp;się&amp;nbsp;skrętem, którego w milczeniu piorunem wykręcił Sid. Dla jakich, kurwa, powstańców, trzeźwo zapytał Gustaffson, który miał awersję do martyrologii oraz również do Nygusa. Wielkopolskich, hyhyhyhyhy – zarechotał powracający z sikania Falset.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Cicho, zakończył swary dworzan Łokietek, musimy się&amp;nbsp;skoncentrować&amp;nbsp;i jakoś przyjąć niespodziewany dar niebios. Rozciągnijmy płaszcz Sida, żeby to coś&amp;nbsp;bezpiecznie wylądowało, rozkazał, więc Sid się&amp;nbsp;podporządkował, choć&amp;nbsp;zadowolony nie był. Koledzy rozciągnęli płaszcz i zaczęli biegać&amp;nbsp;po boisku w celu złapania obiektu, który jakoś tak dziwnie zaczął lawirować jak lewoskrzydłowy, który chce kiwnąć&amp;nbsp;obrońcę, zejść&amp;nbsp;do środka pola i oddać&amp;nbsp;strzał. Po prostu obiekt chciał ich wykiwać. Łokietek nie takie jednak obiekty w ręce łapał. Na przykład cycki księżnej Konarzewskiej w pałacu w Jankowicach, które uciekały mu przez zakręcone korytarze, rozległe piwnice i parkowe aleje, zanim je dopadł zdyszany monarcha. Teraz równie żwawo biegał, w charakterystyczny sposób wyginając nóżki, za przyjaciółmi rozciągającymi do niemożliwości płaszcz Sida.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Żeby było śmieszniej obiekt nagle się&amp;nbsp;rozdzielił. Jedna jego połowa leciała w dół jak kamień, a druga zaczęła majtać&amp;nbsp;nogami i odpinać&amp;nbsp;spadochron. Łokietek szybko zdecydował, że skupią się&amp;nbsp;na łapaniu części, która nie ma nóg i spadachronu. Najpierw inwalidę, krzyknął do chłopaków, którzy już&amp;nbsp;nieźle zasapani biegali oszalali z płaszczem Sida. Nagle trach, nagle bum. Jest, na samym środku boiska dopadła ich wielka kwadratowa paczka. Ręce się&amp;nbsp;dzielnym fantasmagorystom zgięły, bo ciężka to paczka była, a szara cała. Sznurkiem powiązana, znaczkami ostemplowana i zaadresowana. Adres brzmiał: Klub Kalifornia, Jeżyce, Polska. To do mnie, powiedział dumnie Nygus, pewnie od Bosmana Szkwa... Nie dokończył jednak przechwałki, gdyż na głowę&amp;nbsp;spadła mu druga część&amp;nbsp;obiektu, pozbawiając go na chwilę&amp;nbsp;i na szczęście świadomości.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;„Learning to fly” z „ A Momentary Lapse of Reason”, zagrał na harmonijce w sobie tylko wiadomy sposób Łokietek, aby uświetnić niespodziewaną przygodę odpowiednią ścieżką&amp;nbsp;dźwiękową. Gustaffson natomiast rzeczowo podsumował wydarzenie. Panowie, spadło na nas 40 kilogramów przedniej kolumbijskiej marihuany oraz&amp;nbsp; kolega Lewiatanowicz, który zapewne za chwilę nam to wszystko racjonalnie wyjaśni. Owszem, owszem, powiedział nadzwyczaj trzeźwo odpinający spadochron Lewiatanowicz, już&amp;nbsp;wyjaśniam. To jest dar od wielkiego cesarza Hajle Selasje, który przesyła braciom w wierze wyrazy szacunku oraz mgnienie pukla włosów swoich z łona narodu jamajskiego. „Everything will gonna be all right”, zanucił budzący się&amp;nbsp;z omdlenia były słowik Kurczewskiego, prezes Klubu Kalifornia oraz posiadacz miecza dwuręcznego oraz przyrodzenia nad wyraz przez dziewczęta lubianego, jego elokwencja Nygus.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Hajle Selasje nie żyje, zauważył Gustaffson, coś&amp;nbsp;kręcisz. Masz, odpowiedział ręką Sid, weź macha, wręczając koledze świeżo skręconego blanta. Nie do Ciebie mówię, żachnął się&amp;nbsp;Gustaffson, do Lewiatanowicza mówię, Hajle nie żyje i tyle. Hajle Rama, Hajle Krschna, wyśpiewywać zaczął wniebogłosy Falset, który jak zwykle rozumiał piąte przez dziesiąte. Hajle jest wieczny, odparł z dumą&amp;nbsp;i obrazą&amp;nbsp;w głosie Lewiatanowicz, Hajle wie wszystko, widzi wszystko i rucha żaby. Acha, poddał się&amp;nbsp;Gustaffson, zaciągając jednocześnie się&amp;nbsp;blantem Sida. Chłopaki, nie kłóćcie się&amp;nbsp;zaapelował z wyżyn majestatu Nygus, z nieba nam ten towar spadł i trzeba to jakoś&amp;nbsp;uczcić. Proponuję&amp;nbsp;bankiet w Schizowni! Aklamacja zgodziła się&amp;nbsp;z prezesem Klubu Kalifornia i zasępiła się&amp;nbsp;nad sposobem transportu towaru.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Zasępieni siedzieli przy wielkiej pace marihuany kolumbijskiej przedniej i dumali, jak by to dziadostwo stąd ruszyć. Swoją drogą, zauważył Lewiatanowicz, chyba nie jesteśmy w stanie wypalić&amp;nbsp;40 kilogramów stuffu. W jedną noc pewnie nie, zgodził się&amp;nbsp;Nygus. Rozłożomy to na raty, możemy przechować na Fabrycznej, poddał myśl Gustaffson. Tak zrobimy, podjął decyzję&amp;nbsp;jedyny upoważniony czyli Łokietek, który notabene nie używał narkotyków poza alkoholem i nie uważał fascynacji przyjaciół za coś&amp;nbsp;pozytywnego absolutnie nie. Już, już miał im wygłosić połajankę, ale zaszły wydarazenia, które go wytrąciły z równowagi już&amp;nbsp;zupełnie. Zaszły go od tyłu. Zaszły go na słoniach.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Najpierw był przenikliwy krzyk Katamaran, a następnie nie mniej przenikliwy wrzask Górala. Potem były ich machające wszystkim co mieli sylwetki biegnące pędem ku kupie marihuany i znajomych fantasmagorystów. Słonie, wrzeszczeli, Słonie! Dużymi literami wrzeszczeli i biegli. Spokojnie, panowie, komendę&amp;nbsp;przejął Nygus. Formujemy żółwia, chronimy towar, stoimy twardo. No pasaran, dodał zdeterminowany Lewiatanowicz, Maria o muerte! ..., niemo acz stanowczo podsumował mobilizację&amp;nbsp;Sid. Słonie były coraz bliżej, ziemia dudniła, drżała i w ogóle była coraz mniej stabilna. Sylwetki potworów już już przesłaniać zaczynały słońce. Klub Kalifornia z aliantami zwarł szeregi. Łokietek wezwał posiłki przez podręczny telepatefon. Prezydent Clinton zwołał radę&amp;nbsp;bezpieczeństwa narodowego. Salman Radujew wylądował na stole operacyjnym w oczekiwaniu na wszczepienie tytanowych płytek.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Sytuacja była coraz groźniejsza, słonie już&amp;nbsp;bowiem ryły murawę&amp;nbsp;stadionu Golęcińskiego Klubu Sportowego Olimpia, rada bezpieczeństwa wydała rozkaz poderwania myśliwców F-16 z bazy w Rammstein. Szykowała się&amp;nbsp;solidna napierdalanka na szczeblu ponaddzielnicowym. Łokietek rozpaczliwie starał się&amp;nbsp;panować&amp;nbsp;nad stytuacją. Sio, sio, sio! Biegał, charakterystycznie przebierając krótkimi swoimi nóżkami i wymachując pałkami nunczaku jako pasterz witką brzozową&amp;nbsp;wymachuje. Chciał przegonić&amp;nbsp;złe słonie ze swojego podwórka zanim one przegonią&amp;nbsp;jego lub też&amp;nbsp;zanim zryją boisko pociski z amerykańskich myśliwców. Wracaj do&amp;nbsp;żółwia, Łokietek, wracaj do żółwia – zaintonowali zaniepokojeni przyjaciele na tyle głośno, aby obudzić&amp;nbsp;śpiących kierowców skrytych za uszami spasionych czworonogów.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Sie macie, powiedział zaspanym głosem Sztuk Puk, wychylając się&amp;nbsp;zza uszu pierwszego słonia. Śpiewacie sobie, zauważył Mano, który spał za uszami drugiego słonia. Wesoło co? Pytająco zagaił Robson ledwo trzymający się&amp;nbsp;na grzbiecie trzeciego słonia. Kawaleria przyjechała, kawaleria! Podkoczył uradowany Nygus, opuszczając zbędnego już&amp;nbsp;żółwia. Ładujemy towar i na Schizownię, zakomenderował Łokietek, nie ma czasu do stracenia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;CDN&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-7898875848790553527?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/7898875848790553527/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/02/ania-z-zielarskiego-wzgorza.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/7898875848790553527'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/7898875848790553527'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/02/ania-z-zielarskiego-wzgorza.html' title='17. Ania z Zielarskiego Wzgórza'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-yltO1pd2N70/TVrj5sAQbnI/AAAAAAAAALc/FatB-aQgOYE/s72-c/Ania+z+Zielarskiego.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1618877699799567046</id><published>2011-02-04T16:03:00.000+01:00</published><updated>2011-02-15T21:10:52.845+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Info'/><title type='text'>Gzik tropikalny</title><content type='html'>Pojawił się nowy cykl felietonów Marcina Mutha. Na stronie &lt;a href="http://www.my-poznaniacy.org/index.php/nasze-cykle/gzik-tropikalny"&gt;my-poznaniacy.org.&lt;/a&gt; Głównie o Poznaniu jest pisane, ale w ujęciu, powiedzmy, bardzo uniwersalnym. Przy okazji chciałem poinformować, że istnieje jeszcze jeden Marcin Muth z Poznania, który pisze wiersze, ale nie jest z Warzywem związany. Jest osobisty i inny zupełnie. Warto podkreślić, że tym razem to nie żart i ta osoba naprawdę istnieje. Istnieje i niepokoi redaktora Mutha z Warzywa. Niepokoi egzystencjalnie. Coraz częściej słyszy bowiem, że pisze wiersze, a przecież wierszy nie pisze. Może kłopoty z tożsamością redaktora Mutha są bardziej zaawansowane niż się jemu samemu wydawało? Póki co, drodzy czytelnicy, zachęcamy do traktowania tych bytów jednak osobno. Redaktora Mutha od poety Marcina Mutha można odróżnić po rodzaju uprawianej literatury. Jeden pisze jednak prozę, drugi jednak poezję. To się trochę różni.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1618877699799567046?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://www.my-poznaniacy.org/index.php/nasze-cykle/gzik-tropikalny' title='Gzik tropikalny'/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1618877699799567046/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/02/gzik-tropikalny.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1618877699799567046'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1618877699799567046'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2011/02/gzik-tropikalny.html' title='Gzik tropikalny'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-2761120332762044001</id><published>2010-12-14T13:08:00.009+01:00</published><updated>2011-01-17T21:42:07.930+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>16. Maligna w Kisielu</title><content type='html'>&lt;style&gt;@font-face {  font-family: "Cambria";}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: "Times New Roman"; }div.Section1 { page: Section1; }&lt;/style&gt;         &lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/TQdeICY3oVI/AAAAAAAAAKQ/kZUggPDi_gk/s1600/Malgina.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="280" src="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/TQdeICY3oVI/AAAAAAAAAKQ/kZUggPDi_gk/s320/Malgina.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Łokietek zwariował, pomyślał Gustaffson, kiedy już&amp;nbsp;szczęśliwie opuścił Smetanę, w której pozostawił trzech przyjaciół, Brunona Schulza, Witolda Gombrowicza oraz niezliczoną&amp;nbsp;ilość&amp;nbsp;sadystycznie nastawionych do nich kobiet w pończochach samonośnych. Wszystko mu się&amp;nbsp;pomieszało we łbie, ciągnął myśl przecinając ulicę&amp;nbsp;Ratajczaka. Przecież Papież nawet jeśli zna prawdę, to nam jej na tacy nie poda. Prędzej już&amp;nbsp;się&amp;nbsp;Książe dowie, przecież ma takie stosunki. Poza tym Papież nie przyjedzie teraz do Poznania, a my się&amp;nbsp;nie ruszymy stąd, bo nie bardzo jest jak i czym, odkąd Nygus rozbił tort czekaladowy na sygnale.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Tak, biedny Władek stracił kontakt z rzeczywistością, podsumowywał powoli myśl Gustaffson, jednocześnie odkopując na bok zagradzającą mu drogę Smykałkę&amp;nbsp;z nożem w brzuchu. Ech, Smykałka, nie epatuj, rzekł do niej, gdyż&amp;nbsp;był nieczuły na tanie, martyrologiczne sztuczki. Nieczuły skurwiel, wycisnęła przez zęby Smykałka i poczołgała się&amp;nbsp;w stronę&amp;nbsp;Wildy. Widząc, że będzie musiał jakoś się ustosunkować wobec jej czołgania w kierunku, który jego także żywotnie interesował, postanowił zmienić&amp;nbsp;plany i skręcić&amp;nbsp;w ulicę&amp;nbsp;Taczaka, gdzie znajdowały się&amp;nbsp;co najmniej dwa lokale, które darzył sympatią&amp;nbsp;zdecydowanie bardziej szczerą niż koleżankę Smykałkę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Podsumujmy, kontynuował monolog, fakty. Jest mniej więcej końcówka 1998 roku, ale w gruncie rzeczy poruszamy się&amp;nbsp;dość płynnie po osi czasu, manewrując pomiędzy&amp;nbsp; październikiem 1998 a wrześniem 2001, kiedy to wszystko się rozdupczyło, bo Łokietek został oddelegowany do innych zadań. Formalnie do końca tego cholernego millennium został nam rok z małym fiutkiem. Niektóre sprawy są&amp;nbsp;już jasne jak słońce. Dziś Sid zobaczył pomnik Starego Marycha, który dopiero wszedł w fazę&amp;nbsp;projektu. Można uznać, że jego powstanie jest tylko kwestią&amp;nbsp;tak zwanego czasu. Ergo, świat się&amp;nbsp;nie skończy mimo wszystko ani dziś, ani jutro, ani może nawet przed naszym wejście do Unii Europejskiej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Nic wielkiego, bo przecież każdy coś&amp;nbsp;tam zawsze do przodu widzi. Mi się&amp;nbsp;też kiedyś przyśniło, deliberował niezmordowany Gustaffson, że GKS Katowice pokona Girondins Bordeaux jeden do zera i awansuje do kolejnej rundy Pucharu UEFA. A w Bordeaux grał wtedy Zidane, więc sen zdawał się mocno naciąganą interpretacją przyszłych wydarzeń. Pomnik Starego Marycha to jednak nie ta para kaloszy, chociaż zdaje się pomnik kalosze ma, a Zidane chyba nie. Z faktu jednak, że pomnik widzieliśmy, można wnioskować, że przejechaliśmy się&amp;nbsp;w czasie po drodze z Wildy. Normalka w sumie, choć Sid nie jest jeszcze na tym stopniu wtajemniczenia, żeby w biały dzień pałętać się po przyszłości. Przecież&amp;nbsp;on nawet z widzeniem teraźniejszości ma niebagatelne kłopoty, nie doceniał przyjaciela Gustaffson patrzący z nieuzasadnioną wyższością na przyjaciół spoza stolicy Wielkopolski.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Czas, zastanawiał się&amp;nbsp;Gustaffson, jest bezwzględny i Łokietek zaczyna mu ulegać. Zbyt się&amp;nbsp;zapatrzył w nagłówki gazet. Nie widzi już&amp;nbsp;rzeczywistości samej w sobie. Przecież jesteśmy tutaj po to, żeby załatwić&amp;nbsp;konkretną&amp;nbsp;sprawę, a nie po to, żeby się przejmować kalendarzem. Przyjedzie Papież, dobre sobie, może przyjedzie jeszcze nie raz, ale to nas nie zbawi. Możemy oczywiście się bawić&amp;nbsp;jakieś tam tymczasowe prowizorki. Możemy pomagać Wendersowi kręcić&amp;nbsp;film albo zastrzelić&amp;nbsp;Kennedy’ego, ale przecież&amp;nbsp;nie na tym polega nasza misja. Nie możemy tracić&amp;nbsp;z oczu celu najwyższego. Nie możemy dopuścić, żeby Kolejorz spadł&amp;nbsp;do II ligi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Kiedy Gustaffson wracał do rzeczywistości wyraźnie podupadał na optyzmizmie. Nie lubił rzeczywistości pewnie jeszcze bardziej niż&amp;nbsp;Smykałki. W tym sezonie, owszem, Lech radził sobie nadspodziewanie dobrze i szykował się&amp;nbsp;nawet do walki o europejskie puchary, ale Gustaffson był zbyt wytrawnym fantasmagorystą, by nie dostrzegać&amp;nbsp;powagi sytuacji. Reissa już&amp;nbsp;właściwie sprzedali, reszta pewnie odejdzie po sezonie, kalkulował smutno. Może puchary uratują&amp;nbsp;sytuację? Może tak, może nie, ile to już razy puchary miały nas zbawić. Gustaffson dobrze pamiętał klęski z Goeteborgiem i Spartakiem Moskwa w walce o wejście do Ligi Mistrzów. Dobrze pamiętał wielkiego Lecha początku lat 90. który miał być pierwszą naszą&amp;nbsp;eksportową jedenastką&amp;nbsp;po wprowadzeniu kapitalizmu, a stał się&amp;nbsp;przykładem rozkładu piłkarskiego PGR-u.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Dobrze pamiętał tego Lecha, ale teraz musiał o nim zapomnieć, ponieważ&amp;nbsp;wchodził do Kisielic, gdzie poruszało się&amp;nbsp;zupełnie inne tematy. Był to całkiem, bowiem, nowy lokal, w którym spotykali się&amp;nbsp;studenci i studentki przede wszystkim kulturystyki udający i udające artystów i artystki, albo przynajmniej ich dobrych znajomych. Rozmowy obracały się&amp;nbsp;wokół filmów Jarmusha, przedstawień teatrów alternatywnych, wernisaży, koncertów, wycieczek do Pragi,&amp;nbsp; Berlina na Kreuzberg lub do Krakowa na Kazimierz oraz wokół tego, kogo się&amp;nbsp;fajnie rżnie, a kogo nie. Gustaffson nie lubił specjalnie żadnego z powyższych tematów, lubił natomiast kilka osób, które tu zachodziły.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Wśród nich był oczywiście znamienity muzyk młodego pokolenia, a zarazem wytrawny bramkarz Franza Schpenhauera, czyli po prostu Falset we własnej, niezakłamanej osobie. On nie tyle był w Kisielicach w tym akurat momencie, nie tyle nawet bywał tam często, on tam właściwie mieszkał. Wychodził stamtąd tylko wtedy, gdy w mieście działo się&amp;nbsp;coś&amp;nbsp;szalenie istotnego, albo wyczuł, że na Fabrycznej jest świeży chleb grzankowy. Mogło się&amp;nbsp;także zdarzyć, że wyciągała go z Kisielic jakaś&amp;nbsp;piękna kobieta, ale to się&amp;nbsp;prawie nie zdarzało ku rozpaczy Falseta. Tak czy owak, Falset był w lokalu formalnie na stanie i nie do ruszenia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Teraz też się&amp;nbsp;nie ruszał, gdyż jeszcze się&amp;nbsp;nie obudził po imprezie z dnia poprzedniego. Obok niego był już&amp;nbsp;jednak nieodłączny Kuba Śruba deklamujący najnowsze wiersze swoje przedniej jakości i pierwszej świeżości. Wokół Kuby był wianek niewiast o różnym potencjale aprobaty. Śruba w odróżnieniu od Falseta cieszył się&amp;nbsp;powodzeniem niesłabnącym nigdy i nigdzie. Właściwie zawsze miał kogo za włosy chwycić&amp;nbsp;i do jaskini zaciągnąć, choć&amp;nbsp;akurat korzystał z tego umiarkowanie, będąc zakochanym do granic niemożliwości w kobiecie jedynej w swoim rodzaju, aczkolwiek prawdopodobnie absolutnie nierealnej w swojej doskonałości. Dość&amp;nbsp;powiedzieć, że jeśli w ogóle istniała to musiała być&amp;nbsp;bardzo malutka, ponieważ&amp;nbsp;prawie nikt jej nigdy nie widział.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;W tym momencie dostrzegł ją&amp;nbsp;tylko Gustaffson, który bardzo jej zazdrościł umiejętności niewidzialności. Ba, Łokietek, który wzrostu był przecież&amp;nbsp;nikczemnego, podkochiwał się nawet w pięknej dziewczynie niewidce. Na imię miała adekwatnie do stanu, imała się bowiem Maligna. To że się&amp;nbsp;w niej kochał Łokietek, to nic jeszcze było, to że się&amp;nbsp;z nią prowadzał Śruba, to zaskakującym nie było. Serca mieli bowiem miękkie jak nawierzchnia Alei Niepodległości w letnim upale. Ale to że potrafili dla niej stracić&amp;nbsp;głowę&amp;nbsp;zimnokrwiści Sid jak również&amp;nbsp;Gustaffson, to już&amp;nbsp;świadczyć musiało, że Maligna urok miała nieziemski, a wpływ na rzeczywistość większy niż&amp;nbsp;niejeden Bóg.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Teraz jednak po prostu sączyła piwo, smutnym wzrokiem wodząc po Śrubie zakręconym w wianuszek dziewcząt młodych, chętnych i głupich jak się&amp;nbsp;tylko da. Ożywiła się, widząc wchodzącego Gustaffsona, bo wiedziała, że kto jak kto, ale on z pewnością&amp;nbsp;nie zauważy w knajpie nikogo poza nią. Lubiła go właśnie za to, że mogła liczyć&amp;nbsp;na jego zainteresowanie, czego nie można powiedzieć&amp;nbsp;o wielu innych bywalcach Kisielic, jak również&amp;nbsp;innych lokali, w których bywała. Z Gustaffsonem znali się&amp;nbsp;jeszcze ze szkoły, a takie znajomości jak wiadomo ważne są i pomagają przetrwać&amp;nbsp;w nieprzyjaznym świecie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Zgodnie z przewidywaniami Gustaffson uśmiechnął się&amp;nbsp;szeroko, choć&amp;nbsp;smutno, dostrzegając w tłumie beznadziejnie obojętnych mu osób, swoją drogą koleżankę Malignę. Można powiedzieć, że łączyło ich powinowactwo dusz. Nie było przypadkiem, że spotkali się&amp;nbsp;w podobnym czasie, w podobnym miejscu. Nie było przypadkiem, że obok nich pojawił się&amp;nbsp;Śruba, Łokietek czy Lewiatanowicz. To nie był&amp;nbsp;przypadek, to był kwiat młodzieży wielkopolskiej. Łączyło ich coś więcej niż zamiłowanie do piosenek Nicka Cave’a czy innego Toma Waitsa. Łączyła ich misja.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Teraz jednak nieco się&amp;nbsp;od siebie oddalili. Nie byli już&amp;nbsp;skoszarowani jak jeszcze niedawno. Teraz swobodnie działali na własną&amp;nbsp;rękę. Jak agenci spuszczeni ze smyczy. Zrzuceni na spadochronach w newralgicznych punktach, pozostawali w uśpieniu aż do godziny zero. Oczywiście, byli na tyle blisko, że kontaktowali się&amp;nbsp;ze sobą, ale w kontaktach tych unikali jak ognia tematu choć&amp;nbsp;delikatnie nawiązującego do celu misji. Wyjątkiem były oczywiście spotkania na samym szczycie, w których jednak Maligna nie brała udziału, bo Łokietek powiedział, że nie będzie cudzych dup przyjmował do swojej centrali. Tak, niestety nawet najlepsi z najlepszych nie byli wolni od przyziemnych determinant.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Cześć Gustaff, powiedziała Maligna z uśmiechem jakiego nie powstydziłaby się&amp;nbsp;Julia Roberts. Cześć&amp;nbsp;Mali, powiedział Gustaffson z miną&amp;nbsp;smutnego bobra, której nie powstydziłby się&amp;nbsp;sam Nicholas Cage. Uściskali się&amp;nbsp;serdecznie, a trzeba wiedzieć, że Gustaffson nie ściskał się&amp;nbsp;byle kim, co dodatkowo potwierdzało niepodwarzalną pozycję&amp;nbsp;Maligny w środowisku. Co tam? Zapytała Maligna, wiedząc, jaką odpowiedź otrzyma. Dolina. Odpowiedział Gustaffson, który wiedział dokładnie, jakiej odpowiedzi spodziewa się&amp;nbsp;Maligna. Co u Władeczka? Zapytała o Łokietka, żeby dać Gustaffsonowi chwilę&amp;nbsp;na zebranie myśli. Odjebało mu. Odpowiedział zgodnie z prawdą Gustaffson. Chce wykraść&amp;nbsp;Papieżowi czwartą tajemnicę fatimską, uściślił, żeby nie być&amp;nbsp;gołosłownym.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Jakiemu Papieżowi? Zapytała Maligna, która jako jedna z nielicznych w tym było nie było postępowym towarzystwie, miała szansę&amp;nbsp;być&amp;nbsp;osobą&amp;nbsp;absolutnie nieskalaną religią katolicką&amp;nbsp;ani właściwie żadną&amp;nbsp;inną. W kraju naszym, moja droga, rozpoczął wywód zawsze przygotowany Gustaffson, mamy zaszczyt szczycić&amp;nbsp;się&amp;nbsp;największym na świecie pogłowiem owieczek a także z dumą&amp;nbsp;możemy chwalić&amp;nbsp;się&amp;nbsp;tym, że spośród nas wywodzi się najwybitniejszy pasteż jakiego świat kiedykolwiek widział. Nie lubię rolników, podsumowała wątek Maligna, powiedz Władkowi, żeby w soję&amp;nbsp;wszedł.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;W środowisku owszem zaczęły się&amp;nbsp;wtedy szerzyć&amp;nbsp;różne mody niemięsne, ale faktycznie czołówka ruchu była na nie impregnowana. Ani Łokietek, ani Gustaffson nie reflektowali na sojowe przysmaki, choć&amp;nbsp;już&amp;nbsp;Lewiatanowicz deklarował wstrzęmieźliwość&amp;nbsp;kulinarną&amp;nbsp;od niepamiętnych czasów, a możliwe, że mięsa nie jadł nawet w poprzednich wcieleniach. A Falset otarł się&amp;nbsp;nawet o ruch straight edge, choć&amp;nbsp;trzeba przyznać, że szybko się&amp;nbsp;to otarcie zagoiło, a steki zatryumfowały nad tofu w jego jadłospisie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Ech, Maligna, jaka ty szczęśliwa jesteś, będąc wolną&amp;nbsp;od tych wszystkich kulturowych powikłań, westchnął Gustaffson. Możesz nie wiedzieć, kto to Papież, możesz nie jeść&amp;nbsp;schabowych. Właściwie możesz nawet nie oglądać skoków narciarskich. Czytasz sobie Hrabala, oglądasz Sveraka, Menzela, jeździsz do Pragi zamiast do Warszawy. Czeski sen, normalnie. Maligna miała bowiem urocze czeskie pochodzenie, co zaczynało być&amp;nbsp;dla wielu podejrzane, bowiem jak to możliwe, że czeskie ślady nagle na przełomie wieków tak mocną&amp;nbsp;zaznaczają się&amp;nbsp;na mapie Poznania?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Pytanie takie, owszem, może się&amp;nbsp;zrodzić, ale jedynie w głowie kompletnych ignorantów. Tych, którzy nie wiedzą o sięgającej zamierzchłego średniowiecza tradycyji kontaktów czesko-wielkopolskich. Maligna, jak i Smetana czy Milenka, jak również&amp;nbsp;Jizik Koniecpolski, byli bowiem kolejnym ogniwem długiego łańcuszka współpracy, którą&amp;nbsp;zapoczątkowała żona Mieszka Dobrawa, która nie tylko dała mu syna, ale jeszcze nawróciła go na jedynie słuszną religię, dzięki czemu Papież&amp;nbsp;Polak mógł w ogóle zostać&amp;nbsp;papieżem. Wiedział o tym dobrze Łokietek i dlatego parł więc ze wszystkich sił witalnych do zawarcia związku małżeńskiego z Maligną w celu stworzenia dynastii na miarę&amp;nbsp;Nowej Europy Środkowej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;Gustaffson znał plany Łokietka, ale nie puszczał pary z gęby. Był taktowny jak mało kto i nie mieszał się&amp;nbsp;w związki przyjaciół oraz współpracowników czy współtowarzyszy broni. Tymczasem obudził się&amp;nbsp;Falset. Otworzył oczy, wstał i zaczął tańczyć. Był to szalony taniec. Z głośników runął na wszystkich David Bowie. Zewsząd pojawiły się&amp;nbsp;nogi i ręce Falseta. Let’s dance. Po chwili wianuszek bachantek przepłynął od deklamującego Kuby Śruby do szalejącego Falseta. Maligna utonęła w ramionach opuszczonego poety, Gustaffson zamówił Wściekłego Psa. Od wejścia dobiegł stanowczy głos Łokietka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="PL" style="font-size: small;"&gt;CDN &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-2761120332762044001?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/2761120332762044001/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/12/16-maligna-w-kisielu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2761120332762044001'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2761120332762044001'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/12/16-maligna-w-kisielu.html' title='16. Maligna w Kisielu'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/TQdeICY3oVI/AAAAAAAAAKQ/kZUggPDi_gk/s72-c/Malgina.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-4257990555110118198</id><published>2010-08-23T16:14:00.008+02:00</published><updated>2011-01-17T21:51:00.786+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>15. Bóg umarł, pokaż cycki</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;style&gt;&lt;/style&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/THKCDTxqA9I/AAAAAAAAAJg/p3AM2AUz6RU/s1600/bogg.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="152" src="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/THKCDTxqA9I/AAAAAAAAAJg/p3AM2AUz6RU/s400/bogg.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego stulecia Instytut Fantasmagorii Akademii Szamarzewskiej podzielił się&amp;nbsp;na dwie podstawowe części. Schizma przebiegała dokładnie między pokojami kognitywistyków i neoplatoników, które to pokoje stanowiły solidne przedmurza obydwu obozów. Kryterium podziału było absurdalnie nienaukowe, albowiem chodziło o rzecz absolutnie uznaniową. Mianowicie o ewentualne istnienie Absolutu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Zgromadzeni wokół Profesora Boga wszelkiej maści tradycjonaliści, utrzymywali, że Absolut oczywiście z całą&amp;nbsp;pewnością&amp;nbsp;ewentualnie istnieje. Stojący natomiast za Profesorem Szatanem liberałowie obstawali przy twierdzeniu, że Absolut ewentualnie nie istnieje jak bum cyk. Jedni i drudzy starali się&amp;nbsp;kaptować&amp;nbsp;kolejne roczniki narybku fantasmagorycznego, nie przebierając w środkach i nie cofając się&amp;nbsp;przed najbardziej nikczemnymi praktykami.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Łokietek i jego przyjaciele zdawali sobie sprawę, że będą&amp;nbsp;języczkiem u wagi, który może przechylić&amp;nbsp;szalę&amp;nbsp;zwycięstwa na jedną&amp;nbsp;ze stron. Czuli związaną z tym presję, ale starali się&amp;nbsp;zachować&amp;nbsp;równy dystans do obu stron. Nie bardzo się&amp;nbsp;to niestety udawało, ponieważ&amp;nbsp;niektórzy z nich związali się&amp;nbsp;z konkretnymi obozami już&amp;nbsp;wcześniej. Na przykład Lewiatanowicz był silnie związany z ośrodkiem postmodernistycznym, nad którym pieczę trzymał sam Profesor Szatan, a z kolei Nygus nie ukrywał swoich ciągot gnostycznych jak i mesjanistycznych zarazem&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Rola Łokietka, który sam sympatyzował z ruchem platońskim, musiała polegać&amp;nbsp;na spajaniu tego, co rozłączne i wypełnianiu tego co puste, jak i opróżnianiu tego co pełne. Choć&amp;nbsp;nie był urodzonym dyplomatą, jakoś udawało mu się utrzymać swoją drużynę w równowadze ducha. Lewe skrzydło pod wodzą Lewiatanowicza stanowili Nano, Mano, Falset, Sid, Automatykiewicz oraz dochodzący Robson i Ferdynand, jak również Gustaffson. Natomiast po prawej dominował nieokiełznany Nygus wspierany przez pospolite ruszenie różnej proweniencji, samego Łokietka, jak również Gustaffsona.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Gustaffson posiadał bowiem tę&amp;nbsp;cenną cechę, że potrafił z równym zapałem bronić dowolnej tezy. Nie był to nigdy wielki zapał, ale zazwyczaj wystarczający. Wspomagał zatem różne obozy w zależności od nastroju dnia. Nie lubił, gdy się&amp;nbsp;go nazywało koniunkturalistą&amp;nbsp;lub kunktatorem, ponieważ&amp;nbsp;zazwyczaj wybierał frakcje słabsze, wspomagając je ostrzem swej pięciowartościowej logiki i trójzębnej dialektyki. Wszelkie granice były dla niego tak nieostre, że równie dobrze mógł się&amp;nbsp;zapisać&amp;nbsp;do chóru katedralnego jak i do bojówki anarchistycznej Rzeźnika. Nie uczestniczył w żadnej z nich, bo był ponadto mało angażujący się.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Profesor Szatan mieszkał na Wildzie. To nie była żadna tajemnica, bo śpiewał o tym nawet Grabaż&amp;nbsp;w swojej słynnej piosence, o co, notabene, Profesor miał do niego piekielne pretensje. Upiekło się&amp;nbsp;śpiewakowi tylko dzięki interwencji Mano, który miał dwie podstawowe słabości muzyczne. Chumbawamba z Leeds oraz Pidżama Porno z Poznania grały w jego głowie non stop, chyba że akurat zakradł się&amp;nbsp;tam Mungo Jerry z niezniszczalnym „In the summertime” lub Starsi Panowie z radykalnym utworem fantasmagorycznym „Mambo Spinoza”. W każdym razie Mano ubłagał Profesora Szatana, żeby nie robił krzywdy mistrzowi Grabażowi, jak też nie wykluczał go z Światowej Rady Wildy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Mieszkanie Profesora znajdowało się&amp;nbsp;w tych samych okolicach co i Świetlica Ludowa Buena Viśta, i Fabryczna&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt; i słynny sklep „U Żela”, gdzie Profesor podobnie jak goście Gustaffsona i sam Gusstaffson zaopatrywali się&amp;nbsp;w wafelki. Mieszkał bowiem Profesor w samym środku wildeckiego Trójkąta Bermudzkiego, który stanowiła zrazu ponuro szara, z czasem wściekle pomarańczowa kamieniczka z oficynką&amp;nbsp;vis a vis kamienicy, w której kwaterę mieli Gustaffson i przyjaciele. Ten niepozorny obiekt krył w sobie wielką&amp;nbsp;tajemnicę&amp;nbsp;bytu. Tak przynajmniej twierdzili wildeccy złomiarze oraz Profesor Szatan. Łokietek nakazał swojej drużynie zachować&amp;nbsp;w tej kwestii daleko idący sceptycyzm.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Pan wybaczy, Profesorze, ale to co pan mówi o tej kamienicy, wydaje mi się&amp;nbsp;nadto sensacyjne, aby mogło być&amp;nbsp;prawdą, mawiał zatem każdorazowo z całą swoją wytworną&amp;nbsp;dyplomacją&amp;nbsp;Gustaffson, kiedy tylko Profesor zaczynał swój ulubiony temat. Opowiadał naprawdę niestworzone historie, że Michał Archanioł leży związany w kiblu na półpiętrze, a pod zlewem trzyma taśmę&amp;nbsp;video z materiałami obciążającymi jednego z najbliższych współpracowników Papieża Polaka. No mówię Wam, chłopaki, on był w Hitlerjugend. Tak tak, odpowiadali poklepując Szatana po plecach, a następny papież&amp;nbsp;będzie Murzynem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Chłopcy nie dlatego uznawali rewelacje Szatana za wyolbrzymione, że nie szanowali jego dorobku i postawy życiowej. To swoją&amp;nbsp;drogą, ale ważniejszy powód był taki, że polityka Łokietka tego wymagała. Zdanie Łokietka święta rzecz, mawiał Gustaffson, który zdawał sobie sprawę ile znaczy autorytet władcy w czasach kompletnego bezhołowia. Profesor Szatan liczył, że łatwo przeciągnie to libertyńskie towarzystwo na swoją&amp;nbsp;stronę. Przecież&amp;nbsp;oni myślą&amp;nbsp;bardzo podobnie do mnie, kalkulował, nic ich nie łączy z Bogiem i tą&amp;nbsp;jego hałastrą. Podsunę im kilka kwitów i będzie po sprawie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Nie wziął jednak pod uwagę, że Łokietek po rozmowie z Giedroyciem zrobił się&amp;nbsp;bardzo ostrożny. Postanowił chwilowo nie forsować&amp;nbsp;reform i trzymać&amp;nbsp;się&amp;nbsp;twardo kursu platońskiego. Wiedział bowiem,&amp;nbsp;że jeśli zacznie nadawać&amp;nbsp;na tych samych falach co reszta establishmentu fantasmagorycznego, straci swoją&amp;nbsp;jedyną&amp;nbsp;i niepowtarzalną&amp;nbsp;pozycję, a co za tym idzie zostanie zmarginalizowany. Michnik tylko czeka, żeby na moje miesjce wsadzić&amp;nbsp;jakiegoś swojego pupilka. Kadry już są przygotowywane, mówił do Gustaffsona, jeden nasz błąd i po nas.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Nieufność Łokietka wobec Szatana miała swoje podstawy. Szatan nie wydawał się&amp;nbsp;być&amp;nbsp;poważnym partnerem. Kiedyś Łokietek dał mu szansę. To było jeszcze w czasach, kiedy współpracował z CIA, sprzątając komunistycznych agentów we władzach USA. Szatan natomiast zaczynał wtedy swoją&amp;nbsp;karierę&amp;nbsp;pseudonaukową&amp;nbsp;w Polsce. Pod przykrywką egzystencjalizującego matematyka wpisał się&amp;nbsp;w nurt umiarkowanie lewicujących fantasmagorystów. To był jedyna droga, żeby nie dać&amp;nbsp;się&amp;nbsp;wciągnąć&amp;nbsp;w dogmaty marksistowskie. Wbrew pozorom bowiem Szatan nie lubił się&amp;nbsp;z Marksem. Uważał go za niebezpiecznego marzyciela i uzurpatora.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Szatan wtedy zajmował się&amp;nbsp;wprowadzaniem elementów logiki do metodologii nauk humanistycznych. Inspirował działania, które sprawiły, że w Poznaniu powstał bardzo silny ośrodek metodologiczny wpływający na sposób prowadzenia badań nie tylko w krajowych ośrodkach. Właściwie spod jego wpływu wyłączone zostałe jedynie ośrodki sponsorowane bezpośrednio przez Watykan. Mucha nie siada, nieźle to zakręciłeś, powiedział wtedy Łokietek do Szatana. Wykorzystałeś&amp;nbsp;okazję&amp;nbsp;idealnie, mam w związku z tym do ciebie prośbę. Niebawem robimy zamach na&amp;nbsp; Kennedy’ego i potrzebujemy pewnej informacji.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Ale co ja mam z tym wspólnego, żachnął się&amp;nbsp;wtedy Szatan, róbcie swoje, ja nie przyłożę&amp;nbsp;do tego ręki. Bez ciebie nie damy rady. Potrzebujemy ważnej informacji, do której tylko ty masz dostęp. Dusił Łokietek. Ja nic nie wiem, o czym ty w o ogóle gadasz? Szczerze mówił Szatan. Biurko Ajdukiewicza, powiedział twardo Łokietek. W nim jest to, czego szukam. Co takiego? Tajemnica, odparował zamachowiec, mogę&amp;nbsp;ci tylko powiedzieć, że Kennedy był w Polsce tuż przed wojną i ukrył tutaj ważne dokumenty. Dlaczego akurat tutaj? Przecież wiedział, co tu będzie się&amp;nbsp;działo. Trzeźwo zauważył Szatan.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;A powiedziałeś mu, że wszystko jest ukartowane i Polska nie ma szans? Zapytał Łokietek, wiedząc, że tamten zaprzeczy. No nie, odparł zgodnie z przewidywaniami Szatan. A widzisz, ja mu też&amp;nbsp;nie powiedziałem, ani nikt inny z naszego obozu. Bidak miał niepełne informacje, podobnie jak teraz, he he – zatarł śmiejąc się&amp;nbsp;szyderczo Łokietek, wiedząc, że dni JFK zostały dokładnie policzone. Ale co ma do tego biurko Kazia Ajdukiewicza, dopytywał Szatan, nadal nic nie rozumiejąc. Spotkali się&amp;nbsp;w Warszawie, w lipcu 1939 i Kennedy przekazał Ajdukiewiczowi ważne informacje, które miał od Russella. Co w nich było? Dopytywał ciekawski Szatan.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Ciekawość&amp;nbsp;to pierwszy stopień do piekła, zaśmiał się&amp;nbsp;Łokietek i pogroził palcem Szatanowi. Nie mógł wyjawić&amp;nbsp;Szatanowi tego, co było w dokumentach, bo wtedy straciłby przewagę&amp;nbsp;nad nim, a tym samym inicjatywę. Sytuacja jest taka, powiedział do Szatana, że albo dasz mi dostęp do biurka Ajdukiewicza, albo też&amp;nbsp;będę&amp;nbsp;musiał te wiadomości wydobyć&amp;nbsp;od niego osobiście. Nie będę&amp;nbsp;ci ułatwiał zadania, Łokietek. Powiedział z nienawiścią&amp;nbsp;Szatan i poszedł na wykład. Działo się&amp;nbsp;to dokładnie 10 kwietnia 1963 roku. Dwa dni później legendarny polski logik i filozof Kazimierz Ajdukiewicz zmarł nagle na atak serca. Kilka miesięcy później, w listopadzie John Fitzgerald Kennedy zmarł nagle na atak zamachowca.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Łokietek wiedział kto zabił Kennedy’ego, ale nie wiedział, co się&amp;nbsp;naprawdę&amp;nbsp;stało z autorem jego ulubionego podręcznika do fanstasmagorii pt. „Zagadnienia i kierunki filozofii” wydanego w 1949 roku, zanim jeszcze Kołakowski z drużyną zaczęli robić&amp;nbsp;porządek na odcinku. Dopóki trwała zimna wojna niewiele mógł wyjaśnić. Zarobiony był. Zamach na Kennedy’ego otworzył prawdziwą puszkę już&amp;nbsp;nawet nie Pandory, ale wręcz Paprykarza Szczecińskiego. Wszyscy się&amp;nbsp;wściekli, bo nikt nie wiedział, co się&amp;nbsp;tam stało. Łokietek zrobił to na własną&amp;nbsp;rękę, nie dostarczając nikomu niezbitych dowodów. Nie można było postawić&amp;nbsp;przysłowiowej kropki nad i.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Ofensywa hippisowska, którą&amp;nbsp;przeprowadził w tym czasie Szatan, nie ułatwiła życia Łokietkowi. CIA było na niego wściekłe za to, że zlikwidował kolesia, który miał im zapewnić spokojne działanie na lata. Przez ciebie te lewaki zdobywają&amp;nbsp;teren, JFK byłby dla nich świetnym katalizatorem. Zepsułeś, kurwa, nasz cały misterny, kurwa, plan. Spoko, luzik, wiem co robię, mówił im Łokietek. Ale oni go już&amp;nbsp;nie słuchali. John McCone, ówczesny szef tajnych służb, chciał mu nawet obciąć&amp;nbsp;jaja. Na szczęście skończyło się&amp;nbsp;na zesłaniu Łokietka w czarną&amp;nbsp;dupę. To znaczy do Afryki. Miał tam dopilnować, żeby wszystkie państwa nie tylko odzyskały niepodległość, ale jeszcze odzyskały ją&amp;nbsp;po właściwej stronie barykady.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Teraz to już&amp;nbsp;były stare dzieje, ale Łokietek wiedział z kim ma do czynienia. Odwrotnie jak Szatan, który nie poznał Łokietka i myślał, że ma do czynienia z niewinną grupą entuzjastów postmodernistycznej wolności. Szybko przeciągnął na swoją&amp;nbsp;stronę Lewiatanowicza, który lobbował potem w towarzystwie za trwałym sojuszem z Szatanem. Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn łeb użyna, powiedział Łokietek, robiąc dłonią&amp;nbsp;charakterystyczny znak podcinania gardła. Kęsim, kęsim, dodał i zarechotał donośnie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Intytut Fantasmagorii nie spodziewał się, że przyjmując Łokietka napyta sobie aż&amp;nbsp;takiej biedy. Nie spodziewał się&amp;nbsp;tego ani Profesor Szatan, ani Profesor Bóg ciągnący z tyłu za sznurki, ani Wielki Strażnik Trajektorii Lotu Profesor Zuch. Gdy się&amp;nbsp;zorientowali było już&amp;nbsp;za późno. Walka między gigantami musiała się&amp;nbsp;odbyć. Ciężkozbrojni jeźdźcy Apokalipsy już&amp;nbsp;ubijali ziemię&amp;nbsp;na strzeszyńskich nieużytkach. Tymczasem jednak, wszyscy spokojnie pili herbatę&amp;nbsp;i oglądali pornografię&amp;nbsp;na świeżo zakupionych komputerach pracowni internetowej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;CDN&lt;/span&gt;  &lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;style&gt;@font-face {  font-family: "Times";}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: "Times New Roman"; }div.Section1 { page: Secti&lt;/style&gt;&lt;br /&gt;&lt;style&gt; &lt;/style&gt;&lt;br /&gt;&lt;style&gt; &lt;/style&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-4257990555110118198?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/4257990555110118198/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/08/15-bog-umar-pokaz-cycki.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4257990555110118198'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4257990555110118198'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/08/15-bog-umar-pokaz-cycki.html' title='15. Bóg umarł, pokaż cycki'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/THKCDTxqA9I/AAAAAAAAAJg/p3AM2AUz6RU/s72-c/bogg.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-240326966623968421</id><published>2010-07-12T16:31:00.006+02:00</published><updated>2011-01-17T21:37:07.232+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>14. Catenaccio bolognese</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/TDsnM6cZZsI/AAAAAAAAAJY/-t1AibSoWUA/s1600/cattenacio.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/TDsnM6cZZsI/AAAAAAAAAJY/-t1AibSoWUA/s320/cattenacio.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Franz Schopenhauer nie osiągał w rozgrywkach zadowalających wyników. Choć wszyscy zawodnicy starali się bardzo, to żadnemu właściwie nie wychodziło. Bywało, że osiągali bardzo przyzwoity rezultat z faworytem rozgrywek, by za chwilę&amp;nbsp;polec z drużyną&amp;nbsp;pozornie słabszą. Wynikało to po części z nieodpowiednio przepracowanego okresu przygotowawczego, a po drugiej części z przerostu ego większości graczy. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;style&gt;@font-face {  font-family: "Times";}@font-face {  font-family: "Cambria";}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 12pt; font-family: "Times New Roman"; }p { margin: 0cm 0cm 0.0001pt; font-size: 10pt; font-family: "Times New Roman"; }div.Section1 { page: Section1; }&lt;/style&gt;     &lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Właściwie na każdej pozycji w drużynie grał ktoś, kto myślał, że sam wygrałby każdy mecz, gdyby tylko koledzy z drużyny mu nie przeszkadzali. Mano uważał się&amp;nbsp;za łowcę&amp;nbsp;bramek, Robson za mistrza środka pola, a Gustaffson nie mógł się&amp;nbsp;oprzeć wrażeniu, że jest kolejną inkarnacją&amp;nbsp;Beckenbauera. Za nic miał nawet fakt, że słynny Niemiec żył sobie nadal w najlepsze i dupczył sekretarki aż miło. Gustaffson wyznawał&amp;nbsp; bowiem wiarę w istnienie inkarnacji równoległych.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Szczególnie źle wypadła inauguracja. Gdy tylko wyszli na parkiet pachnącej świeżością&amp;nbsp;hali przy ulicy Młyńskiej, poczuli się&amp;nbsp;źle. Na boisku było bowiem na tyle tłoczno, że trudno było się&amp;nbsp;przebić ze swoją&amp;nbsp;inicjatywą, ale i na tyle luźno, że przeciwnicy robili co chcieli. Większości członków drużyny Franz Schopenhauer wydawało się, że drużyny przeciwne dwoją&amp;nbsp;się&amp;nbsp;i troją,&amp;nbsp;żeby tylko ich pokonać. Jakby się&amp;nbsp;sprężały bardziej na nich, odpuszczając innym rywalom.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Fakt, że żadna inna drużyna nie miała takich problemów z wyprowadzeniem akcji jak właśnie Franz. Właściwie w pierwszym dniu rozgrywek nie przeprowadzili żadnej udanej akcji, a gdyby nie niezłomna postawa Falseta w bramce, to by i więcej goli stracili niż&amp;nbsp;im się&amp;nbsp;zdawało. A zdawało im się, że tych bramek było kilkadziesiąt. Jak na trzy mecze, które rozegrali, to dość&amp;nbsp;wyśrubowany wynik. Inna sprawa, że tego dnia większość&amp;nbsp;z nich wszystko widziała podwójnie albo potrójnie. Pomagało to jedynie Falsetowi, który dzięki temu łapał więcej strzałów nawet niż powinien.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Jest nas za mało, musimy mieć&amp;nbsp;zmienników. To opinia Gustaffsona, który czuł się&amp;nbsp;wypruty, a przecież&amp;nbsp;nic wielkiego nie osiągnął. Racja, ale poza tym musimy grać&amp;nbsp;bardziej zespołowo, dodał Robson, który chciał zaszczepić&amp;nbsp;kolegom z zespołu swoją&amp;nbsp;metafizyczną ideę catenaccio boglonese, polegającą na równomiernym rozłożeniu akcentów pomiędzy obronę, pomoc, atak oraz posiłek regeneracyjny po meczu. E tam, przegraliśmy, bo dzisiaj jest niedziela, a w niedzielę sędziowie sprzyjają katolikom, podsumował rozważania Mano, który zawsze wszystko wiedział lepiej.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Kremówka Wadowice grupująca kwiat słynnej skądinąd teologii poznańskiej nie dała fantasmagorystom szans. Na nic się&amp;nbsp;zdały powaby skrzydłowych Hermy i Afrodyty. Na nic się&amp;nbsp;zdały, bo dziewczyny nie umiały postępować&amp;nbsp;z przeciwnikiem. Jako zadeklarowane lesbijki brzydziły się&amp;nbsp;spoconymi facetami w czerni i uciekały z nogami, kiedy powinny je podłożyć, słabo się&amp;nbsp;zastawiały oraz grały ciałem w sposób absolutnie niewystarczający. Robson zjebał je równo po meczu, ale Mano bronił ich zaciekle, nie uciekając przed argumentem, że przez Robsona przemawia zwykła szowinistyczna świniość. Mano był postępowy jak skurwysyn.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Ponieważ&amp;nbsp;jednak Mano nie miał wiele do gadania w drużynie, a poza tym często zmieniał zdanie, postanowiono jednak pójść za radą&amp;nbsp;kapitanów i zakontraktować nowych zawodników, jak również opracować wytyczne taktyczne, które pozwolą&amp;nbsp;uniknąć&amp;nbsp;dalszych kompromitujących porażek. Tranferami zajął się&amp;nbsp;obrotny jak nigdy Gustaffson, a taktyką wybitny wizjoner oraz przebiegły strateg Robson. Przede wszystkim postanowiono zwiększyć&amp;nbsp;rywalizację na skrzydłach, ponieważ uznano, że reszta pozycji jest obsadzona niemal optymalnie. Falset z teologami puścił kilkanaście bramek, ale mógł puścić więcej. Thorgal i Nyrup dzielnie mu sekundowali w puszczaniu i niepuszczaniu. Robson i Gustaffson byli nie do ruszenia, a Mano był gwiazdą. Tylko dziewczyny dały tak naprawdę&amp;nbsp;dupy, a właściwie nie dały i o to poszło.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Pozyskano dwóch kreatywnych dryblerów studiujących na Akademii Szamarzewskiej kulturystykę. Jizik Koniecpolski był także obiecującym artystą, a ponadto podszyty był zainteresowaniami fantasmagorycznymi. Można go zaliczyć&amp;nbsp;do jednoosobowej grupy stranieri, ponieważ&amp;nbsp;częściowo pochodził z Moraw, a częściowo tylko z Polski. Drugi z pozyskanych kulturystów, Kuba Śruba, był z dziada pradziada patriotą&amp;nbsp;Rataj, a pierwsze piłkarskie kroki stawiał gdzieś&amp;nbsp;pomiędzy osiedlami Rusa i Prusa. We dwójkę&amp;nbsp;mieli stworzyć&amp;nbsp;sprawny dwusów napędzający maszynerię&amp;nbsp;walca Robsona, jak zaczęto nazywać&amp;nbsp;ich drużynę, po drugiej dużo bardziej udanej kolejce.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Przed spotakniami drugiej kolejki Robson wygłosił wykład na temat obmyślonej przez siebie taktyki. Wziąwszy pod uwagę wszystkie elementy, w których jego ekipa jest gorsza od przeciwnika, doszedł do wniosku, że powinni robić&amp;nbsp;na boisku jak najmniej, ponieważ, jak tylko coś&amp;nbsp;zrobią, to zaraz spieprzą. W ten sposób powstała oryginalna wersja słynnego włoskiego catenaccio, określana przymiotnikiem bolognese. Wzięło się&amp;nbsp;to oczywiście od słynnego sosu pomidorowego, którym się&amp;nbsp;polewa spaghetti. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Musicie być&amp;nbsp;jak ten sos, bo przeciwnik jest makaron. On się&amp;nbsp;wślizguje między twarde zęby naszej obrony i przenika aż do wnętrza świątyni Falseta. My musimy być&amp;nbsp;jak sos i oblepić&amp;nbsp;ich akcje w taki sposób, aby straciły impet i pomieszały się&amp;nbsp;ze sobą w jedną&amp;nbsp;wielką&amp;nbsp;gmylę. Wtedy niepostrzeżenie ich nogami będziemy strzelać&amp;nbsp;bramki dla nas. Dziś gramy z geografami, którzy są&amp;nbsp;mocni, bo wygrali wszystkie mecze. Będą jednak podmęczeni po spotkaniu z Kremówką z którą&amp;nbsp;grają&amp;nbsp;o 10. Z nami mają mecz o 11. Jeśli wcielicie moje założenia w życie, to wygramy. Jeśli nie, to chociaż nawpierdalamy się&amp;nbsp;szpageti. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Teologowie stanowili bardzo silny monolit, a jednak dostali od geografów siódemkę&amp;nbsp;do jednego. Ubrani w jednolite czarne stroje prezentowali się&amp;nbsp;niczym armia rycerzy Chrystusa. Gnietli kolejnych przeciwników z naprzyrodzoną&amp;nbsp;energią, aż nie trafili na drużynę Gaspar da Gama. Teologów było chyba ze dwudziestu, choć&amp;nbsp;jednocześnie na boisku mogło przebywać&amp;nbsp;nie więcej niż sześciu. Zmieniali się&amp;nbsp;bardzo sprawnie zyskując nad przeciwnikami przewagę świeżości i szybkości. W pierwszej kolejce odnieśli serię&amp;nbsp;dwucyfrowych pogromów, ale globusom nie dali rady. Globusy bowiem miały zawodników, którzy zbierali szlify w A-klasowych Laserach Suchy Las. Ci piłkarze byli prawie że profesjonalni. Na tyle w każdym razie, żeby skopać&amp;nbsp;tyłki nadwyrężone wcześniej przez wewnętrzny regulamin seminarium duchownego. Piłkarze Franza Schopenhauera oglądali ich klęskę&amp;nbsp;z rosnącym lękiem. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Przegrali przecież z Kremówką&amp;nbsp;stosunkiem dwucyfrowym raptem dwa tygodnie wcześniej, a dziś mieli się&amp;nbsp;zmierzyć&amp;nbsp;z pogromcami swoich pogromców. Głowa mi pęka, powiedział Kuba Śruba, który dzień wcześniej świętował po raz kolejny już otwarcie nowego lokalu kulturalnego o wdzięcznej nazwie Kisielice. Przyszedł prosto z imprezy, bo nie chciał zawieść przyjaciół, a poza tym kochał futbol prawie tak jak swoją&amp;nbsp;drugą, o wiele lepszą połowę. Weź się&amp;nbsp;w garść, usłyszał od Nyrupa, który czasem w zastępstwie kapitana Robsona, próbował zaprowadzić&amp;nbsp;dyscyplinę&amp;nbsp;w drużynie, wyjdziesz w pierwszym składzie. Dziewczyny nie dadzą&amp;nbsp;rady zawodowcom, dodał uśmiechając się&amp;nbsp;szyderczo w kierunku Hermy, z którą kiedyś coś&amp;nbsp;próbował, a ona mu włożyła palec w tyłek i powiedziała, że tylko tak może mu dogodzić, co ubodło jego męską godność, która jak się&amp;nbsp;okazuje, była akurat tam zlokalizowana.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Kiedy stanęli naprzeciw pogromców czarnej kohorty, wyglądali jak ten mały, biedny Dawid przy sterydzie Goliacie. Czuli się&amp;nbsp;przypadkową&amp;nbsp;zbieraniną, którą nawet ich kapitan porównać umiał jedynie do zawiesistej mazi pomidorowej. To zmyliło geografów. Uskrzydleni zwycięstwem nad najsilniejszym rywalem w grupie, myśleli, że nastukają fantasmagorystom kilkanaście brameczek, nie tracąc specjalnie sił przed meczem z mocniejszymi ekipami. Oj, nie docenili przebiegłej taktyki Robsona oraz pozornie niewidocznej motywacji jego kolegów. Nie docenili możliwości drzemiących w skacowanym Śrubie i przebiegłym Jiziku, którzy chcieli pokazać&amp;nbsp;się&amp;nbsp;z jak najlepszej strony w debiucie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Już&amp;nbsp;pierwszy kontakt z piłką&amp;nbsp;pokazał, że mecz ten nie będzie spacerkiem dla doświadczonej drużyny Gaspar da Gama. Mano, dokonując kopnięcia inicjującego grę ze środka boiska, rzucił w stronę&amp;nbsp; przeciwnika niewinną&amp;nbsp;zaczepkę. No to jedziemy, koniki Przewalskiego! A potem dodał jeszcze kilka prychnięć oraz klasknięć imitujących ruszającego z kopyta konika. Patataj, patataj, podchwycili Kuba Śruba i Jizik Koniecpolski, po czym przeprowadzili akcję oskrzydlającą wszystko, co się&amp;nbsp;tylko dało. Zacentrowali jednocześnie z dwóch stron prosto na głowę&amp;nbsp;Mano w pełnym galopie. Bramka stała się&amp;nbsp;faktem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Natychmiast po zdobyciu gola cała drużyna Franza stanęła na swojej połowie i czekała, co będzie. Wkurwieni, jak załoga Santy Marii na środku Atlantyku, geografowie ruszyli na nich z furią. Robson, widząc co się&amp;nbsp;święci, nakazał Mano zejście na ławkę. Jego miejsce zajął wyrachowany Gustaffson, który potrafił dyplomatycznie załagodzić atmosferę. Z wdziękiem odbierał argumenty przeciwnika i wykopywał je celnie pod nogi Śruby lub Jizika, ewentualnie podawał do snującego się&amp;nbsp;obok Robsona. Falset uwijał się&amp;nbsp;bramce niczym Aborygen na zakupach. Sekundował mu stanowczo Nyrup, który twardo rozbijał ataki przeciwnika, których wcześniej nie powstrzymali Robson z Gustaffsonem lub Jizik ze Śrubą.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Zarówno Robson jak i Gustaffson posiadali cenną&amp;nbsp;umiejętność utrzymywania się&amp;nbsp;przy piłce oraz przeglądu pola. Dużo gorzej było z kondycją. Dlatego też problem zaczął się&amp;nbsp;pojawiać&amp;nbsp;w momencie, gdy opadali z sił. A z sił opadali niemal natychmiast, choć&amp;nbsp;defensywna taktyka bardzo im służyła. Rozkładali akcje rywali na czynniki pierwsze, jednocześnie szukając wzrokiem ruchliwych napastników, którzy mieli obiecane, że jak będą&amp;nbsp;biegać jak pojebani, to po przerwie zmienią&amp;nbsp;ich dziewczyny. No to biegali siejąc zamieszanie w szeregach obrońców Gaspara. Zasiali tego zamieszania tyle, że bramkarz mógł skręcić&amp;nbsp;solidnego blanta. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Kiedy jednak opadł z sił Robson, na boisko musiał wejść&amp;nbsp;Thorgal, który był kopią&amp;nbsp;Nyrupa. Grał tak samo. Był twardy i dobrze odbierał piłkę, ale umiał ją&amp;nbsp;jedynie wykopnąć przed siebie. Często przed nim było gęsto i piłka wracała jak bumerang. Kurwa, krzyczał wtedy Thorgal i rozpaczliwie starał się&amp;nbsp;ją wykopnąć&amp;nbsp;po raz kolejny. Nie zawsze się&amp;nbsp;to udawało, oj, nie zawsze. Często przechwytywali ją chytrzy przeciwnicy i strzelali bramkę. Gustaffson mając w szyku defensywnym dwie tykające bomby, musiał dwoić&amp;nbsp;się&amp;nbsp;i troić, co zmęczyło go niemal natychmiast. Opuścił boisko niedługo po Robsonie. Była połowa pierwszej połowy. Za niego wszedł&amp;nbsp;Mano, który natychmiast wysunął się&amp;nbsp;na szpicę. Taktyka się&amp;nbsp;rozjechała jak tramwaje po Kaponierze.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Okazało się&amp;nbsp;nagle, że stroną&amp;nbsp;atakującą jest Franz Schopenhauer, a Gaspar da Gama gra z kontry. Było to jawne samobójstwo. Dwóch rosłych i mocnych, ale za to mało zwrotnych i kumatych obrońców nie mogło powstrzymać&amp;nbsp;ułańskich szarży rozpędzonych geografów. Z kolei Śruba, Jizik i Mano nie wracali pod własną bramkę, stwarzając nieodpowiedzialną atmosferę&amp;nbsp;zagrożenia. W ostatnich minutach pierwszej połowy zakotłowało się&amp;nbsp;pod bramką&amp;nbsp;Falseta. Sunął atak za atakiem, piłka obijała słupki i poprzeczki. Tak, tak, poprzeczki były dwie, jedna niżej a druga wyżej zawieszona. To pomysł Robsona, który chciał zdopingować&amp;nbsp;Falseta do jeszcze lepszej gry. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Sytuacja zrobiła się&amp;nbsp;nieciekawa. Robson nie mógł na to patrzeć, więc poszedł na fajkę. Gustaffson próbował przemówić&amp;nbsp;do rozumu Mano, ale chyba nie do końca było do czego przemawiać. Mano tracił rozum na boisku, grał sercem. A serce kazało mu strzelać bramki. Mano kochał gole. Tak jak w życiu nie przepuścił żadnej dziewczynie, tak na boisku nie odpuszczał żadnej bramce. Gol jest gol, mówił, albo go zdobywasz albo jesteś pizda. Prawdziwy sęp pola karnego. Jak już&amp;nbsp;strzelił, to do bólu skutecznie. Słupki i poprzeczki wyzwalały w nim prasamczy instynkt. Ten sam, który wyzwalały w nim długie i zgrabne nogi koleżanek ze studiów zwieńczone wysoko malowniczym krajobrazem jędrnych pośladków. Ach młodość, wzdychał sam do siebie Mano, dobrze jest być młodym, pięknym i jurnym.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Jurny, ale durny, przeklinał w myślach Gustaffson, widząc, że Mano nie ma zamiaru cofać się&amp;nbsp;po piłkę&amp;nbsp;na własną&amp;nbsp;połowę. Osamotnieni skandynawowie długo się nie utrzymają. Wkurzony Gustaffson postanowił dokonać&amp;nbsp;zmiany i wejść&amp;nbsp;za Mano, aby wzmocnić jednak blok defensywny. Już, już miał wchodzić, gdy okazało się, że psu na budę takie wchodzenie, bo Gaspar da Gama strzelił gola Franzowi Schopenhauerowi. I to w sposób urągający stawce meczu. Nyrup tak bowiem nieszczęśliwie wykopywał piłkę, że trafił w plecy stojącego tuż przed nim Thorgala. Mocno kopnięta piłka nabrała rotacji wstecznej i bez problemu wpadła do bramki zdezorientowanego Falseta. Zaraz potem zagwizdał gwizdek sędziego. Połowa zakończyła się&amp;nbsp;remisem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Gustaffson wiedział, że ten mecz muszą&amp;nbsp;wygrać, żeby w ogóle było po co grać&amp;nbsp;dalej w turnieju. Odsunął na bok Robsona, mówiąc, że taktykę&amp;nbsp;trzeba zmienić, bo nie mają wystarczającej ilości wykonawców, a bramki strzelać trzeba. Zrobimy tak, Herma i Afrodyta wchodzą&amp;nbsp;za Jizika i Śrubę, ja za Thorgala, a ty za Nyrupa. Będziemy rozgrywać&amp;nbsp;piłkę&amp;nbsp;z pozycji ostatnich obrońców, dziewczyny będą&amp;nbsp;śmigać skrzydłami, a Mano będzie pykał brameczki. Chociaż raz musi się&amp;nbsp;udać. Jest ryzyko, ale się&amp;nbsp;zgadzam, potrzeba nam więcej odpowiedzialności w obronie, poparł wyjątkowo kolegę&amp;nbsp;Robson.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Zwrot taktyczny w przerwie znowu zaskoczył geografów, którzy myśleli, że rozjadą&amp;nbsp;przestraszonych Franzów. Oni czuli się&amp;nbsp;lepsi, bo grali w Laserach Suchy Las, gdzie bili się&amp;nbsp;z prawdziwymi drużynami o prawdziwe awanse i spadki. A tutaj grali tylko dla zabawy. Ich przeciwnicy nie przedstawiali żadnej wartości sportowej przecież. To jakaś zbieranina, w której nawet dziewczyny mogą&amp;nbsp;grać. Całkiem niczego sobie laski, ale bez walorów typowo piłkarskich jak się&amp;nbsp;zdaje. Jedna miała nawet fajny biust, co zauważył kapitan geografów. Nie mógł biedak widzieć, że to push-up kupiony za składkowe pieniądze całej drużyny Franza. Chodziło o to, żeby cycki Afrodyty odwracały uwagę&amp;nbsp;od piłki. Zgodnie z hałem reklamowym biustonoszy wanderbra, skaczą&amp;nbsp;tylko piłki, a zgdonie z przebiegłą logiką&amp;nbsp;Gustaffsona, skaczą&amp;nbsp;nie tylko piłki i chuj.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Dość powiedzieć, że kapitan Gaspara da Gama został przez Afrodytę&amp;nbsp;wyłączony z gry. Owinęła go sobie wokół palca już&amp;nbsp;pierwszym dryblingiem w taki sposób, że potem mógł tylko w niemym zachwycie obserwować, jak ta smukła łania cudownie unosi się&amp;nbsp;nad wystawionymi nogami jego kolegów, pędząc ku bramce z szybkością&amp;nbsp;nieosiągalną dla żadnego z graczy. Niestety także dla żadnego z piłkarzy Franza Schopenhauera, którzy jak jeden mąż biegli wiele kroków za Afrodytą, co bardzo utrudniało wykończenie akcji. Gdy Afrodyta była już&amp;nbsp;w rogu boiska i wiedziała, że musi dośrodkowywać&amp;nbsp;z radością&amp;nbsp;przypomniała sobie o Mano, który jak zwykle nigdzie nie biegał, tylko pilnował pola karnego przeciwników. W sobie tylko wiadomy sposób, Afrodyta wykręciła pirueta i dośrodkowała w pełnym biegu prosto na głowę kolegi, który po raz drugi upokorzył bramkarza geografów z najbliższej odległości. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Radości z gola nie było końca, zwłaszcza, że każdy z kolegów chciał wyściskać Afrodytę&amp;nbsp;jak najdokładniej. Jej partnerka z przeciwległej strony boiska, a także życiowa, wepchnęła jej głęboko język do gardła, żeby jednak nikt nie miał wątpliwości czyją&amp;nbsp;dupą&amp;nbsp;jest Afrodyta, a do kogo się&amp;nbsp;jedynie wdzięczy dla dobra drużyny. Prowadzenie dwa do jednego w pełni zadowalało drużynę Schopenhauera, zaczęli więc z upodobaniem grać&amp;nbsp;na czas. Dziewczyny konstruowały koronkowe akcje, których koronkowość&amp;nbsp;polegała bardziej na prześwitywaniu koszulek oraz kusości spodenek, spod których widoczne były oryginalne ściegi bielizny niż&amp;nbsp;na walorach czysto piłkarskich. Tak czy owak, absorbowały one przeciwnika znacznie. Korzystyny wynik został dowieziony w całości do końca.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;A po ostatnim gwizdku chłopcy i dziewczęta poszli do szatni, gdzie czekała na nich delegacja drużyny teologów z porpozycją&amp;nbsp;nie do odrzucenia. Propozycja wykraczała daleko poza ramy tego turnieju, który z kolei jak się&amp;nbsp;w szatni okazało wykracza także daleko poza ramy rywalizacji czysto sportowej. Był to bowiem turniej życia i śmierci. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; margin: 0.1pt 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;CDN&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-240326966623968421?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/240326966623968421/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/07/catenaccio-bolognese.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/240326966623968421'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/240326966623968421'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/07/catenaccio-bolognese.html' title='14. Catenaccio bolognese'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/TDsnM6cZZsI/AAAAAAAAAJY/-t1AibSoWUA/s72-c/cattenacio.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-7595324392032186874</id><published>2010-06-29T16:10:00.003+02:00</published><updated>2011-01-14T16:14:11.900+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Info'/><title type='text'>"Nieśmiały frontman" w Radarze</title><content type='html'>Bukwami i Brunnerami przepisane opowiadanie z Warzywa na &lt;a href="http://www.e-radar.pl/pl,artykuly,6,3043.php"&gt;http://www.e-radar.pl/pl,artykuly,6,3043.php&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polecam!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-7595324392032186874?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://www.e-radar.pl/pl,artykuly,6,3043.php' title='&quot;Nieśmiały frontman&quot; w Radarze'/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/7595324392032186874/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/06/niesmiay-frontman-w-radarze.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/7595324392032186874'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/7595324392032186874'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/06/niesmiay-frontman-w-radarze.html' title='&quot;Nieśmiały frontman&quot; w Radarze'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-8303002695782383506</id><published>2010-06-06T21:04:00.001+02:00</published><updated>2011-01-21T13:52:04.591+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>13. Hirołsi</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/TAvxF1hj9KI/AAAAAAAAAJA/4oZdxZwiZ30/s1600/hirolsi.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/TAvxF1hj9KI/AAAAAAAAAJA/4oZdxZwiZ30/s320/hirolsi.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Podnieście go, wydał rozkaz Łokietek. Gustaffson i Sid nie należeli do dobrze zbudowanych ani w ogóle jakoś tam zbudowanych, ale jednak dali radę unieść do góry zemdlonego Falseta, który swoje ważył mimo, że nie jadł w zasadzie mięsa tymczasem. Zaczęli go okładać dłońmi po twarzy w celu ocucenia, nie wiedząc, że przyjaciel jest w tej chwili bardzo daleko i to nie bynajmniej wcale w rodzinnych Gryficach, ale daleko dalej i w innnym kierunku. Zupełnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Falset był właśnie na polu namiotowym w Cisnej i uciekał przed goniącą go mamą, krzycząc, że nie będzie się kąpał, bo woda za zimna. Młoda mama goniła małego Falseta w majteczkach moro, chcąc go oczyścić z całodziennej wyprawy na Okrąglik. Synek miał jednak odmienną koncepcję przygotowań do snu. Wolał zaczaić się w chaszczach i podglądać, co robią w namiocie studenci, którzy rozbili się zaraz obok jego rodziców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj zauważył, że młodzi chłopcy nie tylko świetnie grają na gitarach, ale także potrafią namówić koleżanki do bardzo dziwnych czynności. Falset nie do końca rozumiał po co i dlaczego, ale podglądanie ich przez mały lufcik z boku namiotu sprawiało mu jakąś dziwną przyjemność. Mama Falseta oczywiście nie miała pojęcia o co chłopcu chodzi i myślała, że po prostu, jak wielu dziewięciolatków woli brudny iść spać niż się mordować z mydłem, ręcznikiem i tą cholerną wodą. Nie wiedziała, że jej pierworodny syn powziął właśnie decyzję, że zostanie gitarzystą i będzie dzięki temu robił fajne rzeczy z dziewczynami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obudź się! Wrzasnął na niego zniecierpliwiony Łokietek, który nie tylko nie cenił twórczości Falseta, ale też był bardzo niecierpliwy w stosunku do niego, gdyż podejrzewał, że jest gejem czyhającym na jego piastowską cnotę. Łokietek nie znosił gejów. Miał wrażenie, że rozbierają go wzrokiem. Robiło mu się niedobrze, kiedy myślał, co by mu zrobili, gdyby im pozwolił. Obudź się, kurwa! Wzmocnił wypowiedź Łokietek. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Falset drgnął. Ale nie twarzą, tylko narządem penis. Najwyraźniej wspomnienie raźnych studentek wpłynęło na niego dodatnio. Niestety, Łokietek wziął to do siebie. Wziął też szybki zamach i z całej epy przywalił Falsetowi w nabrzmiałego penisa. Obudź się, kryptonie, i gadaj co się stało... Łokietek nie dokończył pytania, albowiem Falset mu przerwał stanowczo odmawiając udania się do potoku w celu umycia się do spania. Otworzył jednak przy tym oczy, co pozwoliło mu dostrzec nieadekwatność swoich wypowiedzi. Kurwa, gdzie ja jestem? – zapytał przytomnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łokietek, Gustaffson i Sid spojrzeli na siebie wzajemnie. Łokietek spojrzał na Gustaffsona, a ten na Sida. Sid spojrzał na Gustaffsona, a ten na Łokietka. Kiedy już przerobili wszystkie kombinacje w systemie każdy z każdym, skonstatowali, że nie potrafią odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Gdyby przecież jakimś cudem wiedzieli, gdzie są, to by przecież nie marnowali czasu na studiowanie fantasmagorii. Nie cwaniakuj, to my tu jesteśmy od zadawania pytań, przerwał kłopotliwą i w gruncie rzeczy niepotrzebną zadumę odzyskujący inicjatywę Łokietek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem do Falseta dotarło to, co wcześniej mu sie zapomniało przez sen. Przypomniało mu się niemal natychmiast, że ma krew na rękach. Krew jego ukochanej Smykałki, która zginęła od noża ciśniętego w celu zupełnie innym. W celu zupełnie pokojowym. Falset załamał się na to wspomnienie i zaczął płakać. Przyjaciele osłupieli, bo choć wiedzieli, że ma on duszę artysty, która powoduje często łatwe wzruszenia, to jednak nie mogli pojąć, co wzruszyło go tym razem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Falset natomiast beczał jak Liland Palmer, kiedy zrozumiał, że to on, a nie Świetlicki, jest zabójcą Laury Palmer. Beczał jak baba jakaś i szlochał takoż. Pedał, podsumował mało empatycznie postawę kolegi Łokietek. Nie myśl, że ci odpuścimy, dodał natychmiast dla jasności, zaraz nam wszystko wyśpiewasz. Tak, zabiłem ją, wybeczał na to przesłuchiwany przez nikogo jeszcze jakoś szczególnie nieprzymuszany. Tego już było dla Gustaffsona i Sida za wiele. Nie nadążali za wydarzeniami, więc wyszli na balkon. Sid zapalił papierosa. Odpierdoliło mu, powiedział Gustaffson. Komu? Zapytał niewzruszony Sid.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O czym ty w ogóle gadasz, próbował wyjaśnić sytuację jak zwykle trzeźwy Łokietek, chcemy tylko wiedzieć, gdzie wpierdoliłeś Hirołsów!!!? Zaaabiłeeeem jąąą, jęczał zrozpaczony Falset, zzzaaaabiłeeem. Nic nas to kurwa nie obchodzi, chcemy tylko ponapierdalać na kompie. Muszę trenować! Nie rozumiesz! To jest sprawa wagi państwowej! Ooonnaaaa niieeee żyyyje, buczał kompletnie nie rozumiejący powagi sytuacji Falset. Zrezygnowany Łokietek stracił ochotę na tłumaczenie mu wszystkiego i zwrócił uwagę na niedojedzoną grzankę spoczywającą na podłodze u stóp Falseta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jesz tego? Zapytał pro forma, po czym, nie czekając na odpowiedź, podniósł grzankę i zaczął ją łapczywie wpierdalać. Łokietek nie był jeźdźcem bez głowy. Don Kiszotem walczącym wbrew rozsądkowi z niesprzyjającymi okolicznościami. Łokietek łapał wiatr w żagle i płynął jak fala niosła. Nie można pograć w Hirołsów, to chociaż coś zjem, kombinował całkiem słusznie. Strasznie ta grzanka ujebana keczupem, co ty z nią robiłeś, mazgaju? Zwrócił się na powrót do Falseta, aby dopiero teraz dostrzec, że przyjaciel cały wysmarowany jest keczupem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Będzie cię trzeba umyć, skonstatował, tylko nie myśl, że ja to zrobię, zaznaczył natychmiast, musisz poczekać na dziewczyny. Albo, wiesz co, sam idź do wanny i wejdź tak jak stoisz, dobrze ci zrobi zimny prysznic. I posprzątaj potem w pokoju, bo się Gustlik wkurwi, że mu z salonu chlew zrobiłeś. Do Falseta to jakby nie docierało. Zamiast pójść się jakoś ogarnąć, zaczął się tarzać w parkosyzmach i takich tam efektownych określeniach. Ciągle coś dukał, że zabił ją i w ogóle. Nie dało się tego, po prawdzie, słuchać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzie mogą być ci Hirołsi, kombinował Łokietek, nasyciwszy się nieco. Jego umysł pracował na bardzo wysokich obrotach, ale nie potrafił do niczego dojść. Może Nano zabrał do Kanady, albo Mano wziął ze sobą do domu. Wszystko było możliwe, nawet to, że zaraz przyjdzie Sztuk z baniakiem wina. Albo Lewiatanowicz z ciekawymi wiadomościami, o tym w którą stronę zmierza świat. Tymczasem jednak pojawił się Automatykiewicz z szelmowskim uśmiechem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dłoni trzymał tak pożądaną przez wszystkich przyjaciół, poza zasmarkanym Falsetem, płytę. Na płycie byli Hirołsi. Automatykiewicz tryumfalnie podniósł dłoń do góry i zakrzyknął. Specjalnie wziąłem ze sobą na wykłady, żebyście nie zaczęli beze mnie! Był jedyną liczącą się osobą w towarzystwie, która tak wielką wagę przywiązywała nie tylko do wykładów ale i do zasad uczciwej rywalizacji, a także do tego, aby nie zaczynać rzeczy, których się nie da skończyć. A nie da się przecież skończyć gry, jeśli pojawia się nowy potencjalny gracz, który chce dołączyć do gry, choć przyszedł później. W takim przypadku należy rozpocząć nową partię, co powodowało jednak niezadowolenie u tych, którym dobrze szło. Mądry i odpowiedzialny Automatykiewicz oszczędził wielu cierpień swoim przyjaciołom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim zaczniemy grać, skoczmy jeszcze po Granaty i wafelki, powiedział wracający z balkonu Gustaffson, który wolał mieć pewność, że będą dysponowali odpowiednią ilością pożywnych substancji. Od dziecka był zapobiegliwy, ponieważ dane mu było wychowywać się w czasach wiecznych niedoborów, kiedy to nie tylko tabliczka czekolady, ale nawet głupi chleb był dobrem ściśle reglamentowanym i deficytowym. Pamiętał, że jak się w sklepie pojawiła grodziska woda mineralna z bąbelkami, to się od razu całą skrzynkę kupowało, bo niewiadomo było, kiedy będzie następna. I choć od dziesięciu lat żył już w tak zwanym dobrobycie, zawsze wolał mieć wszystko na zapas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wy w tym czasie ustawcie grę, rzucił w stronę Sida i Łokietka, którym się nie chciało iść. Zabrał ze sobą dużą torbę i Automatykiewicza i poszedł. Po wafelki się chodziło do Żela, bo miał świeższe. Lepiej rotują pewnie, zauważył bystro Automatykiewicz, kiedy oczekiwali, aż postawna pani w niebiesko-białym fartuchu odważy ile trzeba, czyli dużo. Potem musieli się udać po Granaty aż na główną ulicę całej Wildy, czyli 28 czerwca 1956 roku. Było to całe sto metrów od skrzyżowania, na którym się znajdowało mieszkanie Gustaffsona i sklep Żela. We dwójkę jednak szło się raźniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do sklepu prowadził szpaler cherlawych, ale zaczepnych autochtonów. Gustaffson nigdy nie został przez nich zaczepiony, ale zdecydowanie pewniej czuł się, gdy idąc między nimi miał przy sobie obstawę. Najlepiej jak to był Jodła, ale w ostateczności nadawał się i Automatykiewicz, który nie stronił od siłowni, choć posturę miał niemal tak mikrą jak Łokietek, a może i mniejszą o to. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem także nic złego nie zaszło im drogi, więc szybko i bezpiecznie dotarli do sklepu Delikatesy 24h. Weszli do środka i nie tracąc czasu obstawili ladę główną, za którą znajdowały się wszystkie alkohole, a wśród nich Granaty. Poprosili dwanaście, na co zaufana ekspedientka powidziała z przykrością, że ma tylko sześć, bo przed chwilą była pani, która wzięła aż dziesięć. Szlag by trafił, zaklął niepocieszony Gustaffson, mogła pani schować dla nas, dodał z wyrzutem. Następnym razem, proszę pod ladę schować, a tymczasem niech będzie wódka z czerwona kartką i sok z czarnej pożeczki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czerwone i czarne to był ulubiony drink wszystkich Fabryczan w przypadku, gdy nie było pod ręką Granatów. Chłopcy wracali szczęśliwi do mieszkania, choć ciężko im było. W drzwiach przywitał ich radosny dźwięk ustalania scenariusza gry. Łokietek dziarsko dobierał kolejne opcje, jednocześnie wymachując nunczaku. Zawsze w takich razach miał wielką radość, gdyż skakała mu adrenalina. Sobie wybrał oczywiście miasto umarłych, Automatykiewiczowi - podziemia, Gustaffsonowi - zamek, a Sidowi - miasto elfów. Falsetowi nic nie wybrał, bo ten się dziś do niczego nie nadawał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdy z przyjaciół miał swoją taktykę. Łokietek chodził po planszy, rozwalał wieśniaków i kolekcjonował kościotrupy. Jak miał ich tysiąc, to rozwalał wszystkich jak leci. Automatykiewicz wszystko starannie przeliczał, kalkulując co mu się bardziej opłaci. Prawdziwy Clausewitz popadłby w kompleksy, gdyby mógł zobaczyć, co ten cwany fantasmagorysta wyczynia. Gustaffson stosował taktykę improwizowaną. Starał się w miarę racjonalnie reagować na wydarzenia w grze, nie tracąc z oczu spraw najważniejszych, czyli wielkiej metafory życia. Z kolei Sid z wdziękiem ćmy barowej snuł się po mapie, spuszczając od niechcenia wpierdol każdemu, kto mu stanął na drodze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gra miała tak wysoki poziom, że właściwie nie mogła się skończyć jednoznacznym rozstrzygnięciem. Na szczęście, przyjaciele wybierali zawsze tak ogromne plansze, że nigdy nie dochodziło do ostatecznych rozwiązań. Właściwie, gdzieś około północy każdy z nich grał już na zupełnie innej mapie, tocząc zacięte boje z samym sobą. Nie najważniejsze było jednak to co się dzieje na plnaszy, istotne znaczenie dla losów świata miało przełożenie tych wydarzeń na świat realny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słuchacze Radia Maryja z Torunia ani podjerzewali, że właśnie w wesołym mieszkaniu gdzieś przy ulicy Fabrycznej tuż pod okiem aktywu reakcji katolickiej, czterej przyjaciele w mniej lub bardziej skoordynowany sposób zarządzali wszechświatem. Łokietek śledził na bieżąco audycje konkurencyjnej grupy mitomanów, wiedział zatem świetnie, że ani się spodziewają ciosu z jego strony. Dla nich był absolutnie niewidoczny. Przezroczysty wręcz. Zapatrzeni w brukselską masonerię i pentagonalnego lewiatana, przeoczyli wyrastającą im tuż pod bokiem piątą kolumnę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zdrowym ciele Chrystusa Narodów wyrósł bowiem zdradziecki hubal kosmopolitycznego patriotyzmu wspartego libertyńskim pantareizmem oraz mocno osadzoną w wierzeniach ludów Burkina Faso synkretyczną doktryną legumistyczną. A wszystko pod płaszczykiem niewinnej gry w Hirołsów przerywanej czasami na wykłady z fantasmagorii. Oddział był doborowy i oddany idei. Nikt się nie wyłamywał, a jak się nawet wyłamał na chwilę, to na jego miejsce wchodził następny i następny i następny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak właśnie na miejsce Mano wszedł Automatykiewicz, gdy tamten pojechał sprawdzić, czy Kanada naprawdę pachnie żywicą, jak pisał niezapomniany Arkady Fiedler i po co. Pojawił się w samą porę, gdyż jego ultralogiczna technologia myślenia stanowiła brakujące ogniwo niezbędne do zamknięcia pierścienia okrążenia paradygmatu monistycznego w refleksji egzystencjalnej i w’ogle. W’ogle to w ogóle było słowo klucz do całej filozofii Łokietka, którą wcielała w życie mniej lub bardziej świadomie cała grupa najtęższych młodych umysłów Europy Środkowej i Wschodniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdy ruch na monitorze komputera umieszczonego w pokoju na wprost drzwi wejściowych do mieszkania, był zarazem ruchem w realnym świecie. Kolejne plansze to były misje, jakie trzeba było wykonać, aby doprowadzić do ostatecznej syntezy wszystkiego z niczym i odwrotnie. Specjalnie opracowany przez Automatykiewicza logarytm pozwalał w łatwy sposób zarządzać dość skomplikowaną materią wszechświata z poziomu średnio rozbudowanego peceta. Ekipa bardzo była za to wdzięczna, bo jedną z cech ich wiążących ze sobą było absurdalne lenistwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gustaffson był tak leniwy, że zrezygnował z propnowanego mu stypendium interdyscyplinarnego tylko dlatego, że nie chciało mu się dopytywać w dziekanacie, co i jak trzeba zrobić. Sid Ceppelin chcąc uniknąć trudnych egzaminów z fantasmagorii, dostał się w trybie pilnym na medycynę, co spotkało się z uznaniem wielu koleżanek i zazdrością co niektórych kolegów, którzy jednak nie byli poważani w środowisku. Łokietek był tak leniwy, że przestał rosnąć, bo mu się nie chciało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy jednak mieli przed sobą otwarty nowy scenariusz Hirołsów wszystko szło jak z płatka. Rozwiązywali najbardziej zawiłe paradoksy rzeczywistości jak i fantazji. Nie musieli nic specjalnie robić. Wystarczyło, że myśleli i jedli wafelki. Cała reszta dzięki tajemniczemu logarytmowi poruszała odpowiednie kostki domina, a te waliły się gdzie trzeba i komu trzeba na pusty łeb. Zobaczycie, że zrobię z tego przymuła prezydenta Stanów Zjednoczonych, mówił na przykład Łokietek, ładując na koń bohatera, którego nazywał dla jaj George Bush. Łokietek był bowiem fanem Pustynnej Burzy i Rambo. Nie lubił natomiast Ruskich z wyjątkiem pierogów. Pierogów nie lubił Gustaffson.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmiało, dawaj, ośmielali Gustaffsona przyjaciele, gdy zastanawiał się, czy wypada zaatakować bezmyślną masę wieśniaków stojących mu na drodze do chatki szpiega. Gustaffson po chwili wahań spuścił wieśniakom wpierdol, po czym poszedł umyć zęby oraz zrobić herbatę zmęczonym graczom. W radio usłyszał, że holenderski parlament planuje zalegalizować eutanazję. Mówisz, masz, zasępił się młody fantasmagorysta. Otworzyłem chyba puszkę z pandorą, powiedział do wchodzącego Automatykiewicza. To zrób mi też grzankę, odparł kolega o umyśle ścisłym, a przy tym doskonale impregnowanym na typowo humanistyczne dylematy. Gustaffson został sam z dylematem i chlebem grzankowym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CDN&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-8303002695782383506?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/8303002695782383506/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/06/13-hirosi.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8303002695782383506'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8303002695782383506'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/06/13-hirosi.html' title='13. Hirołsi'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/TAvxF1hj9KI/AAAAAAAAAJA/4oZdxZwiZ30/s72-c/hirolsi.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-4320316848290548110</id><published>2010-05-07T22:19:00.001+02:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.870+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>12. Śledź w Smetanie</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S-R1uwZkv7I/AAAAAAAAAI4/G7rItjVYTLs/s1600/sledz.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="214" src="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S-R1uwZkv7I/AAAAAAAAAI4/G7rItjVYTLs/s320/sledz.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Gustaffson nie miał pretensji do Sida, że lepiej gra w szachy. Musi być w czymś lepszy, myślał dobrotliwie o przyjacielu. Gusaffson miał o sobie tak wysokie mniemanie, że mógł sobie pozwolić na wspaniałomyślne gesty wobec kolegów urodzonych pod mniej szczęśliwą gwiazdą. Wszystko wiedział najlepiej, starał się zatem nie zgłębiać kilku dziedzin, na których bardzo zależało przyjaciołom. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak, szachy oraz inne gry towarzyskie oddał bez walki Sidowi, teorię chaosu i teorię strun – Automatykiewiczowi, zarządzanie duszami i informatykę – Łokietkowi, wyrywanie dup na Hłaskę – Jodle, narkobiznes i eksperymenty formalne – Sztukowi, a kwestie społeczne i religijne – Lewiatanowiczowi. Sam zajął się ustalaniem ogólnego sensu. Mniej więcej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas sprzyjał jego działalności. Właśnie zmieniały się millennia i ludzie się tym bardzo przejmowali. Jak zwykle zaczęły pojawiać się plotki o końcu świata. Szalała pluskwa milenijna, a po mieście ze zdwojonym animuszem krążyli świadkowie Jehowy. Na Akademii Szamarzewskiej niedawni marksiści szukali w popłochu nowych punktów odniesienia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zazwyczaj znajdowali je między nogami co ładniejszych studentek lub też w pubie pod Koroną na Kramarskiej. Co ambitniejsi zaangażowali się w postmodernizm, doprowadzając świat nauki i świat w ogóle na skraj upadku i rozbicia dzielnicowego. Gustaffson patrzał na to wszystko z troską i rosnącym zniechęceniem. Myślał, że na studiach dowie się, kto za to wszystko odpowiada, a jedyne czego się dowiedział, to jak czytać podręczniki fantasmagorii, żeby dostać stypendium naukowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postanowił zatem samemu zgłębić tajemnicę wszechświata, nie oglądając się na starych pierdzieli z Akademii. Oni tylko po to zbierają te tytuły, żeby ruchać co ładniejsze studentki – buntował kolegów, którzy, trzeba przyznać, byli na takie argumenty bardzo podatni. Gustaffson cieszył się mirem wiecznego kontestatora, dzięki czemu z łatwością lewitował ponad głowami kolegów i koleżanek, schodząc tylko czasami z wysokości, żeby się napić. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyżej od Gustaffsona lewitował tylko Łokietek, ale on był lżejszy. Gustaffson pozwalał mu latać wyżej, pomny faktu, że każdy Dedal ma swojego Ikarusa. Poza tym, Łokietek niczego specjalnie nie zgłębiał, bo już wszystko wiedział. Jego jedynym celem, było zdobycie wpływu na rzeczywistość. Po co ci ten wpływ? – zapytywał go jeszcze w dawnych, przedakademickich czasach Gustaffson. Jak to po co!? – laski na to lecą – odpowiadał niezmiennie Łokietek, który wzrostu był może nikczemengo, ale buławę marszałkowską nosił wielką i dumną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdaniem starej przyjaciółki i zarazem troskliwej opiekunki obojga fantasmagorystów jeszcze z dawnych, przedakademickich czasów – Alkowy de Champagne – Łokietek bardzo przypominał Woody Allena. Łokietek jak to słyszał, cieszył się jak dziecko, a Gustaffson tylko zagryzał zęby i wyjmował z torby „Die welt als wille und vorstellung“ Schoppenhauera, udając, że nic go to nie obchodzi. Gustaffson był bowiem po cichu zakochany w Alkowie i nie znosił, kiedy jej uwaga była kierowana na jego niewyrośniętego kolegę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ogóle, gdyby nie Schoppenhauer, to Gustaffson zostałby wielkim filozofem i protoplastą Nietzschego. Już jako dziecko, siedząc na drzewie w ogrodzie i czekając na powrót rodziców z pracy, skonstruował pesymistyczną wizję świata, która jak się później okazało, została dość dokładnie opisana 150 lat wcześniej, przyczyniając się następnie do śmierci Boga, wielu wojen lokalnych i światowych, Holocaustu oraz pośrednio zdania egzaminów maturalnych przez Gustaffsona i Łokietka. Mając świadomość, że pochodzący z Gdańska niemiecki burżuj odwalił za niego całą robotę, mógł się Gustaffson skupić na poszukiwaniu czegoś nowego. Im bardziej szukał, tym mniej znajdował, ale się nie przejmował.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szach mat, powiedział chyba po raz setny tego wieczoru Sid Cepellin, przerywając Gustaffsonowi strumień myśli. Sid powiedział to z satysfakcją, choć nie była to wielka satysfakcja. Zwycięstwa z Gustaffsonem przychodziły mu na tyle łatwo, że trudno było wyciągnąć z nich coś więcej niż płomienny uśmiech samca, który wydawał się już martwy, ale dostał do ręki kilka drewnianych figurek i ożył. Ożył na tyle, żeby poniewierać słownie Gustaffsonem, który nie chciał w żaden sposób nauczyć się choćby najprostszych kombinacji szachowych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sid znał dwie kombinacje, dzięki czemu został kiedyś wicemistrzem wojewodztwa szczecińskiego młodzików. Nie było to szczególnie trudne, bo do turnieju zgłosiły się tylko dwie osoby, ale nie umniejszało to wcale sukcesu. Zwłaszcza, że nieczęsto Sid odnosił sukcesy. Nieczęsto także starał się je odnosić. Raczej twardo stąpał po ziemi i nie ubiegał się o zaszczyty. Kiedy jednak czegoś wiekopomnego dokonał, to nie omieszkał o tym lojalnie uprzedzać wszystkich nowo poznanych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjdzie Sztuk, to sobie wreszcie pogram, z tobą to żadna zabawa, słabo grasz – dokuczał Sid Gustaffsonowi. To nie jest żadna gra, to jakaś żałosna matematyka. Pójdziesz ze mną na piłkę, to zobaczymy jak sobie radzisz z prawdziwie męską grą – wyrwał się z szowinistyczną ripostą Gustaffson. Wcale nie uważał, żeby kobiety były gorsze w grach zespołowych. Właściwie dziwił się, że tak niechętnie w nie grają. Jeszcze jako dziecko kibicował drugoligowej drużynie siatkarek ze swojej rodzinnej miejscowości. Tym razem jednak zagrała w nim szowinistyczna nuta. Zawstydził się i postanowił wypić piwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie lubię sportu, powiedział mu już przy barze Sid. W Stanach mieliśmy drużynę badmintona. Ogrywaliśmy wszystkich w swoim okręgu. Awansowaliśmy do eliminacji stanowych. Ooo, nieźle ci szło, zauważył z podziwem Gustaffson. Taaa, zaciągnął się papierosem Sid, przyjechała do nas drużyna z koreańskiej szkoły. Każdy z nas marzył tylko, żeby nie dostać lotką w oko. Ha, ha, ha – zaśmiał się Gustaffson, który uwielbiał smutne anegdoty Sida. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmiech jego nie wybrzmiał należycie, gdyż w drzwiach stanął energiczny Łokietek z apatycznym Sztukiem owiniętym jakoś tak niemrawo wokół szyi. Od razu zaczął wydawać rozkazy wszystkim zgromadzonym, a szczególnie Milence, która bardzo szybko musiała mu podać bardzo dużo piwa. Milenka ceniła Łokietka, bo podejrzewała, że to on właśnie jest redaktorem naczelnym kultowej „Bibuły“, która była kolportowana także przez jej bar. Ceniła jego teksty i uważała, że choć może nie jest bardzo wysoki, to jednak ma coś w sobie. Jak Woody Allen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łokietek odwdzięczył się dziewczynie za szybką obsługę klepnięciem w tyłek i komplementem retorycznym. Fajną masz dupcie, Mała, jak omówimy sprawy, to pójdziemy do kibla. Milenka uśmiechnęła się do Łokietka, choć nie była pewna, czy chce iść z nim do kibla. Miała przecież chłopaka i szacunek do samej siebie. Postanowiła to jeszcze przemyśleć. Łokietek tymczasem zajął się zarządzaniem kryzysowym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest dym, panowie – zaczął Łokietek – dzwonił Giedroyć i mnie zjebał, że jeszcze nie przesłałem artykułu. Starałem się grać na zwłokę, ale wiecie, jaki wuja jest. Strasznie srogi dla tych, co mu fikną. Z Herlingiem już mamy pyte, z Herbertem nie gadamy, a Michnik ostatnio wpierdalał sajgonki z Urbanem w chińskiej restauracji, musimy się z Księciem jak z jajem obchodzić. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To prześlij mu ten artykuł – zdroworozsądkowo odparł Sid, który w skupieniu obserwował zachowanie Sztuka pełzającego wzdłuż krawędzi blatu z miną Bruno Schulza maltretowanego przez postawne kobiety w pończochach samonośnych. Sid był na tyle doświadczonym obserwatorem Sztuka, aby bez trudu zorientować się, że przyjaciel przyjął jakąś nową, nieznaną mu jeszcze substancję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mogę mu wysłać tego pieprzonego artykułu – powiedział głośno i zdecydowanie Łokietek, jednocześnie strącając z blatu pełzającego Sztuka, który aż zawył z rozkoszy. Dlaczego? – zapytał znudzony Sid, który nie interesował się życiem duchowym narodu, bo to nie jego naród w sumie był. Interesował się natomiast bardzo Sztukiem i tym, co w tej chwili Sztukiem powodowało. Bo go, kurwa, nie napisałem – wykrzyknął wyraźnie zniecierpliwiony Łokietek. To napisz – powiedział na odczepnego Sid, po czym spełzł na podłogę w poszukiwaniu Sztuka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łokietek lekko się podłamał i wziął bardzo głęboki łyk piwa. Właściwie całą szklankę wlał w siebie. Jesteśmy zdani na własne siły, nowy narybek nie zdaje egzaminu, podsumowował naradę zwracając się do Gustaffsona. Musimy zdobyć twarde dowody, że mamy rację, kontynuował. Niebawem do Polski przyjedzie On. Kto znowu? – zapytał lekko znudzony Gustaffson. On! Papież Polak w swojej cudownej jupce, wrzeszczał już niemal Łokietek. Co to jest jupka? – dopytywał Gustaffson. Czapeczka, kurwa, czapeczka – walnął pięścią w stół Łokietek po czy się trochę uspokoił ale nie za bardzo znowu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mówi się, że ma ogłosić czwartą tajemnicę fatimską. Musimy przechwycić tę informację zanim jej użyje. Ona może mieć niebagatalne znaczenie dla losów świata. Którego świata? – zapytał trzeźwo Gustaffson, który lubił wszystko uściślać, żeby potem nie było pretensji. Tego – powiedział konfidencjonalnie Łokietek zakreślając palcem wokół siebie szaloną elipsę – tego między florą a fauną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łokietek odpłynął natychmiast po wydaniu rozkazów. Przy drugim piwie porzucił zapał organizacyjny i ideologiczny na rzecz zamordyzmu. Wyjął z plecaka nunczaku i wskoczył na krzesło. Zaczął nim okładać pełzającego wokół Sztuka oraz Sida, który już zdołał wykraść Sztukowi trochę magicznej substancji, dzięki czemu wraz z nim przeniósł się do kanciapy nauczyciela rysunków w drohobyckim gimnazjum. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wokół roiło się od smukłych kobiet z pejczami. Okładały pełzających po podłodze mężczyzn. Sid w jednym z nich rozpoznał Bruno Schulza a w drugim Witolda Gombrowicza. Kim do cholery ja jestem!? – zapytał na głos. Jesteś śmierdzącym śledziem w Smetanie – wrzasnął na niego lecący ze stołu z prędkością światła Łokietek, po czym zdzielił go pałkami z całej siły w plecy. Łokietek nie cierpiał bezideowych przybyszów z Ziem Odzyskanych, a szczególnie ze Szczecina, gdyż bardziej od niego ceniono tam jego lekkomyślnego dziada – tego słynnego Wała Chrobrego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zabawa rozkręcała się w najlepsze, Gustaffson postanowił pójść gdzieś indziej. Nie cierpiał bowiem, jak impreza szła za dobrze. Nie pasowało mu to do koncepcji. Więc poszedł gdzieś indziej. Konkretnie, w stronę Wildy. Ale tam nie doszedł, bo spotkał go nadzwyczajny... CDN.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-4320316848290548110?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/4320316848290548110/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/05/12-sledz-w-smetanie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4320316848290548110'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4320316848290548110'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/05/12-sledz-w-smetanie.html' title='12. Śledź w Smetanie'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S-R1uwZkv7I/AAAAAAAAAI4/G7rItjVYTLs/s72-c/sledz.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-2226982929937465096</id><published>2010-04-03T11:40:00.004+02:00</published><updated>2011-02-03T12:51:44.874+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>11. Gnoza, groza i wina Wima</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; font-family: Arial,Helvetica,sans-serif; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S7cMdX1cftI/AAAAAAAAAIw/kzEO70z4Qto/s1600/wimacopy.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="400" src="http://3.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S7cMdX1cftI/AAAAAAAAAIw/kzEO70z4Qto/s400/wimacopy.jpg" width="275" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;style&gt;@font-face {  font-family: "Cambria";}@font-face {  font-family: "FuturaBookTBWAPL";}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 10pt; font-size: 11pt; font-family: "Times New Roman"; }div.Section1 { page: Section1; }&lt;/style&gt;       &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: Arial,Helvetica,sans-serif;"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Jak to się&amp;nbsp;stało, że powstała Świetlica Ludowa Buena Viśta? Nikt tego nie wiedział. Było kilku świadków, ale każdy widział coś&amp;nbsp;innego, robił coś innego i przeżył coś innego. Wspólne było tylko to,&amp;nbsp;że wszyscy opowiadali o tym wydarzeniu niestworzone historie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Pamiętnego wieczora, kiedy to Nano i Mano przeprowadzali się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;Sołacza na Kosinę, pomagał im w tym Sztuk, a przeszkadzał pędzący na sygnale tort czekoladowy, latające wszędzie miągwy oraz drzwi zamknięte od środka, doszło do wydarzenia o znaczeniu ponadczasowym, które odmieniło nie tylko mieszkanie na Kosinie, ale i całą&amp;nbsp;Wildę wraz z&amp;nbsp;towarzyszącym jej Układem Słonecznym.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Kiedy już chłopcy rozsiedli się&amp;nbsp;na pokojach, a konkretnie na jednym pokoju, co się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;niego mieszkanie składało wraz z&amp;nbsp;kuchnią, to zaraz natychmiast się&amp;nbsp;pojawił Gustaffson z&amp;nbsp;dobrosąsiedzką wizytą. Władował się&amp;nbsp;do mieszkania bez wielkich ceregieli, bo dobrze wiedział czego chce. Wracał właśnie niedopity z&amp;nbsp;wykładu doktora Gnoziewicza na temat fantasmagorii średniowiecznej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Z&amp;nbsp;tych wykładów zawsze wracał niedopity. Zazwyczaj kupowali z&amp;nbsp;Nygusem i Łokietkiem flaszkę&amp;nbsp;wiśniowej nalewki, po czym sączyli ją&amp;nbsp;sobie ze spokojem na tyłach długiej sali wykładowej numer 215. Sala 215 charakteryzowała się&amp;nbsp;tym, że zamiast&amp;nbsp;stanowisk ustawionych w rzędach lub stopniowo, została wyposażona w bardzo długie stoły prezydialne ustawione prostopadle do katedry profesora i równolegle do siebie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Kiedy było dużo studentów, jak na przykład na wykładach profesora Zucha z&amp;nbsp;bytologii, można było spokojnie raczyć się&amp;nbsp;używkami w tylnym rzędzie bez cienia ryzyka. Kiedy jednak studentów było mniej, jak na wieczornych wykładach doktora Gnoziewicza, wtedy spożywanie ulubionych trunków nastręczało sporo kłopotów, a o zapaleniu blanta można było po prostu zapomnieć.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Tak się&amp;nbsp;nie da studiować, powiedział po dwóch wykładach Nygus i na trzeci przyniósł specjalną rurkę gumową. Po zakupieniu flaszki wiśniowej nalewki w Trzech Beczkach na Dąbrowskiego, przyjaciele otwierali&amp;nbsp;ją&amp;nbsp;jeszcze na dziedzińcu Akademii, po czym pociągali po łyku wstępnym, a następnie umieszczali flaszkę w przepastnej kieszeni wewnętrznej jaskrawo żółtej kurtki polarowej Nygusa. Potem Nygus siadał między Łokietkiem a Gustaffsonem, a rurka wędrowała po cichu od ust do ust.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Cóż jednak znaczyła jedna wiśniowa flaszka wobec skomplikowanych zagadnień fantasmagorii średniowiecznej. Półtorej godziny pieprzenia to było za dużo nawet dla tak cierpliwych studentów jak Łokietek i Gustaffson, a dla mniej cierpliwego Nygusa to były katusze wręcz nie do wytrzymania. Dodatkowo cierpiał przez fakt, że uwielbiał gnozę oraz średniowieczny system wartości i gotów był spłonąć&amp;nbsp;na stosie lub oddać&amp;nbsp;głowę&amp;nbsp;na gilotynie, co zresztą&amp;nbsp;niejednokrotnie czynił, w jego obronie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;To, co z&amp;nbsp;fantasmagorią średniowieczną&amp;nbsp;robił doktor Gnoziewicz, przyprawiało jednak Nygusa o mdłości. Niejednokrotnie próbował mu przeszkadzać w profanowaniu czczonych przez niego zagadnień, ale rzadko był w stanie myśli wyartykułować gładko i sensownie na tyle, aby doktor Gnoziewicz w ogóle je zarejestrował. Chcąc nie chcąc musiał mu przychodzić&amp;nbsp;w sukurs Gustaffson, który nie cierpiał gadać&amp;nbsp;o fantasmagorii, ale wiedział, że Łokietek nie ruszy językiem, żeby ratować&amp;nbsp;honor kolektywu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Łokietek miał bowiem tę&amp;nbsp;nieprzyjemną cechę, że był ponad wszelkie spory, pyskówki i relacje międzyludzkie. Był królem i pilnował, żeby się&amp;nbsp;nie poniżać przy poddanych. Gustaffson też miał odpalone na swoim punkcie, ale jednak umiał i nawet lubiał czasem wdać&amp;nbsp;się&amp;nbsp;w jakąś tam maieutykę, elenktykę czy też&amp;nbsp;zwykłą intelektualną pyskówkę. Szczególnie jeśli czuł się&amp;nbsp;w obowiązku wesprzeć&amp;nbsp;przyjaciela. Nawet jeśli tym przyjacielem był&amp;nbsp;Nygus.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;I tym razem Nygus popłynął w dyskusji z&amp;nbsp;Gnoziewiczem gdzieś&amp;nbsp;daleko na płytkie morza paradoksów, z&amp;nbsp;którymi borykali się&amp;nbsp;ojcowie kościoła. Widząc, że panowie gotowi za chwilę&amp;nbsp;sięgnąć po miecze dwuręczne, które zapobiegliwie zawsze nosili przy sobie, żeby jednoznacznie rozstrzygnąć spór o uniwersalia, Gustaffson postanowił sprowadzić dyskusję&amp;nbsp;na mniej ryzykowne wody. Za pomocą sobie tylko znanych trików dialektycznych bardzo gładko podciął gardło dyskusji. Ostra jak brzytwa Ockhama paralela między twierdzeniami Orygenesa a wystąpieniami wczesnego Breżniewa sprowadziła wreszcie dyskusję&amp;nbsp;na uchwytne dla wszystkich tory.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Nygus do spółki z&amp;nbsp;Gustaffsonem zabrali Gnoziewiczowi jakieś&amp;nbsp;dwie trzecie wykładu, ale jednocześnie strasznie wysuszyli gardła, podczas gdy przebiegły Łokietek zdążył pochłonąć&amp;nbsp;niemal całą zawartość&amp;nbsp;flaszki, puentując dzieło wymownym „eeeep!“. Zadowolony z&amp;nbsp;siebie wcisnął sobie rurkę&amp;nbsp;gumową&amp;nbsp;do nosa i zasnął wtulony w mężne ramię Nygusa. Nygus wspaniałomylśnie przygarnął przyjaciela i zanucił mu czule do ucha „Nic się&amp;nbsp;nie stało! Łokietek, nic się&amp;nbsp;nie stało!“.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Gustaffson był mniej wspaniałomyślny, a może po prostu bardziej spragniony. Jakoś dotrwał do końca wykładu, aby szybko ulotnić się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;nieprzyjaznych murów Akademii na świeże powietrze. Sam nie wiedział jak, ale na pewno piorunem, znalazł się&amp;nbsp;na przystanku tramwajowym, gdzie czekał na niego ulubiony tramwaj linii numer 7. Tramwaj ten nie był zwykłym tramwajem, a Gustaffson wiedział o tym najlepiej, gdyż był etatowym pracownikiem informacji o miejskiej komunikacji.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Nie był to zwykły tramwaj albowiem był to tramwaj niemiecki. Stary, rewitalizowany tramwaj z&amp;nbsp;Dusseldorfu czy innego Hannoweru, który na emeryturę&amp;nbsp;przyjechał do Poznania, aby okazać&amp;nbsp;się&amp;nbsp;niedoścignionym wzorem ergonomii dla swoich polskich kolegów. Dodatkowo niemiecki ten tramwaj zwany ciepło Helmutem jechał po trasie marzeń Gustaffsona, łącząc jego zacną alma mater z&amp;nbsp;wildeckim Trójkątem Bermudzkim, gdzie raczył był rezydować i przyjmować oficjalne delegacje nieoficjalnych środowisk twórczych.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Siódemka była cudowną linią. Omijała centrum miasta. Śmigała beztrosko piękną aleją pomiędzy wartkimi potokami samochodów, nie zważając na korki, przeszkody naturalne ani kolizyjne skrzyżownia. Objeżdżała pół miasta w piętnaście minut, pozwalając Gustaffsonowi na przeczytanie najważniejszych aktualności z&amp;nbsp;Przeglądu Sportowego lub Gazety Wyborczej, ewentualnie przestudiowanie tabel w Piłce Nożnej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;W siódemce można było spotkać cały kwiat szamarzewskiej awangardy. Korzystali z&amp;nbsp;niej w różnym stopniu zarówno Nano jak i Mano oraz Robson, a potem także przygarnięci przez Gustaffsona kolejni fantasmagoryści. Siódemka, można śmiało powiedzieć, to była linia kultowa. Szczególnie kultowa dla Lewiatanowicza, który odważnie praktykował satanizm w miejscach publicznych, a pewnego dnia odkrył, że jedna z&amp;nbsp;siódemek została przez dział taboru oznaczona numerem 666. Od tej pory, w tajemnicy przed przyjaciółmi Lewiatanowicz urządzał sobie kursy od pętli do pętli z&amp;nbsp;recytacją&amp;nbsp;biblii La Veya oraz ścieżką&amp;nbsp;dźwiękową „Dziecka Rosemary“.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Tym razem jednak jechał siódemką jedynie Gustaffson. Wkurwiony i spragniony Gustaffson. Wracał do mieszkania na Fabrycznej, które jeszcze było martwe, jeszcze nie nabrało słynnego później klimatu. Było dopiero miejscem z&amp;nbsp;potencjałem, ale bez śladów choćby pobieżnej realizacji. Jedyne co&amp;nbsp;świadczyło o mających nadejść złotych czasach to zupa pomidorowa w słoiku. Zupa, którą jednak Gustaffson postanowił zjeść&amp;nbsp;jutro, aby dziś uświetnić przeprowadzkę&amp;nbsp;Nano i Mano na sąsiednią&amp;nbsp;Kosinę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Wziął zatem i poszedł Gustaffson na Kosinę, gdzie zastał rozjebanych jak paczka dropsów przyjaciół. Sztuk dłubał w nosie, a co wydłubał, układał starannie w kopczyk. Nano wpierdalał miągwy, a Mano mieszał kijem wino w wielkim baniaku. Macie coś&amp;nbsp;do picia? – nie owijał w bawałnę&amp;nbsp;Gustaffson – przyniosłem kubek. Był słynny z&amp;nbsp;tego,&amp;nbsp;że zawsze na wszelki wypadek brał ze sobą&amp;nbsp;kubek, żeby nie było niepotrzebnych kłopotów z&amp;nbsp;szukaniem naczynia dla niego.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Mamy młode winko, powiedział gościnnie Mano, nie wiedząc, że sproawadza na swój dom nieszczęście. Ok, Gustaffson podał kubek, który natychmiast napełnił się&amp;nbsp;ciemnoczerwonym płynem z&amp;nbsp;domieszką zielonego osadu. To zielone to co? – zapytał Mano. Nie wiem, odpowiedział przyjaciel, nie jestem chemikiem. Gustaffson postanowił nie wnikać dalej i po prostu wypił z&amp;nbsp;dobrodziejstwem inwentarza. Opłacało się. Niemal natychmiast odpłynął daleko od brzegu, nie widząc nawet,&amp;nbsp;że przyjaciele również&amp;nbsp;zaczęli się&amp;nbsp;raczyć winkiem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Wszyscy razem spotkali się&amp;nbsp;po chwili w pokoju telewizyjnym, który nie wiedzieć&amp;nbsp;w jaki sposób wyrósł między pokojem, w którym się&amp;nbsp;znajdowali a kuchnią, w której znajdowały się&amp;nbsp;sprzęty kuchenne. W pokoju telewizyjnym czekał na nich sprzęt telewizyjny najwyższej klasy oraz najwyższej klasy reżyser filmowy Wim Wenders. Cześć chłopaki, powiedział, chciałem wam pokazać&amp;nbsp;mój najnowszy film. A to będzie coś&amp;nbsp;w rodzaju Lisbon Story czy raczej znowu jakiś&amp;nbsp;pseudointelektualny bełkot, zapytał bez ogródek Mano.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;To dokument o muzyce kubańskiej, powiedział Wim, po prostu o muzyce. Ray mnie namówił, prawda Ray? Tak było, Wim – powiedział facet siedzący pod ścianą z&amp;nbsp;gitarą. Odkurzyliśmy kilka przedrewolucyjnych gwiazd. Fenomenalni goście, posłuchajcie. Ray zaczął wymiatać na gitarze, a do pokoju wszedł starszy pan w kaszkiecie i zaczął śpiewać&amp;nbsp;po hiszpańsku. Bardzo się&amp;nbsp;to przyjaciołom spodobało, więc poczęstowali gości winem. Rum lepszy, powiedział dziarski staruszek, ale to też może być. Obejrzyjmy film, zaproponował Wim, który znany jest z&amp;nbsp;tego, że przynudza w kółko.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Nie nudź, powiedział bezpośredni jak zwykle Mano, zrobimy winko, to obejrzymy. Wim jednak nie poddawał się. Uparty Niemiec zapuścił swoje dzieło, a oni chcąc nie chcąc, zaczęli oglądać. Jak zwykle było to dużo za długie i zdecydowanie za mało treściwe. Mógłbyś się&amp;nbsp;dynamiki akcji od Jarmusha uczyć, zażartował Sztuk, który nie mógł się&amp;nbsp;nadziwić, że można było zrobić&amp;nbsp;tak nudny dokument o tak pięknym miejscu i tak żywiołowej muzyce. Z&amp;nbsp;jakiej części Niemic pochodzisz? – zapytał Wima Gustaffson.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Z&amp;nbsp;Düsseldorfu, a co? Odpowiedział zaczepnie Wenders. Eee, właściwie to nic, ja pochodzę z&amp;nbsp;Bambergu. Od razu się&amp;nbsp;rzuca w oczy brak w Twoim filmie ethosu bawarskiego chłopa. Stąd wyciągnąłem wniosek, ciągnął Gustaffson, że pochodzisz z&amp;nbsp;Nadrenii-Palatynatu albo nawet Saksonii-Anhalt. Albo ze Szlezwiku-Holsztynu, rzucił drwiąco bezpośredni jak zwykle Mano. Gdzie!? Gdzie!? – zaniepokoił się&amp;nbsp;nie na&amp;nbsp;żarty Sztuk, w którego krwi była domieszka jednego z&amp;nbsp;dzielnych obrońców Westrerplatte.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Sztuk często budził się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;krzykiem i karabinem w ręce, ponieważ nawiedzały go złe sny o beznadziejnej obronie składnicy broni. Tym razem również&amp;nbsp;przeraził&amp;nbsp;się&amp;nbsp;nie na żarty słysząc złowrogą nazwę niemieckiego pancernika. Przyjęte wcześniej substancje sprawiły bowiem, że bardzo wyraźnie stanęła mu przed oczami skierowana na jego osobę faszystowska kanonada. Nie strzelać! Ratunku! Nie strzelać! – zerwał się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;fotela Sztuk i wybiegł z&amp;nbsp;mieszkania. Zbiegł po schodach i wypadł na ulicę. Popędził w kierunku schronu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Niewiele rozumiejący z&amp;nbsp;bieżących wydarzeń Ray Cooder chwycił za gitarę&amp;nbsp;i zagrał utwór, który z&amp;nbsp;pewnością&amp;nbsp;nie pomógł Sztukowi dojść&amp;nbsp;do siebie. Biegnącego wildeckimi ulicami wystraszonego mężczyznę&amp;nbsp;trzymającego się&amp;nbsp;oburącz za głowę i krzyczącego wniebogłosy, żeby nie strzelać, ścigała niczym przeznaczenie fraza wyśpiewywana przez Ibrahima Ferrera. Candela, candela – powtarzało się jak mantra w refrenie, a Sztuk myślał, że to w niego ten karaibski ogień jest skierowany.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Nano zamknął drzwi wejściowe i zapalił&amp;nbsp;papierosa. Przesadziłeś&amp;nbsp;chyba trochę, zwrócił się&amp;nbsp;do brata, jeszcze sobie krzywdę&amp;nbsp;chłopak zrobi. Nic mu nie będzie, uspokoił wszystkich Gustaffson, musi wybiegać tę&amp;nbsp;traumę. Zabija go poczucie winy. Jeden jego dziadek strzelał do drugiego. Jeden był na pancerniku, drugi był na Westerplatte. Teraz obaj siedzą&amp;nbsp;w jego głowie i do siebie strzelają. Trauma pogranicza. Wojna genów.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Wim Wenders nie był&amp;nbsp;zadowolony z&amp;nbsp;oceny swojego filmu. Naprawdę wam się&amp;nbsp;nie podoba? Zapytał z&amp;nbsp;nadzieją, że chłopaki tylko się&amp;nbsp;zgrywają. Stary, Kieślowski by wykrzesał z&amp;nbsp;tego więcej energii, zmarnowałeś&amp;nbsp;zajebisty temat. Myśli wszystkich podsumował Nano. Cześć chłopaki, deus ex machina pojawił się&amp;nbsp;w drzwiach Lewiatanowicz, dlaczego Sztuk biega po Wildzie z&amp;nbsp;rękoma na głowie i krzyczy? Walczy ze sobą, odpowiedział na powitanie Gustaffson. Będziemy montować Wimowi film, przyłączysz się?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;Jasne. Powiedział Lewiatanowicz, na co wszyscy liczyli, bo tylko on miał w tym towarzystwie jako takie pojęcie o montażu. Zapalę&amp;nbsp;tylko coś, Ibrahim daj ognia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span lang="CS" style="font-size: small;"&gt;CDN.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-2226982929937465096?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/2226982929937465096/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/04/gnoza-groza-i-wina-wima.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2226982929937465096'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2226982929937465096'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/04/gnoza-groza-i-wina-wima.html' title='11. Gnoza, groza i wina Wima'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S7cMdX1cftI/AAAAAAAAAIw/kzEO70z4Qto/s72-c/wimacopy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1852257765883955497</id><published>2010-03-14T13:29:00.003+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.871+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>10. Klub Kalifornia</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S5zWkS3qgtI/AAAAAAAAAHk/DLSZSjFIvqY/s1600-h/kalifornia.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S5zWkS3qgtI/AAAAAAAAAHk/DLSZSjFIvqY/s320/kalifornia.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Mogłoby się&amp;nbsp;wydawać, że życie w Poznaniu przełomu milleniów biegło bardzo beztrosko. Przemysł się&amp;nbsp;rozwijał, bezrobocie malało, a na każdym rogu ulicy otwierały się&amp;nbsp;Żabki. Młodzież&amp;nbsp;garnęła się&amp;nbsp;do nauki, przybywało uczelni państwowych i prywatnych. Co tydzień pociągi zwoziły całą tę wesołą ferajnę&amp;nbsp;do miasta, coby się&amp;nbsp;bawiła, dupczyła i nabywała ogłady. Było bardzo wesoło. Tak wesoło, że aż&amp;nbsp;za wesoło. Problemy jednak były.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Największym problemem były ograniczenia przestrzenne. Pomimo furczącego dookoła rozwoju, miasto nadal było europejskim zadupiem. Ciężko było się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;niego wyrwać i ciężko było do niego trafić. Poza zjeżdżąjącymi z&amp;nbsp;całej Polski studentami, trafiali tutaj jeszcze goście targowi. To było jednak bardzo nieciekawe towarzystwo. Sami biznesmeni, prawnicy i inne sobiepństwo. Nie ruszali się&amp;nbsp;ze swoich hoteli, czasami jedynie wystawiając nos albo inną&amp;nbsp;część ciała w poszukiwaniu uciech. Nie było z&amp;nbsp;nich żadnego realnego pożytku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z&amp;nbsp;miasta trudno było gdziekolwiek dalej wyjechać, bo lotnisko malutkie, a morze tutaj nie docierało. Zostawała kolej, którą jako tako można było osiągnąć&amp;nbsp;Warszawę, Wrocław i Szczecin. Cała reszta była mocno skomplikowana. Już&amp;nbsp;na przykład przejażdżka do nieodległego przecież&amp;nbsp;Berlina wymagała naonczas posiadania dokumentu o szumnej nazwie paszport. Miał on tę zaletę, że jak się&amp;nbsp;go miało, to można było pojechać&amp;nbsp;zagranicę, ale i tę&amp;nbsp;wadę, że jak się&amp;nbsp;coś nie tak za tą granicą zrobiło, to się&amp;nbsp;dostawało Misia. Miś powodował, że można sobie było paszport w dupę wsadzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przestrzeń była cholernie wąska, więc studenci fantasmagorii starali się&amp;nbsp;jak najwięcej podróżować&amp;nbsp;w czasie, jednocześnie rozszerzając granice percepcji. Niektórzy robili to tak skutecznie, że już sami nie wiedzieli gdzie się&amp;nbsp;kóńczy ich percepcja, a zaczyna percepcja kogoś innego. Z&amp;nbsp;tego wynikało wiele nieporozumień między największymi nawet przyjaciółmi. Pomimo bowiem dość&amp;nbsp;otwartych głów i swobodnych obyczajów, byli jednak w większości ludźmi zamkniętymi i zazdrośnie strzegącymi swoich przestrzeni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przestrzeń była na wagę&amp;nbsp;złota. Nie każdy bowiem miał paszport, a ci, którzy szczęśiliwie je mieli, nie zawsze mogli z&amp;nbsp;nich korzystać. Przeszkodą był albo brak środków finansowych, albo też administracyjny zakaz przekraczania granicy zwany zdrobniale Misiem. Wszycy za to mogli podróżować po bezmiarach percepcji. Ale,&amp;nbsp;żeby taki bezmiar mieć, trzeba było dysponować nietuzinkową wyobraźnią. Najwybitniejsi fantasmagoryści, żeby wspomnieć&amp;nbsp;Kanta, przez całe życie mogli się&amp;nbsp;nigdzie nie ruszać, a przestrzeń jaką&amp;nbsp;mieli do dyspozycji była nieporównywalna z czymkolwiek. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Studenci fantasmagorii na Akademii Szamarzewskiej dzielili się&amp;nbsp;na trzy grupy. Pierwsi to legaliści, którzy korzystali tylko i wyłącznie z&amp;nbsp;sił własnej wyobraźni podlewanej co najwyżej winkiem lub piwkiem. Drudzy zdecydowanie lansowali środki halucynogenne niedostępne w oficjalnym obiegu, obstając przy twierdzeniu, że im coś&amp;nbsp;bardziej zabronione, tym większego kopa daje. Trzeci to złamane fiuty bez wyobraźni, którym żadne środki nie pomagały w zrozumieniu złożoności świata. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do pierwszych zaliczał się&amp;nbsp;Władek Łokietek i czasami ktoś jeszcze. Do drugich zaliczali się&amp;nbsp;zdecydowanie Sztuk i Sid, ale starali się&amp;nbsp;trzymać&amp;nbsp;na uboczu, podczas gdy prym wiedli Nygus i Katamaran. Oboje mieli coś&amp;nbsp;w rodzaju ADHD, za co byli powszechnie lubiani. Robili wokół siebie tyle zamieszania, że cała reszta mogła spokojnie jakoś bokiem się przesmyrgnąć. Trzeba bowiem jasno powiedzieć, że większość fantasmagorystów nie lubiła skupiać&amp;nbsp;na sobie uwagi. Wręcz przeciwnie, każde zainteresowanie swoją&amp;nbsp;osobą&amp;nbsp;odbierali jako inwigilację albo wręcz gwałt. Nygus nie miał takich problemów, lubił być&amp;nbsp;w świetle jupiterów i nie owijał&amp;nbsp;niczego w bawełnę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja tam niczego nie będę owijać&amp;nbsp;w bawełnę, mówił, to nie jest robota dla mnie, to robota dla Murzynów. Nygus był znany ze swoich kontrowersyjnych poglądów. Z&amp;nbsp;przekonania był Sarmatą i Konfedaratą. Ale nie Barskim, tylko południowoamerykańskim. To znaczy w wojnie secesyjnej byłby zdecydowanie po tej samej stronie co Patrick Swayze. Jednym z&amp;nbsp;jego ulubionych bohaterów historycznych był Kazimierz Pułaski. Nawet próbował tłumaczyć&amp;nbsp;kolegom, że jeden z&amp;nbsp;jego przodków zmienił nazwisko na Nygus tylko i wyłącznie dlatego, aby uniknąć&amp;nbsp;prześladowań ze strony uwolnionych murzyńskich niewolników. Większości nie przekonał, ale osiągnął tyle, że większość uznała go za wariata i mitomana. Mniejszość&amp;nbsp;uznał, że jest Teksańczykiem i unikała z&amp;nbsp;nim na wszelki wypadek kontaktów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z&amp;nbsp;niewyjaśnionych do dziś&amp;nbsp;przyczyn, Nygus cieszył się sporym poparciem zarówno Łokietka jak i Gustaffsona. Redaktorzy „Bibuły“, którzy tak wysoko windowali wymagania moralne, wyraźnie stosowali taryfę&amp;nbsp;ulgową wobec Nygusa. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, jak wiele mu zawdzięczali. Nygus bowiem nie dzielił świata według poglądów, ale po prostu na białych i czarnych. Czarni mieli pracować, a biali mieli grać w Heroes of Might &amp;amp; Magic. Łokietek i Gustaffson choć&amp;nbsp;nie zgadzali się ze stosowaniem kryterium etnicznego, to jednak nie potrfili sobie odmówić&amp;nbsp;partyjki. Za każdym razem jednak, gdy tylko przekraczali próg mieszkania Nygusa, zaczynali mu myć&amp;nbsp;głowę na temat równouprawnienia ras, płci, narodów i gatunków. Macie nasrane w głowach, ale was lubię&amp;nbsp;– powtarzał zawsze Nygus i włączał jeden ze swoich podrasowanych kompów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugim filarem silnej pozycji Nygusa, poza dość&amp;nbsp;interesownym wsparciem Łokietka i Gustaffsona, był właśnie Klub Kalifornia. Sam go wymyślił, założył i rozpropagował. Wymyślił też postać Bosmana Szkwała, który miał niby pływać na statkach po całym świecie i zewsząd przysyłać Nygusowi trawę. Pierwszą&amp;nbsp;porcję&amp;nbsp;o wadze 100 gramów przysłał z&amp;nbsp;Kalifornii. Wtedy to właśnie Nygus wpadł w euforię, jakiej jeszcze nie tylko Akademia Szamarzewska, ale i stary jak Polska piastowski Poznań nie widział. Biegał po całych Jeżycach i zapraszał wszystkich ludzi, którzy mu kogokolwiek znajomego przypominali, na schizownię w Strzeszynie, gdzie miała się&amp;nbsp;odbyć wielka Kalifornikacja. Po kilku godzinach takiego biegania, za Nygusem szła już&amp;nbsp;spora grupa zdecydowanych na wszystko synów Jeżyc i cór Koryntu. Wszycy w jednym celu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście wtedy Nygus spotkał Katamaran, która nerwowo paliła fajka na stacji benzynowej przy Żeromskiego. Katamaran chwyciła bezceremonialnie Nygusa za rękaw i powiedziała bez ogródek. &lt;br /&gt;- Nygus, masz palenie, bo odpierdolę? &lt;br /&gt;- No ba!? – w charakterystyczny dla siebie sposób potwierdził rozpromieniony Nygus, po czym wyjął ze swojej jaskrawo żółtej kurtki spory worek marihuany.&lt;br /&gt;- Jamajka, men! – zawołała rozradowana Katamaran, nie zwracając uwagi na policjantów zbliżających się&amp;nbsp;do niej w celu zgaszenia papierosa, który siał niebezpieczeństwo w pobliżu stacji beznyznowej.&lt;br /&gt;- Kalifornia, siostro, Kalifornia! – wypiszczał szczęśliwy jak dziecko Nygus, który zawsze zaczynał piszczeć gdy wpadał w euforię, a wpadał w nią bardzo często, co sprawiało, że brzmiał przez większość&amp;nbsp;czasu dość&amp;nbsp;groteskowo, bo miał chyba dwa metry wzrostu, a głos niczym Farinnelli, co znowu nie było przypadkiem, gdyż przynależał on jeszcze kilka lat temu do słynnego chóru Kurczewskiego, który naonczas był już w rękach słynnego skądinąd Krollopa Wojciecha. Nygus nigdy nie opowiadał, co tam przeżył, a koledzy taktownie nie pytali, choć&amp;nbsp;wiedzieli, że coś przeżyć&amp;nbsp;musiał, a to co przeżyć&amp;nbsp;musiał, musiało z&amp;nbsp;kolei odcisnąć&amp;nbsp;swoje piętno tu i ówdzie, z&amp;nbsp;naciskiem na ówdzie.&lt;br /&gt;- Dokumenty, proszę. – powiedział nie znoszącym sprzeciwu głosem policjant, który właśnie doczłapał do Katamaran i Nygusa. &lt;br /&gt;- Czego chcesz, faszysto, kobietę&amp;nbsp;uderzysz – Katamaran wiedziała, że najlepszą obroną&amp;nbsp;jest atak, więc po prostu zaczęła energicznie wymachiwać rękami przed twarzą stróża prawa, podczas gdy bystry Nygus upychał w ciasnych dżinsach cały swój towar, a towarzyszący mu przyjaciele z&amp;nbsp;Jeżyc zaczęli buczeć&amp;nbsp;i tupać&amp;nbsp;w celu przestraszenia policjantów.&lt;br /&gt;- Rozejść się! – krzyknął drugi policjant, który wyglądał nieco groźniej, bo miał czarne okulary, jakby był z&amp;nbsp;Ameryki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na normalnym osiedlu może by go posłuchano, ale Jeżyce to nie było normalne osiedle. To była dzielnia z&amp;nbsp;tradycjami. Tu były trzy może cztery świętości, a wśród nich nie było policji. Był Papież Polak, był Kolejorz, był alkohol i był ewentualnie hip-hop. Cała reszta, nie wyłączając porządku prawnego, reżimu politycznego oraz klimatu była względna. Cała reszta zależała tylko i wyłącznie od woli mieszkańców. Biedni policjanci, którzy przytuptali z&amp;nbsp;willowych Ogrodów, nie mieli pojęcia w co się&amp;nbsp;wdali. Co prawda stacja należała jeszcze do ich rewiru, ale przez aktywną działalnóść&amp;nbsp;Nygusa oraz przypadkową obecność Katamaran została zaanektowana na rzecz Jeżyc poprzez zasiedzenie a właściwie zastanie.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wypierdalać! – krzyknął&amp;nbsp;na całą chrypę Góral, któremu kiedyś&amp;nbsp;płuco na siłce pękło, bo za daleko ze sterydami pojechał, i od tego czasu jest wyjątkowo cięty nie tylko na pedałów i policjantów, ale także sprzedajnych farmaceutów, którzy za drobną łapówkę przepiszą&amp;nbsp;każdą ilość wszystkiego i nawet nie ostrzegą, że płuco może pęc bez ostrzeżenia. Góral już&amp;nbsp;zdołał wyrwać&amp;nbsp;z&amp;nbsp;chodnika płytkę&amp;nbsp;i cisnąć&amp;nbsp;ją w stronę gliniarzy. Nygus tylko na to czekał. Chwycił Katamaran z&amp;nbsp;całej siły za ramię&amp;nbsp;i pociągnął&amp;nbsp;za sobą. Dziewczyna zdołała jeszcze zamachnąć się&amp;nbsp;dużą indiańską&amp;nbsp;torbą i zdzielić&amp;nbsp;w łeb jednego z&amp;nbsp;tych niebieskich fagasów. Drugi cudem uchylił się&amp;nbsp;przed lecącą ze sporą prędkością płytką&amp;nbsp;chodnikową, a że należał do tych co łatwo nie odpuszczają już trzymał w ręku krótkofalówkę, przez którą&amp;nbsp;wzywał posiłki z&amp;nbsp;całej dzielnicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim jednak ktokolwiek przyszedł z&amp;nbsp;odsieczą&amp;nbsp;Góral rozwinął natarcie. Patrol został zepchnięty do głębokiej defensywy. Ostrzeliwując się z&amp;nbsp;broni służbowej w powietrze, zabarykadowali się&amp;nbsp;w sklepiku stacyjnym, między batonikami a płynami do spryskiwaczy. Napastnicy tymczasem chwycili za nalewaki i rozpoczęli kanonadę w kierunku wejścia. Policjanci zmuszeni byli zabarykadować&amp;nbsp;wejście lodówką z&amp;nbsp;coca-colą. Wzmocnili swoje szeregi osbługą&amp;nbsp;stacji i zrobili sobie kawę oraz hot-dogi, ostrzeliwując się&amp;nbsp;cały czas z&amp;nbsp;broni służbowej. Z&amp;nbsp;mandatu za palenie raczej nici, skonstatował ten, który pierwszy zaczepił Katamaran. Jeszcze ich dorwiemy, odparł przez zaciśnięte zęby drugi, który nigdy nie odpuszczał, a nazywał się&amp;nbsp;Kaczmarek. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pełną epą wpadły na skrzyżowanie trzy nowiutkie radiowozy wiozące Kaczmarków z&amp;nbsp;całego Poznania. Trzeba bowiem wiedzieć, że z&amp;nbsp;Kaczmarkami się&amp;nbsp;w Poznaniu nie zadziera. Jest tu ich od cholery i jeszcze trochę, więc jak jednemu nastąpicie na odcisk, to możecie być&amp;nbsp;pewni, że stu innych wam nadepnie. Oblężony na stacji benzynowej młodszy aspirant Kaczmarek mógł liczyć&amp;nbsp;na wsparcie innych Kaczmarków i liczył i się&amp;nbsp;nie przeliczył. Przyjechali i otoczyli całe to jeżyckie towarzystwo gęstym kordonem. Góral, widząc co się&amp;nbsp;święci, szybko wyjął z&amp;nbsp;kieszeni najnowszą powieść Małgorzaty Musierowicz i podreptał, jakby nigdy nic, w kierunku Ogrodu Botanicznego. Ci, którzy lali jak głupi benzynę na stację, dostali w ryja pałami i się&amp;nbsp;uspokoili. Młodszy aspirant Kaczmarek został uwolniony. Za hot-dogi nikt nie zapłacił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nygus z&amp;nbsp;Katamaran siedzieli już&amp;nbsp;w tym czasie spokojnie na stadionie Olimpii, klubu sportowego niegdyś&amp;nbsp;milicyjnego, potem mafijnego, a na koniec ochroniarskiego. Mogli tam się&amp;nbsp;czuć&amp;nbsp;bezpiecznie, bo nad wszystkim czuwali ludzie, którzy znali się&amp;nbsp;na bezpieczeństwie i narkotykach jak nikt inni. W najlepszych czasach miejsce to było pięknym kamuflażem raczkującego partnerstwa publiczno-prywatnego pod przewodem generałów milicji i prezesów firm polonijnych. Najpierw wyglądało to tak, że sponsorem drużyny piłkarskiej był pan, który kleił jakieś&amp;nbsp;plastikowe pudełka, a prezesem klubu komendant główny policji ledwo przemalowanej z milicji. Na murawie szalał Brzęczek z&amp;nbsp;Okońskim, a w gabinetach się&amp;nbsp;biznesmeni zrzucali na lodówkę dla komendanta. Potem się okazało, że w tym wszystkim jeszcze jakieś narkotyki były. Że podobno jakiś szmugiel przez Polskę szedł na zachód. Wtedy jednak nikomu to do głowy nie przyszło. Zawracanie głowy, powiedział Nygus, tamci nas gonią&amp;nbsp;za palenie fajek na stacji benzynowej, a tu ich dowódcy wałki z&amp;nbsp;mafią&amp;nbsp;kleili, a może dalej kleją. Jak tu szanować prawo. Kiedyś&amp;nbsp;to by się&amp;nbsp;takich cwaniaków na pal wbiło. Targowica! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Daj no lepiej Nygusku staficzku– powiedziała czule na to wszystko mało zainteresowana niuansami Katamaran – życie za krótkie jest, żeby się&amp;nbsp;przejmować.&lt;br /&gt;- Masz – wyraźnie zdegustowany Nygus podał jej lufkę nabitą po brzeg jeszcze zielonym zielskiem.&lt;br /&gt;- Ładnie pachnie – pochwaliła substancję Katamaran – będzie z&amp;nbsp;tego radość.&lt;br /&gt;- Zaprosiłem dziś&amp;nbsp;wszystkich na schizownię, przyjdziesz? – zapytał Nygus, który ponad wszystko cenił gościnność.&lt;br /&gt;- Wysoki jak brzoza, głupi jak koza – aż podskoczyła zdegustowana Katamaran – chcesz się&amp;nbsp;tym dzielić&amp;nbsp;z&amp;nbsp;całą dzielnią? &lt;br /&gt;- To moi bracia, krew z&amp;nbsp;krwi...&lt;br /&gt;- Pojebało cię? Za mało tego dla tych troglodytów. To jest dawka dla intelektualistów. Weźmiemy ekipę z&amp;nbsp;Szamarzewka i pójdziemy do mnie. &lt;br /&gt;- Ale co ja powiem kolegom? – rozłożył ręce Nygus, który przeżywał konflikt sumienia, nie wiedząc czy zachować&amp;nbsp;wierność&amp;nbsp;klasową&amp;nbsp;czy plemienną.&lt;br /&gt;- Olej ich – powiedziała rzeczowo, jak na kobiętę&amp;nbsp;przystało, Katamaran – wszystkich nie zadowolisz, wiem co mówię – po czym wzięła macha i uklękła na indiańskiej torebce przed Nygusem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Katamaran była młodą&amp;nbsp;kobietą, która dobrze wiedziała, czego chce i nie robiła z&amp;nbsp;tego ceregieli. Rozpięła swoimi delikatymi dłońmi spodnie Nygusa, po czym z&amp;nbsp;dużą wprawą zaczęła pieścić jego centralny układ nerwowy. Dobrze wiedziała, że z&amp;nbsp;Nygusem można wszystko, tylko trzeba ustami. Kiedy mózg Nygusa był już&amp;nbsp;bardzo twardy wprawnym ruchem wyswobodziła go z&amp;nbsp;żółtych slipek i włożyła do buzi. Trudno opisać, co czuł wtedy Nygus. W każdym razie podjął decyzję, że zrobi tak, jak mówiła Katamaran. Podzieli się&amp;nbsp;Kalifornią&amp;nbsp;tylko z&amp;nbsp;fantasmagorystami, a na dzielni opowie, że gliny mu zabrały cały stuff. Argumenty koleżanki były nie do odparcia. Jego mózg pracował na najwyższych obrotach. Myśli goniły jedna za drugą. Głowa Katamaran poruszała się&amp;nbsp;rytmicznie, a język umiejętnie trafiał w czułe punkty twardogłowego Nygusa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na to wszystko z&amp;nbsp;lasu wyszedł Góral. Zatopiony w lekturze nawet nie zauważył, jak obszedł cały Ogród Botaniczny, wychodząc od strony przejścia pod torami do Jeziora Rusałka i dalej tunelem do obiektów Olimpii na Golęcinie. Góral uwielbiał bowiem prozę Małgorzaty Musierowicz. To jedyna wybitna pisarka z&amp;nbsp;Poznania, powtarzał kolegom na siłce. Kiedy protestowali, wymieniając jeszcze Kazimierę Iłłakowiczównę, która również&amp;nbsp;była ziomem z&amp;nbsp;Jeżyc, oponował, twierdząc nie bez racji, że pani Kazimiera to jednak zdecydowanie literatura kresowa. Musicie sobie zdać sprawę, że Poznań to właściwie niemieckie miasto i ma więcej wspólnego z&amp;nbsp;Monachium niż&amp;nbsp;z&amp;nbsp;Wilnem, pouczał kolegów wyciskając kolejne kilogramy. My myślimy i działamy inaczej. Musierowicz ma to we krwi. Ona jest jedną&amp;nbsp;z&amp;nbsp;nas. Nikt nie śmiał oponować&amp;nbsp;Góralowi. Wszyscy wiedzieli, że jak się&amp;nbsp;wkurwi, to mu może ostatnie płuco pęc, Iłłakowiczównę&amp;nbsp;czytali po kątach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczytany Góral pewnie by nie zauważył swoich lepiej wykształconych przyjaciół, gdyby nie to, że Nygus z&amp;nbsp;właściwym sobie zaangażowaniem zaczął głośno jęczęć.A że głos miał jak dzwon, to i drepczący żużlowym torem Góral go usłyszał. Spojrzał w górę&amp;nbsp;na koronę&amp;nbsp;stadionu i się&amp;nbsp;rubasznie roześmiał, klapiąc rękoma w uda z&amp;nbsp;takim impetem, że mu najnowsza powieść Małgorzaty Musierowicz wypadła na żużel. Zakochana para – Jacek i Barbara! Wykrzyknął jak dziecko jednopłucy osiłek z&amp;nbsp;Jeżyc na cały swój chrapliwy głos. Faktycznie, kolorowa głowa Katamaran między długimi i chudymi nogami Nygusa mogła z&amp;nbsp;boku wyglądać&amp;nbsp;nawet zabawnie. Zwłaszcza dla kogoś, kto przaśnym obejściem i wulgarnym dowcipem maskował wrodzoną wrażliwość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Założyciele Klubu Kalifornia nie od razu spostrzegli Górala. W momencie, kiedy wykrzyknął zaczepkę, Nygus właśnie pozbywał się&amp;nbsp;reszty wątpliwości co do tego, z&amp;nbsp;kim się&amp;nbsp;podzielić&amp;nbsp;cenną przesyłką&amp;nbsp;od Szkwała. Katamaran właśnie poczuła jak duże to były wątpliwości. Czując, że to decydujący moment wtuliła się&amp;nbsp;mocno w nogi Nygusa i odchyliła nieco głowę w tył, nie wypuszczając jednak z&amp;nbsp;ust inicjatywy. Nygus zanurzył dłonie w gęstych falach włosów Katamaran i przytulił jej głowę jeszcze bliżej, wyrzucając jednocześnie z&amp;nbsp;siebie wszystkie argumenty. Dziewczyna przełknęła je wszystkie, choć&amp;nbsp;nie było to łatwe i natychmiast ryknęła w stronę&amp;nbsp;Górala. Odwaliło Ci, kurwa, tej!? Chcesz, żebym się&amp;nbsp;udusiła!?&lt;br /&gt;CDN.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1852257765883955497?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1852257765883955497/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/03/klub-kalifornia.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1852257765883955497'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1852257765883955497'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/03/klub-kalifornia.html' title='10. Klub Kalifornia'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S5zWkS3qgtI/AAAAAAAAAHk/DLSZSjFIvqY/s72-c/kalifornia.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-4511787346982914934</id><published>2010-02-28T13:45:00.001+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.871+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>9. Miał Falset Smykałkę</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S4plMvcvvAI/AAAAAAAAAHc/e1xETv_6TwI/s1600-h/toast.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S4plMvcvvAI/AAAAAAAAAHc/e1xETv_6TwI/s320/toast.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;„Szatan, szatan, szatan, szatan, oh yeah, oh yeah“. „Szatan, szatan, szatan, szatan, oh yeah, oh yeah“. Z&amp;nbsp;pokoju dobiegał głos Tymona, który często towarzyszył przygotowywaniu grzanek na Fabrycznej. Tym razem pod nieobcność domowników grzanki przygotowywał Falset, który choć nie mieszkał tutaj, to jednak często bywał, bo lubił grzanki, a na Fabrycznej był opiekacz. Falset był także miłośnikiem twórczości Tymona, którego zapoznał kiedyś w rodzinnych Gryficach, do których ściągnął słynny zespół Miłość albo Smoki albo Kury albo któryś&amp;nbsp;z&amp;nbsp;pozostałych pod przewodem Tymona. Falset sam dobrze nie pamiętał, jaki to był zespół, ale zapamiętał na zawsze, żeby nie popijać sałatki śledziowej piwem jabłkowym, bo to się&amp;nbsp;mści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Władek Łokietek często żartował sobie z&amp;nbsp;Falseta, że tak naprawdę&amp;nbsp;jest Tymonem, tylko się&amp;nbsp;ukrywa przed zazdrosnym Szoł Bizem i udaje Falseta. Faktycznie byli podobni, o czym każdy się&amp;nbsp;mógł naocznie przekonać, oglądając galę wręczania najważniejszych nagród muzycznych w kraju. Nagrody się&amp;nbsp;oczywiście nazywały Fryderyki, bo kiedyś&amp;nbsp;jeden Francuz przez przypadek się&amp;nbsp;urodził w Polsce i zrobił światową&amp;nbsp;karierę. Jak się oglądało tę&amp;nbsp;galę&amp;nbsp;w obecności Falseta, to można było porównać&amp;nbsp;na bieżąco, że wygląda dokładnie tak jak Tymon, myśli dokładnie tak jak Tymon i mówi dokładnie tak jak Tymon. Jedyne co nie pasowało do układnki, to fakt, że przecież Tymon nie mógł być&amp;nbsp;jednocześnie w telewizji i w sali telewizyjnej na Fabrycznej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Automatykiewicz nie z&amp;nbsp;takimi sprzecznościami sobie radził. Miał w małym palcu wszelkie paradoksy i równania z&amp;nbsp;czterema niewadomymi. Szybko wszystkim wyjaśnił, że Tymon sobie tu spokojnie z&amp;nbsp;nami siedzi, a do telewizji wysłał Falseta, który jednak tak naprawdę nie istnieje, ponieważ&amp;nbsp;jest tylko i wyłącznie negacją Tymona, czyli Nie-Tymonem. Tak czy owak, Falset narobił w tej telewizji dymu, że hej. Powiedział coś w ten deseń, że cały polski show biznes to ściema, tylko ostrzej. Nikt dokładnie nie zapamiętał ani nie usłyszał, ponieważ&amp;nbsp;wszyscy zgromadzeni zaczęli podrzucać&amp;nbsp;w górę&amp;nbsp;prawdziwego Tymona, winszując mu wielkiego sukcesu, czyli zgarnięcia tych wszystkich pięknych statuetek z&amp;nbsp;garbatym nosem. Tymon miał w ustach grzankę, więc się&amp;nbsp;mocno zakrztusił. Do tego stopnia, że najsilniejszy z&amp;nbsp;obecnych, czyli Jodła, musiał go schwycić wpół i wydusić z&amp;nbsp;niego grzankę. Ściśnięty Tymon wypluł grzankę wprost na szalejącego w telewizji Falseta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nigdy więcej już Falset nie został zaproszony do telewizji. Wszyscy, którzy wiedzieli, kto w tym duecie jest kim, milczeli jak groby. Szanowali prywatność Tymona i udawali, że tak naprawdę&amp;nbsp;nazywa się&amp;nbsp;Falset i studiuje z&amp;nbsp;nimi jakby nigdy nic fantasmagorię. Żaden też ze znajomych Falseta nigdy się&amp;nbsp;nikomu nie wygadał, że Falset tak naprawdę niewiele wynosi z&amp;nbsp;zajęć. Właściwie, to nikt ich o to nie pytał, bo nikogo to nic a nic nie interesowało. Studia fantasmagoryczne w tym kraju od dawna nie służyły kształceniu, a jedynie utrzymaniu synekur dla kilku zasłużonych profesorów, którzy przez całe życie nie potrafili napisać niczego poza habilitacją oraz kilku uległych i/lub operatywnych doktorów, którzy tej habilitacji nijak nie mogli napisać. Z&amp;nbsp;małymi wyjątkami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tych małych wyjątków Falset unikał jak ognia. Przez całe studia starał się&amp;nbsp;trzymać utartego szlaku wiodącego przez gabinety najbardziej opieszałych fantasmagorystów. Ustępował przeto może nieco ogładą intelektualną&amp;nbsp;takim tuzom jak Ferdynand czy Łokietek, jego wiedza nie mogła się&amp;nbsp;równać&amp;nbsp;głębią&amp;nbsp;ezoterycznej erudycji Gustaffsona, a jego inteligencja operacyjna niekoniecznie sięgała zenitu osiągalnego tylko dla Autoamtykiewicza, ale za to zdecydowanie górował nad wszystkimi pewnością, że ma rację. Właściwie nie było takiej osoby, nie było takiego autorytetu, ba, nie było takiego Papieża Polaka, który mógłby mu przemówić&amp;nbsp;do rozumu. Złośliwy Łokietek utrzymywał, że to tylko dlatego, że Falset rozumu nie miał. Łokietka jednak nikt nie brał do końca poważnie, bo wszyscy wiedzieli o jego manii wielkości. Raczej przyjmowano, że Falset po prostu swoje wie i nie chce tego z&amp;nbsp;cudzym mieszać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Także teraz wiedział, że ostatnia płyta Kur jest naprawdę&amp;nbsp;zajebista i jeżeli grzanki mają&amp;nbsp;być&amp;nbsp;równie zajebiste, to trzeba je posmarować&amp;nbsp;masłem po wierzchu. Automatykiewicz by się&amp;nbsp;kłócił, że jednak lepiej od środka, ale Automatykiewicz to nawet pomidora kroił inaczej niż&amp;nbsp;normalni ludzie. Falset swoje wiedział i smarował po wierzchu. Do środka wkładał ser, pomidor i cebulę. Pomidora kroił normalnie, a nie tak jak Automatykiewicz w poprzek. Miał w tej chwili ten komfort, że nikt mu nie mówił jak ma co robić. Mieszkanie było puste, bo wszyscy gdzieś poszli. Falset nie wiedział gdzie, ale się&amp;nbsp;nad tym nie zastanawiał. Miał swoje życie, swój zespół i tylko grzanki przychodził robić&amp;nbsp;do cudzego mieszkania, bo nie miał opiekacza. Rewanżował się często gęsto seansami filmowymi, które urządzał na zamieszkiwanym przez siebie strychu jeżyckiej kamienicy, z&amp;nbsp;którego było słychać jak się&amp;nbsp;rodzi legenda polskiego hip-hopu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak się&amp;nbsp;grzanki zrobiły, to Falset poszedł z&amp;nbsp;nimi na balkon. Balkon, z&amp;nbsp;którego rozpościerał się&amp;nbsp;widok na wildecki Trójkąt Bermudzki, który kumulował się&amp;nbsp;wokół skrzyżowania wygiętej jak bumerang Fabrycznej i tej drugiej, przy której mieszkał Robson, a której nazwy nikt nie potrafił zapamiętać, ale może to była Prądzyńskiego. Wildecki Trójkąt Bermudzki polegał na tym, że jak się&amp;nbsp;tam weszło, to już&amp;nbsp;można było nie wyjść. Dla większości ludzi to było straszne, ale dla studentów fantasmagorii to było bardzo wygodne. Im się&amp;nbsp;zazwyczaj i tak nie chciało nigdzie wychodzić. Tak jak Falsetowi teraz. Siedział sobie z&amp;nbsp;tymi pysznymi grzankami smarowanymi masłem po wierzchu w pełnym słońcu i skwierczał. Ubrany był jedynie w uniwersalne spodenki kąpielowe, które wkladał, gdy nie wiedział co na siebie włożyć, a nie było w pobliżu nikogo, kto by mu powiedział, czyli praktycznie zawsze, gdy nie było za zimno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polał sobie grzanki keczupem i otworzył piwo. Wszystko grało. Tymon radośnie wyśpiewywał „...znowu mam doła, znów pragnę śmierci...“ Falset był w siódmym niebie. Ze znajdującego się&amp;nbsp;naprzeciw sklepu „U Żela“ wychodziła kolejna zmiana pracowników pobliskich zakładów imienia Hipolita Cegielskiego. Pracownicy tych legendarnych zakładów od dawna już&amp;nbsp;nie wchodzili na zakład, ale nadal nie potrafili się&amp;nbsp;otrząsnąć z&amp;nbsp;systemu zmianowego. Czy to był sklepik „U Żela“ czy też sąsiedni bar Kepab, czy też stojący po przeciwnej stronie kiosk z&amp;nbsp;warzywami i winem na szklanki albo znajdujący się&amp;nbsp;na rogu Hetmańskiej i 28 czerwca bar Grzanka, zmieniali się&amp;nbsp;w nich regularnie jak w zegarku. Po poznańsku. Nie umieli inaczej. Każdy musiał zaliczyć wszystkie stacje codziennej drogi krzyżowej. Porządek musi być.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Falset w ogóle nie zauważał w świecie żadnego porządku. Był pozbawiony zmysłu systematyzowania, który był podstawą myślenia większości fantasmagorystów. To go wyróżniało, ale on o tym akurat nie wiedział, bo musiałby sobie zdawać&amp;nbsp;sprawy z&amp;nbsp;możliwości strukturyzacji świata, a przecież nie miał o tym pojęcia. Żył chwilą, korzystał z&amp;nbsp;dnia, jadł grzanki. Kiedy popijał kolejny kęs jego uwagę przykuła oddalająca się&amp;nbsp;sylwetka Robsona. Robson szedł na tramwaj numer siedem. Na tramwaj, którym pojedzie na uczelnię tylko po to, żeby się&amp;nbsp;przespać&amp;nbsp;na zajęciach po ciężkiej nocy. Fakt, że Robson szedł na tramwaj oznaczał, że być&amp;nbsp;może Smykałka została sama. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Smykałka to była wielka miłość&amp;nbsp;Falseta, o której jednak nie mógł nikomu powiedzieć, ponieważ&amp;nbsp;formalnie miał inną&amp;nbsp;dziewczynę. Nieformalnie natomiast kochał Smykałkę&amp;nbsp;na zabój. Smykałka natomiast mieszkała z&amp;nbsp;Robsonem w małej kanciapie w tej samej kamienicy co Gustaffson i reszta, oprócz oczywiście Falseta, który niefartownie osiadł na Jeżycach. Mieszkała z&amp;nbsp;Robsonem, ale to nic nie znaczyło, gdyż&amp;nbsp;kochała tylko Jodłę, który aktualnie gdzieś&amp;nbsp;zniknął. Mówili, że poszedł do wojska, ale to chyba nieprawda była, bo przecież miał kategorię ELESDE. Jej miłość do Jodły się&amp;nbsp;jednak nie liczyła, bo Jodłę kochały wszystkie dziewczyny. Wiadomo, za mundurem panny sznurem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Falset szybko pobiegł na przeciwległą&amp;nbsp;stronę&amp;nbsp;mieszkania, która wychodziła na podwórko, na którego drugim boku znajdowała się&amp;nbsp;kanciapa Robsona i Smykałki. Niewiele, jak zwykle myśląc, rzucił widelcem w jej okno, ale Smykałka nie otworzyła. Falset rzucił zatem nożem i niefartownie stłukł szybę. Cholera, powiedział do siebie, niedobrze, zbiłem szybę. Ciągle niewiele myśląc pobiegł naprawiać szkody. Założył szybko buty i zbiegł po schodach do bramy, a potem przebiegł ulicą&amp;nbsp;wzdłuż kamienicy do drugiej bramy, w której mieszkała Smykałka. Drzwi jak zwykle były otwarte. Zarówno do bramy jak i do kanciapy. Robson i Smykałka nie przejmowali się&amp;nbsp;zbytnio bezpieczeństwem. Falset wszedł do kanciapy i zamarł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na kanapie pod oknem leżała Smykałka przebita na wylot nożem rzuconym przed chwilą przez Falseta. Pierwsza myśl Falseta była prosta. Z&amp;nbsp;seksu nici, pomyślał. Druga myśl Falseta też była prosta. Zabiłem ją, pomyślał. I zemdlał. &lt;br /&gt;CDN.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-4511787346982914934?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/4511787346982914934/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/02/mia-falset-smykake.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4511787346982914934'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4511787346982914934'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/02/mia-falset-smykake.html' title='9. Miał Falset Smykałkę'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S4plMvcvvAI/AAAAAAAAAHc/e1xETv_6TwI/s72-c/toast.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1865022628948424231</id><published>2010-02-16T22:27:00.004+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.871+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>8. Franz Schopenhauer</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S3sNtWP_SnI/AAAAAAAAAHU/k-TfkxQ4q-I/s1600-h/FRANZCOPY.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S3sNtWP_SnI/AAAAAAAAAHU/k-TfkxQ4q-I/s320/FRANZCOPY.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;style&gt;@font-face {  font-family: "Cambria";}@font-face {  font-family: "FuturaBookTBWAPL";}p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal { margin: 0cm 0cm 10pt; font-size: 11pt; font-family: "Times New Roman"; }div.Section1 { page: Section1; }&lt;/style&gt;       &lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 14pt;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Robson nie intersował się&amp;nbsp;higieną. Interesował się&amp;nbsp;piłką nożną. Na studia w Instytucie Fantasmagorii ściągnęła go tylko i wyłącznie chęć zgłębienia jednego przedmiotu. Nie krył tego ani przed kolegami, ani przed wykładowcami. Od razu na pierwszych zajęciach zapoznawczych na pytanie pani Prawie Profesor Korybut-Deseń, którą to z&amp;nbsp;pięknych dziedzin filozofii chcielibyście poznać najbardziej, najgłębiej i&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;w ogóle, odpowiedział, że jego tylko i wyjątkowo wyłącznie interesuje teoria poznania piłki nożnej. Cała reszta zagadnień obchodziła go jeszcze mniej niż higiena. Miał priorytety i tyle.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Pani Prawie Profesor Korybut-Deseń była opiekunką&amp;nbsp;roku, na którym studiowali zarówno Robson, jak i Sid Cepellin, jak i Gustaffson, jak i Automatykiewicz, jak i Sztuk Puk, jak i Ferdynand Wspaniały, jak i inni ze szczególnym uwzględnieniem Władysława Łokietka. Bardzo długo żaden z&amp;nbsp;tych wybitnych umysłów nie zdawał sobie sprawy z&amp;nbsp;faktu, że ich rok ma jakiegoś opiekuna i to, żeby było ciekawiej, w postaci kobiety. Kiedy odbywały się&amp;nbsp;zajęcia zapoznawcze, większość&amp;nbsp;z&amp;nbsp;nich była już&amp;nbsp;myślami na innych kierunkach studiów albo nawet w innych czastoprzestrzeniach. Robson był jednym z&amp;nbsp;tych, który z&amp;nbsp;żelazną konsekwencją realizował plan studiów. To znaczy nie uczył się&amp;nbsp;niczego, co nie nawiązywało do teorii poznania piłki nożnej i nie słuchał nikogo, kto nie wnosił czegoś ciekawego do przedmiotu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Niektórzy koledzy gardzili Robsonem, uważając, że jest niepoważny i urąga wizerunkowi studenta szacownego instytutu. Nie po to, twierdzili, zdawaliśmy egzaminy na studia, żeby siedzieć&amp;nbsp;w ławce z&amp;nbsp;kimś takim. Nie po to! A po co? Pytał wtedy filozoficznie Robson i zatykało krzykaczy, bo nie mogli powiedzieć&amp;nbsp;prawdy, a kłamstwo trzeba by było najpierw wymyśleć, a z&amp;nbsp;myśleniem ta grupa kolegów miała spore kłopoty. Robson wiedział, że nie dorastają mu do pięt. Patrzał na nich z&amp;nbsp;wyższością niepozbawioną&amp;nbsp;jednak wrodzonej czułości. Zdawał sobie sprawę, że te biedne dupki nie wiedzą nawet dlaczego Niemcy pokonali legendarną węgierską złotą&amp;nbsp;jedenastkę&amp;nbsp;w 1954 roku, ani tym bardziej na czym polega pułapka ofsajdowa. To była dla nich wiedza tajemna, a Robson nie zamierzał im tych absolutnych podstaw teorii poznania piłki nożnej tłumaczyć. Na egzaminie mieli przejebane.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Robson cieszył się&amp;nbsp;za to sympatią ścisłej elity intelektualnej wiekopomnego rocznika potencjalnych fantasmagorystów. Nie musiał o nią nawet specjalnie zabiegać. Po prostu pasował do nich. Może byli, chłopaki, trochę&amp;nbsp;bardziej umyci i jakoś tak łatwiej nawiązywali bliskie kontakty z&amp;nbsp;dziewczętami, które to jakoś nie mogły się przełamać w kwestii zapuszczonego Robsona, ale poza tym byli tacy sami jak on. Byli duchowymi olbrzymami. Mahatmami i gurami. Byli koneserami win owocowych oraz świtów spadających nagle na głowę w najmniej sprzyjających okolicznościach. Niektórzy z&amp;nbsp;nich mieli również&amp;nbsp;sporą wiedzę piłkarską. Na przykład Gustaffson.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Robson miał w Gustaffsonie najbliższego sprzymieżeńca. Zawsze mógł liczyć&amp;nbsp;na jego wsparcie w kwestiach zasadniczych. Kwestie zasadnicze były dwie. Jedna to kiedy, z&amp;nbsp;kim i gdzie gramy w piłkę. Druga to kiedy, z&amp;nbsp;kim i za co pijemy winko. Tertium non datur. Absolutnym przypadkiem Robson i Gustaffson mieszkali w tej samej kamienicy. Z&amp;nbsp;tymże, magicznym zrządzeniem losu, Gustaffson mieszkał na ulicy Fabrycznej, a Robson na tej drugiej, której nazwy nikt nie był w stanie zapamiętać. Może to była Prądzyńskiego.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Jedyne co różniło dwóch wytrawnych teoretyków piłki nożnej, to podejście do taktyki. Gustaffson miał podejście, wbrew niemieckiemu pochodzeniu, dość romantyczne. Uwielbiał ataki oskrzydlające i brawurowe szarże. Uważał, że albo się wygrywa wysoko, albo się&amp;nbsp;przegrywa wysoko, albo się&amp;nbsp;wysoko remisuje. Wszystko jedno, jak się&amp;nbsp;mecz skończy, musi być&amp;nbsp;wysoko. Tak, Gustaffson był megalomanem. Wierzący koledzy twierdzili, że miał kompleks Boga. Robson bynajmniej. Robson twardo stąpał po ziemii. Uważał, że przede wszystkim trzeba zadbać&amp;nbsp;o tyły. Jak nic nie stracimy, to na pewno coś strzelimy, cytował klasyków włoskiego cattenaccio. Robson pomimo brytyjsko brzmiącego nazwiska, był typowym włoskim cwaniakiem. Twarda obrona, gra na pograniczu faul, wyszukane inwektywy oraz koronkowe akcje.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Różnili się&amp;nbsp;nie tylko w zagadnieniach praktycznych związanych z&amp;nbsp;taktyką i strategią, ale także w kwestiach teoretycznych. Robson uważał, że świat jest metaforą piłki nożnej, stając tym samym na stanowisku futbolomenologii epistemicznej, podczas gdy Gustaffson twardo obstawał przy ujęciu realistycznym, plasując swoje poglądy między chaotyczną&amp;nbsp;teorią gier a teorią chaosu detrminowanego. W skrócie można powiedzieć, że uznawał piłkę nożną za najlepszą metaforę świata, aczkolwiek nie był do końca pewien czym świat jest. Jenocześnie podnosił ważkość&amp;nbsp;takich zagadnień jak cena wina w stosunku do wyników jedenastki narodowej i/lub klubowej oraz wpływ wczesnych dzieł Norwida na rozwój piłki nożnej we wschodniej Galicji. Śmiał nawet twierdzić, że jeśli komuś uda się&amp;nbsp;rozwiązać węzeł gordyjski sprzeczności interpretacyjnych w tych dwóch kwestiach, to może stać&amp;nbsp;się ojcem przewrotu w fantasmagorii porównywalnego ze słynną&amp;nbsp;przewrotką Marco Van Bastena w meczu z&amp;nbsp;Den Bosch.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Aby w ogóle mogła powstać&amp;nbsp;jedna zwarta drużyna piłkarska na halowe rozgrywki Robson i Gustaffson musieli się&amp;nbsp;podzielić wpływami. Sprawę ułatwiał fakt, że obaj mieli kiepską kondycję. Gustaffson wrodzoną, Robson nabytą. Grali więc każdy po pół meczu, zmieniając się&amp;nbsp;w trakcie co kilka minut. Cały mecz, choć trwał raptem 30 minut, był dla każdego z&amp;nbsp;nich zbyt dużym wyzwaniem. Kiedy na boisku od początku był Robson, drużyna ustawiała się&amp;nbsp;defensywnie, czyhając na okazję&amp;nbsp;do kontry. Jeśli Robson czuł się&amp;nbsp;na tyle dobrze, aby widzieć bramkę, taktyka dawała niewielkie szanse powodzenia. Jeśli czuł się&amp;nbsp;źle, drużyna przegrywała minimalnie. Z&amp;nbsp;kolei, gdy na boisku rządził Gustaffson cała drużyna rzucała się&amp;nbsp;do szaleńczych ataków, pozostawiając na obronie jedynie zgrany team rosłych stoperów wypożyczonych ze skandynawistyki. Jeśli Gustaffson był w fazie manii oraz czuł się&amp;nbsp;na tyle dobrze, żeby przebiec bez zadyszki dwie długości boiska, jego ofensywna taktyka dawała minimalne szanse powodzenia. Jeśli był w fazie depresji i/lub czuł się&amp;nbsp;na tyle źle, że łapał zadyszkę&amp;nbsp;już&amp;nbsp;na pod własną bramką, to drużyna przegrywała wyraźnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Reszta drużyny zdecydowanie wolała taktykę&amp;nbsp;Robsona. Była bardziej wyważona i nie wymagała od nich niemożliwego, czyli biegania przez cały mecz w te i wewte. Chłopcy ze wszystkich elementów gry najbardziej lubili stałe fragmenty. Fajkę&amp;nbsp;w przerwie i piwo po meczu. Robson został kapitanem, bo najlepiej wykonywał właśnie te stałe fragmenty. Gwiazdą&amp;nbsp;drużyny był Mano, który co prawda nie studiował fantasmagorii, ale cieszył się&amp;nbsp;wyjątkowym poważaniem ze względu na umiejętność pędzenia wina oraz niebywałe zdolności integracyjne. Mano był prawdziwym fighterem. Nie było meczu, żeby reszta drużyny nie musiała go z&amp;nbsp;całych sił odciągać od przeciwnika, który mu podpadł. Szczególnie cięty był na teologów, bo sam był zadeklarowanym wrogiem drużyn wyznaniowych. Nie powinno się&amp;nbsp;mieszać&amp;nbsp;Boga do piłki nożnej, twierdził stanowczo. Robson i Gustaffson jako wytrawni teoretycy nie mogli się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;nim zgodzić. Obecność&amp;nbsp;Boga w piłce była tak samo ważna jak obecność cheerleaderek. Często decydowała o wyniku, czego dowodem okazałe zwycięstwo teologów nad drużyną Robsona.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Mano studiował socjopatię i wierzył tylko w to, co widział. Przegraliśmy, bo ich było więcej, a nie dlatego, że po ich stronie był Bóg. Faktycznie, teologowie, którzy grali pod wszystko mówiącą nazwą Kremówka Wadowice, mieli bardzo długą ławkę rezerwowych. Właściwie mogli wystawić&amp;nbsp;trzy drużyny, podczas gdy drużyna Robsona była bardzo nieliczna, bo każdy z&amp;nbsp;zawodników chciał jak najdłużej przebywać na boisku bez względu na to, jaki jego gra przynosiła efekt. I tak, nigdy nie było więcej niż&amp;nbsp;dwóch rezerwowych, co przy nikczemnej kondycji trzonu zespołu odbijało się&amp;nbsp;na wynikach. Mecze bowiem, jak na złość&amp;nbsp;były rozgrywane tylko w niedzielę i to po kilka z&amp;nbsp;rzędu. Trzeba było mieć&amp;nbsp;zatem żelazne płuca, żeby wytrzymać&amp;nbsp;wszystko od początku do końca i jeszcze coś&amp;nbsp;wygrać. W drużynie Robsona nikt nie miał żelaznych płuc. W ogóle, mało kto miał jeszcze jakiekolwiek płuca.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Drużyna powstała spontanicznie na fali entuzjazmu, gdy na pierwszych zajęciach zapoznawczych, Robson zorientował się, że nie jest sam i może liczyć&amp;nbsp;na wsparcie Gustaffsona. Wspólnie ogłosili rekrutację, która mimo początkowych sukcesów, szła jak po grudzie. Z&amp;nbsp;fantasmagorii udało się&amp;nbsp;wyciągnąć tylko i aż bramkarza. Tylko, bo liczyli na więcej. Aż, bo bramkarz był najtrudniejszy. Kto by chciał wpuszczać te wszystkie gole, które na pewno stracą? Nie ma frajerów. A jednak, okazało się, że ze wszech miar utalentowany kolega Falset, oprócz tego, że jest wirtuozem gitary basowej, to jeszcze renomowanym bramkarzem drużyny piłki ręcznej z&amp;nbsp;zachodniopomorskich Gryfic. Nie tylko, że się&amp;nbsp;zgodził stanąć&amp;nbsp;w bramce drużyny, to nawet sam się&amp;nbsp;dobrowolnie zgłosił. Mając bramkarza, Robson i Gustaffson zaczęli prowadzić&amp;nbsp;bardzo ofensywną&amp;nbsp;politykę&amp;nbsp;transferową.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;I tak, z&amp;nbsp;socjopatii pozyskali bramkostrzelnego Mano oraz solidnego Pedro. Ze skandynawistyki dwóch postawnych, choć&amp;nbsp;mało zwrotnych stoperów Thorgala i Nyrupa. A z&amp;nbsp;kulturystyki bardzo kreatywne skrzydłowe Hermę i Afrodytę.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Co z&amp;nbsp;tego, że są&amp;nbsp;kobietami? Trzeba&amp;nbsp;przełamywać&amp;nbsp;schematy, twierdził postępowy Gustaffson. Jak ty to sobie w ogóle wyobrażasz, przecież one nie wytrzymają fizycznie, próbował przemawiać&amp;nbsp;Gustaffsonowi do rozumu, ortodoksyjny Robson. Zobacz tylko jak ślicznie wyglądają w getrach naciągniętych aż do kolan. Jak smukłe łanie – nie słuchał kolegi Gustaffson. Dobra, skrzydła to Twoja sprawa, grunt, że mamy solidnych obrońców. Jak się&amp;nbsp;będziemy nazywać? Zapytał zrezygnowany Rosbson. Nie wiem, może Franz Schopenhauer? Zapropnował Gustaffson. To jest jak imię, nie jak nazwa, znowu zaoponował Robson. Nie bądź taki sztywny, przecież&amp;nbsp;nie będziemy ślęczeć godzinami nad jakąś&amp;nbsp;głupią&amp;nbsp;nazwą, chodź na winko. Gustaffson zawsze wiedział jakich argumentów użyć i dlatego miał równie dobre relacje z&amp;nbsp;ludźmi o bardzo różnych poglądach. Idąc po flaszkę, zaprosił do stołu Ferdynanda Wspaniałego oraz zupełnie nie wiedzieć&amp;nbsp;czemu – Nygusa, którego nie cierpiał, acz szanował za absolutny brak konsekwencji w działaniu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Po zakupieniu wina pożeczkowego o wdzięcznej nazwie Szatan, poszli wszyscy czterej nad Jezioro Rusałka, rozprawiając o niepisanych naukach Platona, niezawodnej taktyce gry w Heroe’s Might’n’Magic oraz oczywiście o dupach, co w sumie interesowało wszystkich najbardziej, poza może Gustaffsonem, który był lekko opóźniony pod tym względem i póki co przejawiał dość&amp;nbsp;umiarkowane zainteresowanie dupami. Zdecydowanie bardziej zajmowała go rekonstrukcja wszechświata. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="CS" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;CDN. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1865022628948424231?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1865022628948424231/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/02/8-franz-schopenhauer.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1865022628948424231'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1865022628948424231'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/02/8-franz-schopenhauer.html' title='8. Franz Schopenhauer'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S3sNtWP_SnI/AAAAAAAAAHU/k-TfkxQ4q-I/s72-c/FRANZCOPY.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-5285618536592212311</id><published>2010-02-01T18:29:00.005+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.872+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>7. Blubry Olafa Ludwiga</title><content type='html'>Dziewiątka powoli telepała się&amp;nbsp;Górną&amp;nbsp;Wildą w kierunku Królowej Jadwigi. Na zewnątrz trwała złota polska jesień. Wewnątrz trwała konwersacja dwojga dość&amp;nbsp;świeżych przyjaciół. Jak było wczoraj? Zapytał Gustaffson Sida, wiedząc, że otrzyma odpowiedź mało ciekawą, ale za to wystarczającą&amp;nbsp;do podjęcia dalszej rozmowy. Jak zwykle – odpowiedział bez większego entuzjazmu Sid, bo nie chciało mu się&amp;nbsp;opowiadać o kolejnej imprezie tego samego typu – tylko Jodła styrał Ferdynanda i chyba się&amp;nbsp;nie będą&amp;nbsp;lubić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szkoda, lubię&amp;nbsp;Ferdynanda – zasępił się&amp;nbsp;Gustaffson, który nie wiedzieć czemu lubił, żeby wszyscy się&amp;nbsp;lubili – o co poszło? Nic wielkiego, Ferdynand usiadł na lodówce Jodły i zaczął wszystkim tłumaczyć, że jest geniuszem. A Jodła na to, że to świetnie, bo nie miał do tej pory okazji poznać&amp;nbsp;prawdziwego geniusza, że czuje się zachwycony i tak dalej. Ferdynand się&amp;nbsp;obraził. Jodła posprzeczał się&amp;nbsp;też z&amp;nbsp;Robsonem, wytykając, że powinien się&amp;nbsp;umyć zanim wejdzie do jego łóżka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robson chciał się&amp;nbsp;przespać z&amp;nbsp;Jodłą? – poprosił o precyzyjniejsze informacje Gustaffson, bo jakkolwiek nauczył się&amp;nbsp;już&amp;nbsp;dostrajać uszy do częstotliwości głosu Sida, to jednak jeszcze nie do końca rozpracował jego skrótową&amp;nbsp;narrację. Sid był znakomitym szachistą, posiadał umysł analityczny, co razem powodowało, że nie zawsze mówił wszystko, co trzeba, aby go dobrze zrozumiano. Nie, upalił się&amp;nbsp;i zasnął w łożku Jodły, a Jodła nawiązał przyjaźń z&amp;nbsp;jedną&amp;nbsp;z&amp;nbsp;dziewcząt i chciał jej przybliżyć swoją bogatą&amp;nbsp;osobowość, zanim wróci jego dziewczyna, która studiuje w innym mieście. Robson mu to skutecznie uniemożliwiał. Stąd niezadowolenie Jodły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale co to ma wspólnego z&amp;nbsp;higieną Robsona? – ciągle dopytywał Gustaffson, który lubił mieć&amp;nbsp;jasność. Dziewczyna powiedziała, że nie wejdzie do łóżka po Robsonie, bo on ma nieumyte włosy, śmierdzące ciuchy i ropne pryszcze na twarzy. Księżniczka – wciął się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;komentarzem Gustaffson. Kobiety są&amp;nbsp;dzisiaj wymagające, Jodła dobrze o tym wie – kontynuował Sid – umie do nich podejść – przybliżył postać&amp;nbsp;przyjaciela przyjacielowi nie bez cienia zazdrości. Tak, jest niemal tak skuteczny jak Sztuk i to bez tego całego anturażu artystycznego – docenił przyjaciela przyjaciela Gustaffson.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;On je bierze na Hłaskę – próbował pomniejszać możliwości Jodły zazdrosny Sid – w ogóle, mam wrażenie, że jemu się&amp;nbsp;wydaje, że on jest Hłaską. Może jest – powiedział Gustaffson, który nie uważał tego za takie znowu niemożliwe, w odróżnieniu bowiem od Sida posiadał umysł zdecydowanie mniej analityczny, a bardziej metafizyczny. Poza tym, posiadał wyższy stopień wtajemniczenia, dzięki czemu zagadka wędrówki dusz nie stanowiła dla niego aż tak wielkiego problemu. Sid, wbrew stwarzanym przez siebie pozorom, brał rzeczywistość bardzo zdroworozsądkowo. Zbyt bardzo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedynym mankamentem Smetany było jej położenie. W samym centrum miasta, w podwórzu między ulicami Ratajczaka i św. Marcin. Żeby tam dojechać od strony Wildy dziewiątką trzeba było objechać&amp;nbsp;całe centrum miasta. Ulica Półwiejska bowiem, która była naturalnym przedłużeniem Górnej Wildy nie posiadała szyn tramwajowych. Podobnie ulica Ratajczaka będąca przedłużeniem Wierzbięcic, które kończyły się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;wielkim hukiem obok międzynarodowego dworca PKS. Wierzbięcicami jeździła dziesiątka. Śmigała szybko, ale za dworcem skręcała w stronę targów, co odbierało jej większość sensu. Bo kto by z&amp;nbsp;normalnych ludzi chciał jechać&amp;nbsp;na Targi? Dziesiątka była przydatna tylko i wyłącznie w momencie, gdy któryś&amp;nbsp;z&amp;nbsp;chłopaków chciał opouścić miasto przy pomocy dworca PKS lub PKP. Zaliczała je oba bez większych ceregieli. Poza tym była bez sensu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co innego dziewiątka, którą jechali właśnie Sid z&amp;nbsp;Gustaffsonem. Jechała tą samą trasą, co dwójka, ale zamiast zawozić ludzi do Szamarzewa, gdzie czekały nudne wykłady i stracone godziny, skręcała na Moście Teatralnym w kierunku urokliwego Parku Sołackiego, gdzie można było spędzić&amp;nbsp;czas miło i pożytecznie przy piwie, albo czymś mocniejszym. Co ciekawe Park Sołacki posiadał tajemne połączenie z&amp;nbsp;Szamarzewem, o którym wiedzieli tylko wytrawni bywalcy i nie przechwalali się&amp;nbsp;tą&amp;nbsp;wiedzą specjalnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz jednak dziewiątka miała dojechać tylko do Empiku, spod którego do Smetany było pięć&amp;nbsp;kroków. Co z&amp;nbsp;nią&amp;nbsp;się będzie działo dalej, nikogo ważnego nie obchodziło. Gdzieś&amp;nbsp;na wysokości Placu Wiosny Ludów, Sid odważył się&amp;nbsp;zadać Gustaffsonowi pytanie, które dręczyło go od jakiegoś czasu. Skąd te wszystkie głupie nazwy ulic i placów? – wykrztusił z&amp;nbsp;siebie. Z&amp;nbsp;tradycji – odpowiedział&amp;nbsp; z&amp;nbsp;dumą w głosie Gustaffson, poznaniak z&amp;nbsp;dziada pradziada. Ale co to są&amp;nbsp;te Wierzebięcice? Kim była Wilda? To jakaś saga skandynawska czy zaginione dzieci Tolkiena? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sid nie miał pojęcia, co to tradycja. Pochodził ze Szczecina. Tam się&amp;nbsp;wszystko zaczęło niedawno i nie wiadomo czy długo potrwa. Niemcy nie zasypiają gruszek w popiele, jak mawiała jego bardziej polska babcia, która pamiętała odbijanie prapolskiego Szczecina z&amp;nbsp;rąk niemieckich najeźdźców. Ze Szczecina do Berlina jakaś godzinka autostradą. Sid mało się&amp;nbsp;tym interesował. Był obywatelem świata. Część&amp;nbsp;życia spędził w Kalifornii, a część właśnie zaczynał spędzać w Poznaniu. Chłonął mieszczańską atmosferę, która była dla niego zjawiskiem nowym i dość kiszonym. Kiszonym jak ogórki. Sid nie lubił kiszonych ogórków. Lubił coś&amp;nbsp;innego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S2cLmR2mCMI/AAAAAAAAAG8/CoIsZDZQrjo/s1600-h/powstanie.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="640" src="http://1.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S2cLmR2mCMI/AAAAAAAAAG8/CoIsZDZQrjo/s640/powstanie.jpg" width="379" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Teraz patrzał przez okno na pominik tajemniczego cyklisty. Dziada z&amp;nbsp;rowerem właściwie. Musiał to być&amp;nbsp;ktoś znaczny, skoro go postawiali u wylotu popularnego deptaku. Może to był ktoś&amp;nbsp;w rodzaju pierwszego handlarza? Poznań słynie przecież&amp;nbsp;z&amp;nbsp;żyłki do interesów, a na końcu deptaku jest stadion, przy którym Sid widział morze straganów. Widocznie, facet tym rowerem woził towar na stragan i wszyscy go tak zapamiętali, że aż pomnik postawili. Tradycja zna takie przypadki. Sid starał się&amp;nbsp;szanować tradycję, choć&amp;nbsp;jej nie rozumiał. Szurkowski? – rzucił w stronę&amp;nbsp;poznańskiego kolegi, wskazując na pomnik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gustaffson nie znosił, jak się&amp;nbsp;przyjezdni naigrywali z&amp;nbsp;symboli poznańskich. Sam miał do nich stosunek ambiwalentny. Doceniał rolę tradycji oraz siłę folkloru miejskiego, nie miał jednak entuzjazmu do gwary poznańskiej oraz specyficznego sposobu bycia mieszkańców miasta, w którym pruski dryl mieszał się&amp;nbsp;ze swojską dulszczyzną. Gustaffson aż się&amp;nbsp;wzdrygnął, bo nie cierpiał słowa „dulszczyzna“ jeszcze bardziej niż&amp;nbsp;gwary pozańskiej. Nie, Olaf Ludwig – odpowiedział równie złośliwie co się&amp;nbsp;Sid zapytał. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gustaffson się&amp;nbsp;wychował na NRD-owskich kolarzach. Zawsze wygrywali z&amp;nbsp;naszymi Wronami, Jaskułami, Piątkami i Mierzejewskimi. Jeden Halupczok ich pokonywał, ale jakim kosztem. Polskie kolarstwo się&amp;nbsp;nie umywało. Sid nie wiedział natomiast nic o kolarstwie poza Szurkowskim. Ani o polskim, ani tym bardziej o NRD-owskim. Był z&amp;nbsp;innego świata. W ogóle udawał, że Niemców nie ma. Pomnik Starego Marycha zniknął im z&amp;nbsp;pola widzenia. Sid nie dowiedział się, że to bohater popularnego słuchiwska poznańskiego pisarza Juliusza Kubla pod znamiennym tytułem „Blubry Starego Marycha“. Nigdy się&amp;nbsp;już tego nie dowie. Nie będzie cierpiał z&amp;nbsp;tego powodu. Będzie cierpiał jak już, to z&amp;nbsp;powodu starej marychy. Juliusz Kubel pozostanie dla niego postacią anonimową, a pomnik na zawsze utkwi w pamięci jako monument upamiętniający Pierwszego Handlarza Szurkowskiego. I dobrze mu tak – pomyślał z&amp;nbsp;satysfakcją&amp;nbsp;wszechwiedzący Gustaffson. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wysiadamy – rozkazał spontanicznie apodyktyczny Gustaffson – jesteśmy na 27 grudnia. A co się&amp;nbsp;stało 27 grudnia? – dopytywał nieświadomy niczego Sid. Wygraliśmy powstanie, powiedział z&amp;nbsp;dumą świadomy wszystkiego Gustaffson. Przecież powstań się&amp;nbsp;nie wygrywa – odparł nie bez racji Sid. Tutaj jest inaczej – uświadomił koledze wyjątkowość swojego rodzinnego miasta Gustaffson – porażki za dużo kosztują. Ale przecież powstania zostały wymyślone po to, żeby je przegrywać – nie dawał za wygraną&amp;nbsp;Sid – chodzi o idealizm, nie rozumiecie? Nie – potwierdzil Gustaffson. Nie jesteście prawdziwymi Polakami – podsumował Sid o korzeniach żydowskich. Nie – potwierdził Gustaffson o korzeniach niemieckich – prawdziwi Polacy mieszkają tylko na Zaolziu i w Kanadzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto to był Ratajczak? – zapytał Sid idąc ulicą&amp;nbsp;Ratajczaka. Bohater, pierwsza ofiara wygranego powstania – cierpliwie tłumaczył Gustaffson, który miał już&amp;nbsp;jednak trochę&amp;nbsp;dosyć dociekliwości kolegi. A po której stronie był twój dziadek? – dopytywał Sid przyjaciela. To nie jest śmieszne – zakończył rozmowę Gustaffson, przeklinając dzień, w którym jego przodkowie przybyli z&amp;nbsp;Bambergu do Poznania. Po kim ja mam tę&amp;nbsp;dociekliwość? – zapytywał natomiast, nie bez autoantysemickiej nuty, siebie Sid Cepellin, bo zorientował się, że dotknął czułej struny w delikatnej kompozycji psychicznej Gustaffsona. Odpuścił sobie zatem pytania o Świętego Marcina i jego związki z&amp;nbsp;Poznaniem. Na dziś&amp;nbsp;wystarczy, powiedział do siebie w duchu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Smetana stała i czekała na przyjaciół zmierzających do niej z&amp;nbsp;całego miasta. Właściwie nie stała, a raczej wyrastała jak huba z&amp;nbsp;przyziemia ogromnej kamienicy. Ukryta była w bramie, a dodatkowo schodziło się&amp;nbsp;do niej po kilku schodkach w dół. Dojść do niej można było albo od Świętego Marcina, albo od Ratajczaka. Obie drogi były krótkie, ale za to dziwne. Od Ratajczaka się&amp;nbsp;szło dookoła szlabanu, od Marcina natomiast tunelem pozbawionym światełka na końcu. Zamiast światełka była pomalowana w żółto-czarne pasy przybudówa sutereny, czyli Smetana. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Założenie było takie, że to czeski pub. Na czym polegała jego czeskość najstarsi czescy marynarze nie pamiętają. Fakt faktem, że często tam obsługiwała Milenka, która trochę&amp;nbsp;czeskiej krwi miała. Przetoczyli jej w ramach ratowania życia, gdy towarzysząc dobrze się&amp;nbsp;zapowiadającym poznańskim artystom broniła w Pradze honoru polskiej sztuki, spożywając alkohol nienajwyższej jakości. Musiano ją ratować tranfuzją, bo robiła głowę&amp;nbsp;o kamienie w Wełtawie. Krew czeska zastąpiła w niej polską. Odtąd Milenka była dużo bardziej wyluzowana. Nie wdawała się&amp;nbsp;w bójki o honor. Zdecydowanie postawiła na humor. Teraz też była w dobrym humorze, a co najważniejsze w Smetanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cześć, powiedzieli Sid i Gustaffson, dwa piwa. Akurat ci chłopcy nie należeli do ulubionych klientów Milenki. Obaj byli mrukliwi i oszukiwali na herebacie. Bo herbata w Smetanie była za „co łaska“. Dostawało się&amp;nbsp;pyszną&amp;nbsp;herbatkę&amp;nbsp;z&amp;nbsp;cytrynką, a nie płaciło się&amp;nbsp;nic, tylko wrzucało ile się&amp;nbsp;chciało do puszki. Takiej podobnej jak Wielka Orkiestra Owsiaka miała. Sid i Gustaffson często pili herbatę, a wrzucali same miedziaki. Gustaffsona jeszcze można było zrozumieć, bo był z&amp;nbsp;Poznania, ale Sid powinien mieć&amp;nbsp;większy gest. Milenka nie wiedziała o jego prawdziwym pochodzeniu. Chcąc nie chcąc dała im piwa, za które uczciwie zapłacili. Usiedli w kącie i zaczęli grać w szachy. Sid wygrywał raz za razem. Czasami w trzech ruchach, przeważnie w dwóch. Sid był nie tylko mistrzem śniadań, ale także wicemistrzem szachów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CDN.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-5285618536592212311?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/5285618536592212311/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/02/blubry-olafa-ludwiga.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/5285618536592212311'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/5285618536592212311'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/02/blubry-olafa-ludwiga.html' title='7. Blubry Olafa Ludwiga'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S2cLmR2mCMI/AAAAAAAAAG8/CoIsZDZQrjo/s72-c/powstanie.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-9013198746182561354</id><published>2010-01-22T08:10:00.001+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.872+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>6. Puk! Puk! Puk! Pukając do nieba bram</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S1lPbf5drLI/AAAAAAAAAG0/d59FjJPb3-I/s1600-h/limoocopy.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="400" src="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S1lPbf5drLI/AAAAAAAAAG0/d59FjJPb3-I/s400/limoocopy.jpg" width="272" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Sztuk-Kennedy zignorował pytanie Jackie. Już dawno jej nie kochał. Właściwie kochał ją tylko zanim ją zdobył. Jak każdą&amp;nbsp;kobietę. Normalka. Sztuk-Kennedy to był pies na baby. Lubił podupczyć jak mało kto. Teraz głowę miał zajętą żoną&amp;nbsp;szofera. Arizońską cielęcinką. Ach jakby ją potarmosił. Szkoda, że musi być&amp;nbsp;tym prezydentem. Jeździć limuzynami, machać&amp;nbsp;ręką, wysyłać ludzi na Księżyc i do Wietnamu. Jak ja nienawidzę rządzić tym zapyziałym mocarstwem, mówił do siebie czasem. Jakby to fajnie było by tak się&amp;nbsp;dupczyć&amp;nbsp;całymi dniami, pływać jachtami i pić whiskey z&amp;nbsp;colą. Dobrze by było by tak. Oj tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak sobie myślał Sztuk-Kennedy, gdy limuzyna z&amp;nbsp;odsłoniętym dachem sunęła przez Dallas ku przeznaczeniu. Sztuk wiedział co się&amp;nbsp;stanie, ale Kennedy nie wiedział. Sztuk rozglądał się&amp;nbsp;nerwowo, ale Kennedy machał jak głupi i wychylał się&amp;nbsp;beztrosko. Sztuk próbował jakoś Kennedy’ego ostrzec, jakoś tak zamknąć w sobie, ukryć&amp;nbsp;w fotelu, ale prezydent wiedział lepiej. Popisywał się&amp;nbsp;przed tłumami jak dzieciak. Machał i śmiał się radośnie. Wiedział, że od jego zachowania zależy, czy babeczki będą na niego leciały tak jak dotychczas. Uwielbiały jego młodzieńczy uśmiech. Mówiły mu to. Zdejmowały majtki nie dlatego, że rządził tym cały syfem, ale dlatego że robiły mu się&amp;nbsp;takie dołeczki w policzkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sztuk już nie mógł słuchać&amp;nbsp;myśli Kennedy’ego. Co za palant, pomyślał Sztuk, spoglądąjąc na odsłonięte kolana Jackie. Dotknę sobie, jego ręką, co mi szkodzi. Położył rękę Kennedy’ego na kolanie jego żony. Żona ucieszyła się&amp;nbsp;nagłym objawem czułości, którego się&amp;nbsp;nie spodziewała. Niech ma, pomyślał Sztuk. Kennedy zaczął tracić&amp;nbsp;pewność siebie. Czuł jakby ktoś nim kierował do środka. Mówił mu co ma robić. Kładł jego rękę na kolanie żony, która aktualnie go nie interesowała bardziej niż zeszłoroczna Zatoka Świń. A jeszcze dodatkowo próbował go zamknąć w sobie i wbić&amp;nbsp;w wygodny fotel limuzyny. To pewnie przemęczenie, pomyślał John, wydupczę wieczorem recepcjonistkę i mi przejdzie. Chciałbym już być&amp;nbsp;w Waszyngotonie. Tam jest mój Arizona Dream. Mniam, mniam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokiwam jeszcze tym z&amp;nbsp;lewej, pomyślał prezydent Kennedy i powtórnie wychylił się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;limuzyny. Przyczajony za pobliskim wzgórzem Władek Łokietek tylko na to czekał. Pomimo rozpaczliwych zawodzeń Bogusława Wołoszańskiego, nacisnął spust karabinu. Pif paf. Trafił. Pif Paf. Trafił. Done, powiedział do siebie robiąc szwajcarskim scyzorykiem nacięcie na lufie. Bogusław Wołoszański załamał ręcę i poszedł montować „Sensacje XX wieku“. Prezydent Kennedy stracił głowę&amp;nbsp;i umarł. Jackie wpadła w histerię. Świat zamarł. Doktor Wrzawanowicz skończył międlić Fichtego. Sztuk zanucił swoją ulubioną&amp;nbsp;piosenkę Boba Dylana, która była wyjątkowo adekwatna do sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Puk! Puk! Puk! Pukając do nieba bram. Puk! Puk! Puk! Pukając do nieba bram. Nucił ciągle sobie Sztuk idąc na tramwaj, lubił bowiem, jak nie wiem co, te wszystkie hipisowskie kolędy. Żal mu też było Johna, zdążył się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;nim zżyć. Czy mogłem mu jakoś pomóc, pytał sam siebie, czy mogłem zrobić więcej? Zadręczał się&amp;nbsp;tymi pytaniami tylko z&amp;nbsp;czystej przyzwoitości. Nie miał złudzeń, znał zasady. Od biedy mógł się&amp;nbsp;przemieszczać w czasie, ale nie wolno mu było pod żadnym pozorem nic zmieniać. Narobi się burdel nie do odkręcenia, mówił mu zawsze Autoamtykiewicz, który był wybitnym znawcą teorii chaosu oraz porządku w tricepsach. Gustaffson też był zdania, że nie powinni się&amp;nbsp;mieszać w sprawy zwykłych ludzi. Oni to jakoś sobie poukładali i musimy to szanować, powtarzał zawsze, pewnych rzeczy nie możemy przeginać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Los Kennedy’ego był przesądzony. Ani Sztuk, ani nawet Władek Łokietek nie mogli nic zrobić. Daremne żale Wołoszańskiego, nie oni przecież ustalali zasady. Oni tylko wykonywali rozkazy. Porządek musi być. Historycy mogą tego nie rozumieć. Ich interesują tylko fakty i gdybania. My, fantasmagoryści musimy brać&amp;nbsp;odpowiedzialność&amp;nbsp;za bieg wypadków. Przecież co by to było, gdyby taki Newton wyszedł przed szereg i od razu zapodał Ogólną Teorię Względości? Skończyłby u czubków jak ten nieszczęśnik Nietzsche. Nie wolno, pod żadnym pozorem, się wychylać. Puk! Puk! Pukając do nieba bram. Sztuk nie przestawał nucić pomimo tych wszystkich naciąganych usprawiedliwień, co je na poczekaniu wymyślał. Jednak wiedział, że zawalił sprawę. Mógł skręcić blanta wcześniej. Teraz poczuł się&amp;nbsp;jakiś nieswój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tramwajów na Ogrodach stało od cholery. Kolorowe i wesołe jak siuśki Sztuka. Sztuk wybrał dwójkę, żeby się&amp;nbsp;dostać jak najszybciej do Collegium Alchemicum na Grunwaldzkiej. Wezmę dzisiaj więcej towaru, bo a nuż spotkam Sida albo Falseta albo kogokolwiek innego, kto się&amp;nbsp;będzie chciał przyłączyć. Jak pomyślał tak zrobił. Nie wdając się w zbędne ceregiele, wziął od Kolegów Sztuka cały słoiczek rożowego. Różowe rozjaśni ci we łbie, bo jakiś, widzę, nieswój jesteś – powiedział mu jeden z&amp;nbsp;Kolegów Sztuka. Kennedy nie żyje – powiedział smutno Sztuk i poszedł, nie czekając na odpowiedź. I tak by się&amp;nbsp;nie doczekał, bo Kolegi Sztuka tylko wzruszyły ramionami i wróciły do swoich pipet. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobrze,&amp;nbsp;że są ludzie, którzy potrafią robić jeszcze pożyteczne rzeczy, cieszył się&amp;nbsp;Sztuk, idąc w kierunku Smetany, gdzie zamierzał spotkać kogoś, kto pomoże mu dojść do siebie po przeżyciach na ćwiczeniach z&amp;nbsp;fantasmagorii niemieckiej. Ten Fichte mnie wykończy, mówił do siebie Sztuk. Co za zakuta, pruska pała. Ja. Nie ja. Ja. Nie ja. Jaja nie ja. Nie wiem, kto mu, kurwa, dał dyplom. Sztuk powoli zaczynał się&amp;nbsp;wściekać. Na szczęście na horyzoncie zajaśniała znana mu sylwetka. Nie dość, że znajoma, to jeszcze kobieca. Zdecydowanym krokiem młodej, ambitnej, świadomej swej wartości kobiety szła ku niemu Afrodyzja. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szła pięknie na wysokich obcasach i długich nogach, kolebiąc się&amp;nbsp;na boki zmysłowo. Włosy jej powiewały na wietrze, a piersi spięte ciasnym stanikiem podskakiwały nieznacznie na nierównościach. Całe niemałe misiowate ciało Sztuka przeszedł dreszcz uwielbienia. Oto piękna dziewczyna moja zbliża się&amp;nbsp;ku mnie absolutnym przypadkiem. Zapewne idzie na uczelnię, aby grzecznie uczyć się&amp;nbsp;pożytecznej wiedzy, jak się&amp;nbsp;postaram, to odwiodę&amp;nbsp;ją&amp;nbsp;od tego. Mam przecież odpowiednie argumenty jak również determinację znaczną. Pewny siebie Sztuk postanowił nie owijać&amp;nbsp;w bawełnę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hej Afro – powiedział zdrobniale do Afrodyzji, czym ją&amp;nbsp;wstępnie acz niechcący, wpienił – cho do Smetany, mam fajne landryny. Nie owijasz w bawełnę, kochanie – zorientowała się&amp;nbsp;Afrodyzja, gdyż to bystra baba była – ale chyba wiesz co myślę o tych twoich landrynach. Afrodyzja musiała być mocno wkuta, bo mówiła do Sztuka „kochanie“ tylko i wyłącznie w chwilach skrajnego zdenerwowania, którego nawet nie starała się&amp;nbsp;ukryć. Masz okres? – zapytał Sztuk, który nie lubił specjalnie drążyć nieprzyjemnych tematów, a lubił mieć&amp;nbsp;jasność, z&amp;nbsp;kim można a z&amp;nbsp;kim nie można się&amp;nbsp;dzisiaj zabawić. Spierdalaj – powiedziała Afrodyzja i poszła z&amp;nbsp;tym całym swoim tyłkiem, nogami i cyckami uczyć się&amp;nbsp;jakiejś nikomu niepotrzebnej wiedzy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sztuk pogapił się&amp;nbsp;za dziewczyną&amp;nbsp;chwilę, bo lubił na nią&amp;nbsp;patrzeć jak idzie wkurwiona. Jej ciało było wtedy takie jędrne i naprężone. Mniam, mniam – zamlaskał Sztuk, po czym wzruszył ramionami, odwrócił się&amp;nbsp;i poszedł ku Smetanie nucąc swój ulubiony szlagier Boba Dylana. Puk! Puk! Puk! Pukając do nieba bram.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CDN&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-9013198746182561354?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/9013198746182561354/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/01/puk-puk-puk-pukajac-do-nieba-bram.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/9013198746182561354'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/9013198746182561354'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/01/puk-puk-puk-pukajac-do-nieba-bram.html' title='6. Puk! Puk! Puk! Pukając do nieba bram'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S1lPbf5drLI/AAAAAAAAAG0/d59FjJPb3-I/s72-c/limoocopy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-8121348511908971321</id><published>2010-01-11T19:37:00.003+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.872+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>5. Osiedle Łokietka</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S0tvr5SjeBI/AAAAAAAAAGg/mI9GPhTiDls/s1600-h/lokietek%282%29.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S0tvr5SjeBI/AAAAAAAAAGg/mI9GPhTiDls/s320/lokietek%282%29.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Władek Łokietek jako jedyny ze studentów Instytutu Fantasmagorii miał własne osiedle. Na dalekiej naonczas północy Poznania tuż obok kombinatu rolniczego Naramowice stało dumnie Osiedle Władysława Łokietka. Można tam było łatwo dojechać autobusem 51 spod samego Dworca Głównego. Długo się co prawda jechało, ale bezpośrednio. Zaraz za osiedlem był kawałek lasu. Rezerwat Żurawiniec. W lesie Łokietek się ukrywał, podczas walk dzielnicowych, żeby po ryju czasem nie dostać. Bo Łokietek był królem i nie wypadało mu obrywać od byle kogo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łokietek rządził swoim osiedlem mądrze, ale sprawiedliwie. Wrodzona charyzma pomagała mu utrzymać w ryzach nawet najbardziej hardych pretendentów do tronu. Powoli rozszerzał swoje wpływy na inne dzielnice. Pomagał mu w tym wrodzony spryt i rozległa sieć kontaktów. Byli tylko dwaj przeciwnicy, z którymi nie dawał sobie rady. Niska samoocena oraz Osiedle Sarmacka. Pierdolone karki z Sarmackiej, mawiał w porywie goryczy do swego przyjaciela Gustaffsona, znowu podpalili kibel na przystanku. Co ja mam z nimi zrobić? Oni nawet nie przestrzegają zasad gramatyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Faktycznie Osiedle Sarmacka nazywało się bardzo niegramatycznie. Do tego składało się z kilkunastu osbnych ulic, z których każda nazywała się Sarmacka. Zarówno równoległe jak i prostopadłe. Bez wyjątku. Nikt o zdrowych zmysłach tam nie wchodził, ale jak już przypadkiem wszedł, to nie wracał zupełnie taki sam. Wracał zupełnie inny. Kompletnie zdezorientowany. Nawet autobus 51 omijał to osiedle szerokim łukiem. Izolacja była atutem, dzięki któremu mieszkańcy utrzymywali absolutną suwerenność i nie uznawali władzy zwierzchniej Łokietka. Łokietka to wkurwiało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz jednak miał inny babo placek. Zadzwonił do niego Książę i wydał bardzo enigmatyczne rozkazy. Z księciem nie było żartów, Władek wiedział o tym aż za dobrze. Pamiętał co się stało z ministrem Podkańskim, który sobie zażartował, że się chce spotkać z tym Czapskim, a ten Czapski nie dość, że przypadkiem nie żył, to jeszcze za życia był kolegą Księcia. Książę się tak wpienił, że uruchomił wszystkie swoje kontakty. Cały cywilizowany świat szydził z ministra Podkańskiego. Władek na zawsze zapamiętał, że z Księciem nie ma żartów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Telefon zaskoczył go podczas porządkowania szafek kuchennych. Władek lubił czasem oddzielać ziarna od plew. Przyprawy od dipów. Dipy od fixów. Fixy od zup ekspresowych. Zupy eskpresowe od sosów. Dla świętego spokoju sprawdzał na wszystkich opakowniach daty przydatności. Większość była mocno przekroczona. Władek ratował życie domownikom i usuwał trujaki. I wtedy właśnie zadzwonił telefon.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Cholera – zaklął Władek i rzucił z niechęcią trzymane w ręku saszetki. Poszedł bez pośpiechu do telefonu – Halo! – rzucił zniechęconym głosem.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Alo, mówi Jerzy Giedroyc z Kultury, z kim mam przyjemność? – zabrzmiał głos w słuchawce na tyle jednak niewyraźnie, że wkurzony Łokietek nie zrozumiał ani słowa poza „kultury“. &lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Proszę mówić głośniej, bo nic nie słyszę! – wrzasnął Łokietek do słuchawki.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Alo, co Pan mówi, bo ja mam słaby słuch!? – zaszumiało słabo ale zdecydowanie w słuchawce. Łokietkowi opadły ręce. Spojrzał smutno za okno. Pomyślał, że chciałby teraz zbierać październikowe liście, a nie użerać się z jakimś dziadygą przez telefon.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Niech Pan powtórzy, o co chodzi – zawołał z całych sił Władek, nie licząc specjalnie, że coś tym wskóra.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Słabo Pana słyszę. Mówi Redaktor Giedroyc. Z Paryża. Chciałem się dowiedzieć co z Pańskim artykułem? – wydukał stary Książe. Łokietek był zaskoczony. Skąd on wie o moim artykule, przecież nikomu jeszcze o nim nie mówiłem. Może blefuje, a może ma kogoś w moim otoczeniu, domniemywał. Zagram na zwłokę, postanowił po krótkim namyśle.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ojca nie ma – odparł spokojnym głosem, po czym szybko odłożył słuchawkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łokietek wiedział, że kiedyś to musi nastąpić. Z premedytacją wykorzystał okres smuty po wyjeździe Grupińskiego do Warszawy i Krynickiego do Krakowa. Kiedyś to oni rządzili w Poznaniu oraz, co ważniejsze, na osiedlu. Nikt nie był na tyle zuchwały ani na tyle silny, aby stawić im skuteczny opór. Mieli układy z Księciem, więc nikt im nie fikał. Dopiero jak wyjechali, Łokietek mógł się zacząć rozpychać. Po wyprowadzce wydawnictwa a5 z osiedla, nikt się nie spodziewał, że powstanie tu cokolwiek innego niż market Łokieteks. Kiedy, Władek zaczął wydawać „Bibułę“ najpierw go lekceważono, a gdy urósł w siłę było już za późno. Bez interwencji z zewnątrz, nie można było się go pozbyć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieżyczliwe mu środowiska jednak nie zasypywały gruszek w popiele, wiedział o tym. Dlatego tak zaniepokoił go telefon od Księcia. To Książę bowiem decydował, co można, a czego nie można na osiedlu. Mógł zmieść imperium Łokietka z powierzchni ziemi z palcem w dupie. Ci z Sarmackiej tylko na to czekali. Stary lis z Maisons-Laffitte już zaczął operację „Łokietek“, pomyślał Władek. Muszę szybko działać, dokończył myśl. Chwycił za telefon i wystukał numer Gustaffsona. Ten odebrał natychmiast, bo mu się nudziło. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Stary się dowiedział – rzucił rzeczowo Łokietek, licząc na inteligencję przyjaciela.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Michnik? – przeliczył się.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nie, on to mi może! – zadufał się w sobie Łokietek &lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; To kto? Miłosz? Brzezina? Herling? – zgadywał niezbyt bystro Gustaffson, bo dzień wcześniej był na spontanicznym otwarciu Świetlicy Ludowej Buena Viśta na pobliskiej Kosinie i niewiele, prawdę mówiąc, jarzył.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Żeby tam! Sam Perlaszez, proszę ciebie! – krzyczał zdenerwowany ociężałością najbliższego współpracownika Łokietek, nie zapominając jednak o zaszyfrowaniu nazwiska Księcia. Tak na wszelki wypadek. Wiadomo, jak łatwo podsłuchiwać stacjonarne telefony.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Cholera – zrozumiał powagę sytuacji Gustaffson&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Przede wszystkim wszystko zdementuj jak najszybciej. Wydamy numer specjalny. I ani pary z gęby o artykule – wydawał rzeczowo, acz nieostrożnie komendy Łokietek.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; O jakim artykule? – zapytał Gustaffson, który nic nie wiedział o tajnym artykule naczelnego.&lt;br /&gt;-&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nieważne, jutro ci wszystko wyjaśnię. Przyjdź do Smetany. – zakończył rozmowę Łokietek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sukces Łokietka polegał na tym, że był sprytny. Jego „Bibuła“ została pomyślana w taki sposób, żeby być, ale zarazem nie być. Żeby oburzać, ale zarazem uspokajać. Żeby być widoczną, ale zarazem nie rzucać się w oczy. Łokietek musiał oddać sprawiedliwość Gustaffsonowi, że to on wymyślił metodę dementi, bez której już dawno skończyłby w betonowych kapciach na dnie jeziorka w Parku Sołackim. To właśnie szkolny przyjaciel Władka odkrył, że treści kolportowane w „Bibule“ mogą sprowadzić gniew najwyższych autorytetów. Dlatego też zaczął na bieżąco wszystko dementować. W ten sposób, każda treść podana przez Łokietka tonem ostrym i nieznoszącym sprzeciwu, była natychmiast równie stanowczo dementowana przez Gustaffsona. Najważniejsza jest równowaga, powtarzał zawsze przebiegły Gustaffson.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Innym zabezpieczeniem była unikatowa forma wydawnictwa. Było ono wydawane zawsze w tylko jednym egzemplarzu i podawane z rąk do rąk w taki sposób, aby nikt nie wiedział skąd pismo się wzięło i dokąd zmierza. Pismo miało także minimalną objętość, aby w chwili zagrożenia któryś z redaktorów lub czytelników mógł je szybko zjeść bez ryzyka zatrucia. Dzięki aurze tajemniczości „Bibuła“ jeszcze szybciej zdobywała kolejnych czytelników. W ciągu kilku lat istnienia znacząco wpłynęła na kwiat młodzieży wielkopolskiej, a jej twórcy mieli zamiar pójść za ciosem i zdobyć wpływ sięgający daleko dalej niż najdalej wysunięte bloki Osiedla Łokietka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gustaffson wiedział, że nie ma czasu do stracenia, poszedł zatem zrobić herbatę. Łokietek dokończył segregowanie saszetek z przyprawami, fixami, tudzież zupami, po czym wypił barszczyk i położył się spać. Śniło mu się, że jest w Ameryce. W jakimś mieście na południu, może w Teksasie. Czai się za wzgórzem. W ręku trzyma strzelbę. W jego głowie jest tylko jedna myśl.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CDN.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-8121348511908971321?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/8121348511908971321/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/01/osiedle-okietka.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8121348511908971321'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8121348511908971321'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/01/osiedle-okietka.html' title='5. Osiedle Łokietka'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S0tvr5SjeBI/AAAAAAAAAGg/mI9GPhTiDls/s72-c/lokietek%282%29.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-5059257695652175123</id><published>2010-01-04T19:45:00.001+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.872+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>4. Ranek wildecki</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S0I3JP8iJpI/AAAAAAAAAGY/_aZJ3LZ_kpU/s1600-h/Wilda.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S0I3JP8iJpI/AAAAAAAAAGY/_aZJ3LZ_kpU/s400/Wilda.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Ranek wildecki przy Rynku Wildeckim miał swój niepowtarzalny urok. Szczególnie, jeśli przypadał w okolicach godziny 15. Takie poranki wzruszały Sida bardzo zwłaszcza w listopadzie. Ale teraz był jednak październik, więc wzruszenie Sida było zupełnie nie na miejscu. Skąd jednak miał biedny zabiegany Sid wiedzieć, że jest dopiero październik? Przecież miał o wiele ważniejsze rzeczy na głowie. Dopiero co uporał się ze śniadaniem i niespodziewaną wizytą Ciotki Mroczka, a już musiał stać w kolejce po czerwone setki Marlboro, które można było kupić tylko w jednym, zaufanym sklepiku u zbiegu Dolnej Wildy i Wierzbięcic. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co za pojebane nazwy!? Pomyślał sobie Sid, wzruszając się jednocześnie widokiem świtającego ranka wildeckiego. Kiedyś zapytam Gustaffsona, skąd to się wzięło. Gustaffson wie wszystko o wszystkim, a dodatkowo pochodzi z Poznania. Jego drzewo genealogiczne sięga zamierzchłych czasów kolonizacji bamberskiej. Wtedy praojcowie Gustaffsona opuścili przeludnioną Bawarię, by osiąść we wsiach nadwarciańskich naokoło Poznania. Gustaffson nie mógł tego swoim przodkom wybaczyć. Z własnej woli bamberskie łamagi ustawiły się po przegranej stronie frontu na trzysta lat, tłumaczył Sidowi, kiedy się zapoznawali w zadymionej Smetanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ech, co ty wiesz o złej stronie frontu? Pomyślał filozoficznie Sid i wzdrygnął się z powodu dreszczu, który go przeszedł. Zawsze przechodził dreszcz Sida, gdy myślał o pochodzeniu. Nie to, żeby się wstydził, ale miał wyobraźnię. Wyobraźnia unaoczniała mu bardzo wyraźnie, co by musiał przechodzić, gdyby urodził się kilka dziesięcioleci wcześniej. Na myśl o rytualnym odcinaniu napletka, robiło się Sidowi bardzo słabo. Wyobrażał sobie świetnie przeszywający ból i powodowany nim wrzask. Tryskającą krew wstrząsała jego trzewiami. Tak, Sid był z pochodzenia Żydem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czerwone setki Marlboro, poproszę! – powiedział Sid najwyraźniej jak umiał. Umiał jednak mało wyraźnie. Mówienie po polsku sprawiało mu wiele trudności. I to nawet nie dlatego, że Sid spędził sporą część dzieciństwa w Ameryce, gdzie raczej mówią słabo po polsku albo zgoła o zgrozo w ogóle. Nie, nie, nie dlatego. Dużą trudność sprawiało mu powtarzenie ciągle tych samych zdań. Nawet jego najbliżsi przyjaciele pytali go często. Co mówiłeś? Możesz powtórzyć? Sid nie rozumiał, dlaczego mu to robią. Przecież mówił po polsku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Musis poprasowac nad dychkcją – powtarzał mu wielokrotnie przyjaciel z lat szkolnych, a obecnie współlokator Mroczek, który nie był jednak zbyt przekonujący, bo sam mówił jakby miał kluski w megafonie, a przecież chciał i musiał zostać prawnikiem, co wymagało nienagannej wymowy, a nawet swego rodzaju kwiecistości. Spochojna głofa, zosrane radsą prafnym – mówił zawsze niezniechęcony Mroczek, słysząc głosy nieżyczliwych kolegów, co jednak nie przeszkadzało mu wytrwale uczęszczać do logopedy w celu poprawienia jakości mowy. Sid chromolił i nie uczęszczał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przepraszam, co? Zapytał sprzedawca w trafice u zbiegu Dolnej Wildy i Wierzbięcic. To co zawsze. Odparł przez zaciśnięte zęby wkurwiony Sid. Sid jak się wkurwił, to potrafił wyjaśnić jednym spojrzeniem o co mu chodzi. Przypominający Harveya Keitela sprzedawca natychmiast położył na ladzie rakietę czerwonych setek Marlboro. Jasne, jasne, już się robi. Gorliwie zapewaniał. Gówno się robi, pomyślał Sid i zapłacił. Ogarnęło go nagłe wzruszenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są bowiem takie chwile, kiedy listopadowy ranek wildecki na Rynku Wildeckim wygląda naprawdę pięknie. Szczególnie o 15 i szczególnie w październiku. Między straganami uwijał się tłum przekupek i chłopów małorolnych oferujących płody rolne oraz chemię gospodarczą przywiezioną z Niemiec śladem Bambrów Bawarskich w tym Gustaffsona. Z Kościoła wybiegają zgodnie księża Brzęcławscy, aby zjeść jeszcze zupę, zanim starszy z nich uda się na uczelnię celem wykładania o zbawieniu lub jego braku w świetle doktryny i wbrew niej. A malowniczym zakolem bruku sunie wartki strumień samochodów i tramwajów, które gładko z Wierzbięcic wpływają w 28 czerwca, gdzie mieszają się z dopływami Dolnej Wildy, Przemysłowej, Jerzego i Czajczej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak to się wszystko ładnie krząta, pomyślał ze wzruszeniem Sid Cepellin zapalając kolejnego papierosa. Zaciągnął się nim głęboko z pełną satysfakcją. Piękny poranek, skonstatował i poszedł złapać tramwaj na uczelnię. Pasowała mu najbardziej dwójka. Jechała co prawda i jechała, ale za to dojeżdżała bezpośrednio na Szamarzewo, gdzie mieściła się alma mater Sida – Akademia Aspołeczna im. Jozefa Pasztu II, w skrócie AA JP II. Kim był Jozef Pasztu nie wiedział nawet Gustaffson, który przecież wiedział wszystko o wszystkim. Ponad wszelką wątpliwość ustalono kiedyś na konsylium w Smetanie, że Jozef Pasztu był jakimś Węgrem. Ta odpowiedź zadowoliła niemal wszystkich i niemal zupełnie, jak się miało później okazać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz jednak ważne było, że dwójka podjechała, a z niej wysiadł wszechwiedzący Gustaffson z całym swoim bamberskim entuzjazmem. Witaj Sid, miło cię widzieć w tak dobrej formie od rana. Ucieszył się Gustaffson szczerze, bo zawsze się cieszył, gdy widział Sida niezależnie od tego, w jakiej on był formie. Cześć! Odpowiedział mu równie radośnie i nadzwyczaj wyraźnie Sid, którego oczy rozświetliły się niekłamaną nadzieją na szalenie ciekawy bieg wypadków. Nie jedziemy na Szamarzewo – powiedział zgodnie z przewidywaniami Sida, Gustaffson. OK – nie stawiał niespodziewanego oporu Sid – co robimy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojedziemy do Smetany – zaczął Gustaffson, co ucieszyło Sida tak, że prawie zaklaskał uszami. Władzio Łokietek ma nam coś ważnego do powiedzenia. Musimy działać szybko i sprawnie, dokończył Gustaffson, czym nie na żarty przeraził Sida, co natychmiast wyświetliło się w jego oczach jako panika. Spokojnie, najpierw wszystko dokładnie omówimy przy piwku, powiedział Gustaffson, aby uspokoić przyjaciela, potem wpadnie Sztuk i jakoś poleci. O, jest dziewiątka. Chwycił Sida za ramię i wciągnął do tramwaju. Pojechali ku miastu. Sid był w szoku. Mieszkał w Poznaniu już niemal miesiąc, ale nadal&amp;nbsp; nie mógł się przyzwyczaić do sposobu działania miejscowych kolegów. Byli jacyś tacy zasadniczy, precyzyjni i zawsze gotowi trzeźwo ocenić sytuację. Sid podejrzewał, że biorą coś, czym nie dzielą się z nim. Miał zamiar poważnie rozmówić się ze Sztukiem w tej sprawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CDN&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-5059257695652175123?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/5059257695652175123/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/01/ranek-wildecki.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/5059257695652175123'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/5059257695652175123'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2010/01/ranek-wildecki.html' title='4. Ranek wildecki'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S0I3JP8iJpI/AAAAAAAAAGY/_aZJ3LZ_kpU/s72-c/Wilda.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-2728201614063271156</id><published>2009-12-18T12:16:00.006+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.873+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>3. Sztuka dla Sztuka</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/Sytks8AZiXI/AAAAAAAAAFg/IEYS9yt5BhU/s1600-h/pillscolor.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/Sytks8AZiXI/AAAAAAAAAFg/IEYS9yt5BhU/s320/pillscolor.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Ćwiczenia z fantasmagorii niemieckiej to było trudne wyzwanie nawet dla najbardziej zainteresowanych tematem studiów studentów. Dla Sztuka, który był zainteresowany umiarkowanie, było to wyzwanie ponad siły. Przyszedł tutaj tylko dlatego, że wykorzystał już wcześniej dwie dozwolone nieobecności. Sztuk gdzieś tam głęboko miał zakodowane poczucie obowiązku. A poza tym wiedział, że jak go wywalą ze studiów na pierwszym roku, to rodzice zaprzestaną finansowania jego kariery życiowej, czego bardzo by nie chciał szczególnie z powodu na wielką potrzebę radości życia, która objawiała się sporymi wydatkami na wszelkiego rodzaju używki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ćwiczenia z fantasmagorii niemieckiej były trudnym wyzwaniem ze względu na osobę prowadzącego. Była to osoba niewielka ciałem i nieobecna duchem. Prowadzącym zajęcia był bowiem Doktor Wrzawanowicz, który wbrew głośnemu nazwisku, zachowywał się tak cicho, jakby go w ogóle nie było. Wielu studentów nie znających realiów rządzących światem naukowym, nie mogło pojąć, w jaki sposób on się w ogóle załapał na uczelniany etat. Sztuk miał to w dupie. Zastanawiał się tylko, jak przetrwać półtorej godziny, podczas którego prowadzący czytał fragmenty dzieł czołowych onanistów niemieckich przełomu XVIII i XIX wieku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prowadzący Wrzawanowicz wbrew głośnemu nazwisku czytał tak cicho, że nic nie było słychać. Słuchać zresztą nie było po co, bo doktor nie zwykł wchodzić w interakcje ze studentami. Nie było mu to do niczego potrzebne. I tak miał kupę roboty z tym czytaniem. Zdążyć przeczytać kilkadziesiąt stron tego nudziarza Fichtego w półtorej godziny, to jest co robić. Chociaż i tak mu się udało, że nie dostał zajęć z fantasmagorii serbo-chorwackiej. Nie cierpiał bowiem tych wszystkich powtarzanych w kółko dowodów na istnienie logiki pięciowartościowej, która stała u podstaw wszystkich systemów fantasmagorii jugosławiańskiej. Wyobraźnia Wrzawanowicza kończyła się bowiem gdzieś w okolicach prawa Fregego. Jugosłowanie byli dla niego nieosiągalni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problemem Instystu Fantasmagorii, a zarazem przekleństwem młodych adiunktów był heroiczny zwyczaj dzielenia wykładów pod kątem kryterium narodowościowego. I tak koniecznie musiała być fantasmagoria niemiecka, bo trzeba znać sposób myślenia wroga oraz sąsiada, a także fantasmagoria szwedzka, bo trzeba umieć skręcić meble z IKEA, jak je przywiozą do Instytutu. Niemniej ważne były zajęcia z fantasmagorii słowackiej, bowiem dyrektor Instytutu pojechał tam kiedyś na narty i zawarł owocny romans z dyrektorką podobnego, acz nieco mniejszego Instytutu w Rużemeberoku. Wszyscy młodzi pracownicy nauki bali się teraz, że a) zostaną wysłani tam na stypendium, b) dostaną do prowadzenia zajęcia z fantasmagorii słowackiej, c) dostaną zadanie napisania referatu o wpływie myśli słowackiej na rozwój Szkoły Lwowsko-Warszawskiej i Koła Wiedeńskiego. Słowem, doktor Wrzawanowicz miał kupę szczęścia, że mógł spokojnie sylabizować Fichtego. Mogło mu się trafić gorzej, dużo gorzej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sztuka natomiast to wszystko gówno obchodziło. Gapiąc się bezmyślnie, jak to tylko on potrafił, w okno, kombinował skąd wziąć dzisiaj jakiś dobry stuff. Mógłby to być chociaż afgański haszysz, albo kalifornijski super grass spod Salinas, ale&amp;nbsp; tak naprawdę marzyła mu się malusia tabletusia ekstazusia - przefajny wynalazeczek kolegów z Kolegium Alchemicum. Jak sama nazwa wskazuje, Kolegium istniało po to, żeby Kolegi Sztuka mogły robić wynalazki i sprzedawać je na zielonym rynku radości. Sztukowi sprzedawali taniej, bo go lubili za ciągłą gotowość do eksperymentowania z nowymi wynalazkami. Był dla nich kimś więcej niż klientem. Był wypróbowanym przyjacielem i niezawodnym testerem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ich rozmowy zawsze wyglądały tak samo. Sztuk przychodził znudzony ze zmęczenia albo zmęczony ze znudzenia i pytał smutno, jak to tylko on potrafi. Macie coś nowego? A co, stare już nie działa? Pytały go niezmiennie Kolegi Sztuka. Jakoś mi się smutno po tym robi i sikam na szaro, mówił zrezygnowany Sztuk. A jak byś chciał sikać? Pytały fachowo Kolegi, notując jednocześnie wszystko w swoim ogromnym kajecie. No nie wiem, może alabaster? Zastanawiał się głośno Sztuk, jednocześnie budząc w swoim spojrzeniu płomyczek zainteresowania. Macie coś takiego? Pytał już z rozpalonymi policzkami. Jasne, że mamy alabaster, nie bój nic. Odpowiadały Kolegi Sztuka, które nie miały pojęcia jak wygląda ten pierdolony alabaster. Masz! Podawały Sztukowi sraczkowatą tabletkę, którą wyjąły z kieszeni farutcha. To coś specjalnie dla Ciebie. Zasikasz się alabastrem jak chuj. Dodawały, poklepując Sztuka po plecach na pożegnanie. Dzięki. Odpowiadał zawsze szczęśliwy Sztuk. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiaj też się wybierał do Alchemicum. Miał nadzieję wyciągnąć coś specjalnego od Kolegów Sztuka. Ostatnia tableta dała mu dość ciekawe doświadczenie. Widział siebie w roli prezydenta Kennedy'iego sikającego w kolorze lila róż. Jak tylko skończył sikać, ochroniarze pospieszyli go do wyjścia, bo czekała już na niego limuzyna. Na korytarzu dołączyła do niego śliczna Jackie, na którą już co prawda nie mógł patrzeć, ale badania opinii wymagały, aby się jej trzymał. Na szczęście na boku miał niezłe dupeczki, które pomagały mu jakoś znieść piekło codziennej małżeńskiej nudy. Jak tylko wróci z Dallas, to już ma umówione rżnięcie z żoną swojego szofera. Cud dziewczyna. Dobra arizońska sztuka mięsa. Sztuka dla Sztuka, zaśmiał się w duchu Sztuk-Kennedy, wsiadając do limuzyny. Jackie spojrzała na niego z tępą miłością. Samochód ruszył. Jak tam Twoje siuśki? - zapytała czule Jackie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CDN.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-2728201614063271156?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/2728201614063271156/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/12/sztuka-dla-sztuka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2728201614063271156'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2728201614063271156'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/12/sztuka-dla-sztuka.html' title='3. Sztuka dla Sztuka'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/Sytks8AZiXI/AAAAAAAAAFg/IEYS9yt5BhU/s72-c/pillscolor.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-2375774126870175802</id><published>2009-12-08T23:14:00.004+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.873+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>2. Śniadanie Mistrza Cepellina</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/Sx7PxeUU16I/AAAAAAAAAFQ/XmLG5TtFkFg/s1600-h/marlborocopy.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/Sx7PxeUU16I/AAAAAAAAAFQ/XmLG5TtFkFg/s320/marlborocopy.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;To się&amp;nbsp;działo w mieście, gdy jeszcze nie stał w nim ani jeden inteligentny biurowiec klasy A. Sid Cepellin powoli wstawał z&amp;nbsp;łóżka i szykował sobie śniadanie. Pierwsza puszka, którą&amp;nbsp;napotkał była kompletnie pusta. Druga również. Przy trzeciej postanowił wspiąć&amp;nbsp;się na wyżyny swoich umiejętności kulinarnych. A trzeba wiedzieć, że Sid był mistrzem śniadań. Przez zaciśnięte zęby wycedził – Nie zrobisz mi tego, mała! Jak zwykle zaklęcie podziałało. Puszka okazała się&amp;nbsp;do połowy pełna, choć akurat Sid z&amp;nbsp;wrodzonym sobie brakiem optymizmu, uważał, że jest do połowy pusta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trudno – powiedział do siebie Sid – będę chodził głodny. Popijając śniadanie zdecydował, że dziś&amp;nbsp;wybierze się&amp;nbsp;na uczelnię. Dochodziła właśnie 15, więc istniała szansa zdążenia&amp;nbsp;na wykład z&amp;nbsp;teorii zapoznania. Nic go to właściwie nie interesowało, ale liczył,&amp;nbsp;że spotka tam ludzi, z&amp;nbsp;którymi będzie mógł zjeść&amp;nbsp;kolację. Bo Sid był może trochę&amp;nbsp;introwertyczny, ale samotności to jednak nie lubił. Szczególnie przy jedzeniu. Nachodziły go bowiem wtedy myśli niewesołe czy nawet smutne czasem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sid był typem wrażliwca. Nieszczęścia tego świata spadały na niego codziennie z&amp;nbsp;dużym impetem. Sam nie wiedział, dlaczego akurat wszystkie na&amp;nbsp; niego. Miał nawet o to trochę&amp;nbsp;pretensji do losu. Ale w sumie był dzielny. Brał na wątłą klatę co tam spadło i śmiało szedł, gdzie tam akurat miał iść. Tajemnicą&amp;nbsp;jego chodzenia było w jaki sposób osiągał zawsze ten sam cel. Dokądkolwiek i z&amp;nbsp;kimkolwiek by nie szedł, zawsze dochodził do baru. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sid był bowiem osobą na swój sposób zorganizowaną. Wszystkie funkcje życiowe miał podporządkowane celowi nadrzędnemu. Zachowaniu równowagi płynów i pyłów w organizmie. Dlatego właśnie teraz sięgnął po papierosa, bowiem śniadanie bez czerwonego Marlboro było śniadaniem co najmniej niewystarczającym. System Sida był szalenie prosty i logiczny. Przede wszystkim starał się&amp;nbsp;wykonywać minimalną&amp;nbsp;ilość&amp;nbsp;ruchów, dzięki czemu nie musiał specjalnie przejmować się&amp;nbsp;jedzeniem, myciem i przebieraniem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzięki pasywnej postawie życiowej, praktycznie się&amp;nbsp;nie brudził, nie głodniał i nie gubił odzieży, co zdarzało się&amp;nbsp;nagminnie jego bardziej aktywnym kolegom. Dzięki temu mógł się&amp;nbsp;poświęcić&amp;nbsp;temu co lubił. A lubił dobrą&amp;nbsp;literaturę, gry strategiczne oraz wyrafinowaną&amp;nbsp;dyskusję w gronie wybitnych umysłów. Stąd właśnie wziął się u niego pomysł studiowania fantasmagorii w Poznaniu. Fantasmagoria była najmniej przydatnym i najbardziej absurdalnym kierunkiem studiów, jaki wpadł mu do głowy, a Poznań był miastem, które nie wymagało od niego większych wyrzeczeń. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sid pochodził ze Szczecina. Jak Katarzyna Wielka i Kasia Nosowska. Wychowywał się&amp;nbsp;w w ciekawych czasach, kiedy o tym mieście mówiło się&amp;nbsp;polskie Seattle. Nie bardzo wiadomo dlaczego tak mówiono. Nie było tam bowiem przemysłu komputerowego ani nawet choćby jednego lokalu Sturbucks. W ogóle niewiele tam było, więc ludzie zakładali zespoły rockowe. I tak właśnie chyba na fali popularności grunge, wymyślono, że to polskie Seattle.&amp;nbsp; Ale bardziej to już był polski Liverpool, a właściwie to takie Chicago lat 20. albo Hawana tuż przed nadejściem Castro. Młode wilki i pogranicze w ogniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poznań to już&amp;nbsp;zupełnie inna kultura. Myślał Sid. I blisko, co najważniejsze. Nie trzeba się&amp;nbsp;telepać&amp;nbsp;pociągami. Zebrał grupę&amp;nbsp;kolegów i przyjechał. Zamieszkali na jednym z&amp;nbsp;nowych osiedli w mieszkaniu Ciotki Mroczka. Mroczek to był kolega jeszcze ze szkoły podstawowej. Teraz niestety postanowił studiować&amp;nbsp;prawo. Był to rysa na dobrze się&amp;nbsp;zapowiadającej przygodzie. Choć&amp;nbsp;na usprawiedliwienie Mroczka trzeba dodać, że nie miał specjalnego wyboru. Dziad prawnik, ojciec prawnik to i Mroczek prawnikiem miał zostać. Ciotka Mroczka też&amp;nbsp;była prawnikiem i co gorsza właśnie stała naprzeciw Sida z&amp;nbsp;pusta&amp;nbsp;butelką tequili. Sid nie wiedział co o tym myśleć, nie myślał więc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co tu się&amp;nbsp;dzieje? – zapytała ostro Ciotka Mroczka. Sid rozejrzał się&amp;nbsp;dookoła, szukając odpowiedzi. Nic – odparł zgodnie z&amp;nbsp;prawdą. A to!? – Ciotka wskazała na pustą&amp;nbsp;butelkę&amp;nbsp;tequili trzymaną&amp;nbsp;w ręku. Pusta – oznajmił smutno Sid, gramoląc się&amp;nbsp;z&amp;nbsp;materaca. Przepraszam panią, ale muszę&amp;nbsp;iść na uczelnię – dopowiedział&amp;nbsp;szybko, zakładając sweter i buty. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sid był bardzo dobrze zorganizowany. Spał w ubraniu, aby w razie potrzeby szybko&amp;nbsp; opuścić&amp;nbsp;łóżko i być&amp;nbsp;gotowym do akcji. W ten sposób przygotowanie do wyjścia zabierało mu dużo mniej czasu i mógł uciec przed trudną rozmową z&amp;nbsp;Ciotką&amp;nbsp;Mroczka, która nie dość, że była właścicielką&amp;nbsp;mieszkania, to jeszcze z&amp;nbsp;zawodu prokuratorem. Na pewno nie zadwoliłaby się&amp;nbsp;odpowiedziami, których mógł&amp;nbsp;udzielić&amp;nbsp;Sid, a on z&amp;nbsp;kolei nie mógł jej zadowolić&amp;nbsp;w żaden inny sposób. Niech się&amp;nbsp;tym zajmie Jodła, pomyślał i wyszedł, nie gasząc nawet papierosa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dworze było zimno, więc wrócił po płaszcz. Widział, jak Ciotka Mroczka otwiera drzwi do pokoju Jodły. W ekspresowym tempie zabrał płaszcz i zniknął za drzwiami. Ufff, pomyślał, w ostatniej chwili. Spaliłem co prawda energię na pół dnia, ale uratowałem jego sens. A Jodła sobie poradzi. Nie z&amp;nbsp;takimi kłopotami sobie radził. Zapalił kolejnego papierosa i poszedł na przystanek przy Rynku Wildeckim. Ciekawe, czy będzie dziś&amp;nbsp;Sztuk? – zadał w myślach pytanie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bycie Sztuka było bardzo ważne dla obrotu spraw. Kiedy Sztuk był, to wszystko było. Kiedy Sztuka nie było, to trzeba było brać&amp;nbsp;co jest. &lt;br /&gt;CDN.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-2375774126870175802?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/2375774126870175802/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/12/sniadanie-mistrza-cepellina.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2375774126870175802'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2375774126870175802'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/12/sniadanie-mistrza-cepellina.html' title='2. Śniadanie Mistrza Cepellina'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/Sx7PxeUU16I/AAAAAAAAAFQ/XmLG5TtFkFg/s72-c/marlborocopy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-5599784381248992269</id><published>2009-11-22T18:39:00.003+01:00</published><updated>2011-01-14T16:00:26.873+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powieść'/><title type='text'>1. Świetlica Ludowa Buena Viśta</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/Swl30AIdbII/AAAAAAAAAE8/gzrCtq1GjBE/s1600/blena.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/Swl30AIdbII/AAAAAAAAAE8/gzrCtq1GjBE/s320/blena.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Każdy lubi się zabawić, a mieszkańcy Kosiny szczególnie. Mano wprowadzając się pod szóstkę, widział ludzi tańczących na ulicy oraz orkiestrę dętą. To był co prawda dzień, kiedy widział także słonie sprawdzające bilety w autobusie oraz pędzący na sygnale tort czekoladowy, ale fakt pozostaje faktem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zabawa zabawą, a wprowadzenie się pod szóstkę nie było rzeczą łatwą. Właściciel mieszkania nie był bowiem człowiekiem łatwym. Nie chciał wydać Mano kluczy, twierdząc, że zostały w środku. Jak to w środku? – zapytał Mano. Tak to – powiedział właściciel i poszedł łapać skaczące wszędzie marcepanowe miągwy wykonane przez spółdzielnię spożywców Solidarność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mano stał przed drzwiami z workiem żeglarskim zawierającym garderobę oraz komputerem, bynajmniej nie laptopem w drugiej. Na szczęscie wszystko było lekkie, bo Mano miał tego dnia ponad dwa metry wzrostu oraz muskuły Arnolda. Tak się szczęśliwie złożyło, choć Mano powiedziałby, że wszystko przewidział i dlatego się dobrze przygotował.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mógłby tak stać jeszcze długo, bo siły miał, ale bał się, że spadnie na niego dach. On by nawet wytrzymał, ale bał się o komputer. Drzwi były zamknięte, a klucze były w środku. Sytuacja wydawała się conajmniej trudna. Mówiąc wprost, Mano nie wiedział co zrobić. Od czego jednak rodzina!? Starsza wersja Mano o imieniu Nano miała zamieszkać razem z nim na Kosińskiego. Umówili się jednak, że przyjedzie dopiero po weekendzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cześć – powiedział Nano, otwierając drzwi, za którymi, ku jego zdziwieniu stał Mano trzymający w jednym ręku worek z rzeczami a w drugiej komputer bynajmniej nie laptop. Czemu tu stoisz i czemu masz dwa metry? – bystro zapytał Nano Mano. Nie mam kluczy i urosłem – z właściwym sobie ironicznym uśmiechem odpowiedział dwumetrowy Mano. Aha – skinął głową Nano, który nagle wszystko zrozumiał. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mogę? – zapytał retorycznie Mano odpychając brata nieco na bok, żeby wejść do środka. Od chuja tu marcepanowych miągw, co nie – stwierdził Nano rozglądając się ciekawsko po korytarzu – z głodu człowiek nie umrze. A gdzie baniak – zawołał z kuchni Mano. Sztuk przyniesie – odwołał Nano – nie dałem rady wszystkiego zabrać – próbując jednocześnie złapać jedną z czekoladowych miągw. Chuja przyniesie – podsumował smutno Nano i zwalił się na sofę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sztuk był zażywnym młodzieńcem o poważnej twarzy człowieka znającego świat. Doskonale się ubierał, bo miał dobry gust. Jednocześnie był albinosem, więc nosił okulary w czarnych designerskich oprawkach. Nie lubił dużo gadać, ale cała jego postać wszystko mówiła za siebie. Nawet imię miał wiele mówiące, gdyż rodzice zakochani w sztuce, nadali synu imię po niej. A że przy okazji nazwisko miał równie charakterystyczne, to wszyscy od razu go znali i lubili, czego natomiast nie można powiedzieć o vice versie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziwnym bowiem trafem Sztuk nazywał się Puk, co wszystkich bawiło, ale jego nie. Smutny zatem chodził, ożywiając się tylko w momencie, gdy pojawiała się szansa na wino, wódkę, zioło, kwasa, laskę albo zaliczenie bez pytania. Był więc Sztuk doskonałym kompanem dla wszystkich, bo mało mówił, a zawsze był jak trzeba było. I co najważniejsze wiedział, gdzie i kiedy trzeba być.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiaj miał przy sobie dziwnym trafem baniak wina. Dał mu go Nano, który nie miał rąk. Nie to, żeby jakoś dużo niósł, po prostu akurat dziś nie miał rąk, a musiał się przeprowadzić na Kosinę. To znaczy nie musiał dzisiaj, bo mógł to zrobić po weekendzie, ale wszystko mu się pojebało i poczuł ciśnienie, że nie ma czasu. Sztuk, dziwnym trafem pojawił się pod jego domem na Sołaczu, właśnie wtedy, gdy Nano stracił ręce. W samą porę, żeby złapać baniak przedniego wina własnej roboty z pożeczek i agrestu prima sort.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powiedział, że odniesie go pod wskazany adres niezwłocznie jak tylko odbierze wpis od magistra Jumacza, który ponoć był dziś w dobrym humorze. Nano, chcąc nie chcąc przyjął to za dobrą monetę i pojechał na Kosińskiego zakwaterować się w nowym lokalu, gdzie zastał go potem Mano, który o niczym nic nie wiedział, a Sztukowi nie wierzył, że przyjdzie i przyniesie baniak z winem prima sort. Z agrestu i pożeczek. Ech.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale niespodzianka. Do drzwi ktoś puka. Kto tam? – woła Nano, który właśnie zajadał złapaną miągwę marcepanową. Sztuk Puk! – przedstawił się Sztuk Puk. Żartowniś się znalazł – wściekł się Nano pełną gębą – jak się nie przedstawisz, to cię nie wpuszczę! Nie pierdol, wino przyniosłem – odpowiedział nie na żarty zdenerwowany Sztuk Puk, który nie lubił  jak się nabijają z jego nazwiska, imienia oraz czci. Gdyby nie to, że był bardzo wzburzony już wcześniej, to by się uniósł. A tak wykrzyczał tylko na cały głos – Kurwa, co się w tym mieście dzieje! O mało mnie przed chwilą nie przejechał jakiś świr w Torcie Czekoladowym na Sygnale! Tak właśnie powstała Świetlica Ludowa Buena Viśta, choć żaden ze zgromadzonych jeszcze tego nie przeczuwał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CDN&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-5599784381248992269?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/5599784381248992269/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/11/swietlica-ludowa-buena-vista-kazdy-lubi.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/5599784381248992269'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/5599784381248992269'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/11/swietlica-ludowa-buena-vista-kazdy-lubi.html' title='1. Świetlica Ludowa Buena Viśta'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/Swl30AIdbII/AAAAAAAAAE8/gzrCtq1GjBE/s72-c/blena.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-3240252604144466926</id><published>2009-11-15T16:22:00.003+01:00</published><updated>2010-11-23T14:43:22.399+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Eseje'/><title type='text'>Z ludźmi wszystko można, tylko trzeba widelcem</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/SwAdEUPYk_I/AAAAAAAAAEs/IYZRcFsNHo8/s1600-h/on.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/SwAdEUPYk_I/AAAAAAAAAEs/IYZRcFsNHo8/s320/on.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Szulkin, Szulkin, Szulkin. Dawno niewidziany Szulkin. Wojna światów w kinie Muza. Nie jest to dziś przyjemne oglądanie. Film po latach smakuje jeszcze gorzej. Wszystko jakby jest profetycznym streszczeniem ostatnich trzydziestu lat. W sumie jedynych trzydziestu lat, jakie miałem okazję&amp;nbsp;widzieć&amp;nbsp;na własne oczy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie ma co się&amp;nbsp;specjalnie rozwodzić&amp;nbsp;nad przenikliwością. Bo żadna to wielka sztuka. Panowie Wellesowie, którym film jest dedykowany, to samo jakby razem i osobno powiedzieli dużo wcześniej. Mało optymistyczna wizja ludzkości. Jakiś&amp;nbsp;Orwell, może Huxley. Dobra reżyseria. Czy to jest science fiction? Fiction może tak. Science to ja w tym nie widzę. Chyba że social science.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najciekawsza jest w tym filmie brama, która otwiera się&amp;nbsp;na końcu. Jak nawias. Wiemy już, że wszystko względne. Gdzie prawda, gdzie fikcja nie wie nikt. Czy da się&amp;nbsp;dzisiaj wierzyć&amp;nbsp;w prawdę, w Boga, czy da się&amp;nbsp;wierzyć&amp;nbsp;w człowieka? Wiemy o sobie bardzo dużo, umiemy manipulować&amp;nbsp;na nieznaną&amp;nbsp;dotąd skalę. I co? Jajco.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Manipulanci manipulują&amp;nbsp;manipulowanymi, ale sami przez nich też&amp;nbsp;są&amp;nbsp;manipulowani. Bóg umarł. Prawda umarła. Idea umarła. Człowiek ledwo zipie. Vonnegut mówił, że ludzkość&amp;nbsp;dawno minęła punkt, w którym mogła zawrócić. Jest w tym chyba sporo prawdy. Jakiej prawdy? Szaleństwo, przecież&amp;nbsp;prawdy nie ma. Po co zatem w ogóle mówić, działać, wierzyć, skoro wszystko jest względne?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skąd ten brak wiary w sens? Doświadczenie upadającego systemu zrobiło swoje. Gdy zobaczyło się na własne oczy degrengoladę socjalizmu i zarazem doświadczyło się uroków raczkującego kapitalizmu, to trudno patrzeć&amp;nbsp;na świat przez różowe okulary. Czy istnieje inna droga? Nie słyszałem, nie widziałem. Szukali, szukali, nie znaleźli. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kryzys cywilizacji zachodniej jest faktem. Jeszcze budujemy wieżowce, jeszcze atakujemy Irak i Afganistan. Jeszcze rządzimy światem. Ale już&amp;nbsp;Hannibal ante portas. Patrząc na mapę&amp;nbsp;konfliktów widać&amp;nbsp;wyraźnie, że niemal całe pogranicze stanęło w ogniu. Przełom wieków to nieustające konflikty w Iraku, Iranie, Afganistanie, Pakistanie, Indiach, Czadzie, Algierii, na Kaukazie. Jeśli dołożyć&amp;nbsp;do tego rosnące potęgi Chin i Indii oraz szalony reżim w Korei Północnej, otrzymujemy  całkiem długi front.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy ten konflikt jest potrzebny? Z&amp;nbsp;punktu widzenia sytych nie. Po co nam konflikt, skoro jest nam dobrze? Z&amp;nbsp;punktu widzenia głodnych tak. Po co nam pokój, skoro jest nam niedobrze. Chiny są&amp;nbsp;już&amp;nbsp;dzisiaj krajem dzięsięć razy większym od Rosji pod względem ludności. Rosja zajmuje nadal kilka razy większy obszar niż&amp;nbsp;Chiny. Status quo nie potrwa długo. Nadejdzie czas wyrównania rachunków. Rosja to marchia wschodnia Imperium Zachodniego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stany Zjednoczone bankrutują. Ma je uratować&amp;nbsp;Człowiek Pomost. Pochodzący z&amp;nbsp;Afryki, Azji i Ameryki zarazem. Na razie ma kłopot, żeby przekonać zgnuśniałych rodaków do reformy służby zdrowia. Pomosty mają&amp;nbsp;to do siebie, że jak woda się&amp;nbsp;podnosi, to się&amp;nbsp;od lądu odrywają. I ląd nic na to nie może poradzić. Pomost jest za bardzo do przodu, ląd jest zbyt nieruchomy. Woda przybiera zbyt szybko. Szczególnie w mózgu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co to ma do Szulkina? Niby nic. Oglądamy dziś&amp;nbsp;telewizję żywcem wziętą z&amp;nbsp;jego filmu. Każdy rzuci nazwiska Ironów Idemów przekonujących nas na przemian, że jest zajebiście albo, że nie jest zajebiście. To nic nadzwyczajnego. Środki przekazu kreują rzeczywistość. Wielcy demiurgowie społeczeństwa obywatelskiego decydują, czy idziemy w prawo czy idziemy w lewo. Sami nie mają&amp;nbsp;pojęcia, gdzie chcą dojść, ale mówią, bo tylko to potrafią. Dzięki temu rosną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weźmy takich polityków. Prezydent, który wprowadził nas do Unii Europejskiej? Kilka lat wcześniej minister komunistycznego rządu. Premier, który nas wprowadził do Unii Europejskiej? Kilka lat wcześniej sekretarz partii komunistycznej. W sumie bzdety. Nie pierwsi, nie ostatni karierowicze. I tak czasami lepsi od Rycerzy Niepokalanej żywcem wyciętych z&amp;nbsp;dziewiętnastowiecznych bohomazów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A legendy opozycji? Niepokorni i dzielni bojownicy o wolność&amp;nbsp;i demokrację? Dziś rozpaczliwie szukają&amp;nbsp;nowego sensu lub umarli z&amp;nbsp;poczuciem niedobrze spełnionego obowiązku. Zostali oszukani? Oszukali? Na plecach robotników zdobyli władzę? E tam. Przecież&amp;nbsp;robotnicy musieli komuś&amp;nbsp;dać&amp;nbsp;władzę. Wybór nie był duży.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Masa oddaje elicie decyzję. Elita decyduje. Decyduje tak długo, jak ludzie wierzą w jej decyzje. Przestaje wierzyć, bierze następną&amp;nbsp;elitę. Jak długo udaje się&amp;nbsp;sterować tym mechanizmem, tak długo panuje równowaga. Czy ludzie en masse są&amp;nbsp;w stanie zrozumieć&amp;nbsp;o co w tym chodzi? A czy ja jeden człowiek kierunkowo wykształcony i sam współtworzący ten cały matrkis dezinformacyjny, rozumiem? Byłbym głupkiem, gdybym twierdził, że tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Codziennie tak samo jak inni, jestem zaskakiwany przez ludzi równie nieświadomych co oddanych Porządkowi. Porządek jest po to, żebyśmy się&amp;nbsp;nie pozabijali. Raz jest taki Porządek, raz jest Inny Porządek. Jedni ludzie oddają&amp;nbsp;się im bez różnicy, inni stawiają&amp;nbsp;na jeden albo na drugi. Wybór jest niewielki. O wszystkim decyduje strach. Strach o życie. O najbliższych. Przed bólem. Przed głodem. Przed nędzą. Przed śmiercią. Przed wrogiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokąd zmierza świat? Czy to już koniec? Czy będzie renesans czy upadek? Głupie pytania, śmiałe odpowiedzi. Brawurowe hipotezy i nieuzasadnione wnioski. Jazda figurowa na ludzie pracującym miast i wsi. Szaleństwo! Czytajcie Nowe Warzywo. Może nic nie zrozumiecie, ale na pewno nie przegapicie Końca Świata. Oklaski!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-3240252604144466926?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/3240252604144466926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/11/z-ludzmi-wszystko-mozna-tylko-trzeba_15.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/3240252604144466926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/3240252604144466926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/11/z-ludzmi-wszystko-mozna-tylko-trzeba_15.html' title='Z ludźmi wszystko można, tylko trzeba widelcem'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/SwAdEUPYk_I/AAAAAAAAAEs/IYZRcFsNHo8/s72-c/on.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-4553736420498243273</id><published>2009-07-03T13:50:00.001+02:00</published><updated>2011-01-14T16:03:08.077+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Opowiadania'/><title type='text'>Drzewo</title><content type='html'>Gustaff nagle doznał olśnienia. Olśnienia, o jakie nietrudno w pełnym słońcu Beskidu Niskiego. Na kacu, którego nie ma. Na tarasie schroniska, gdzie o zimne piwo łatwiej niż o ciepłą wodę. W godzinach jeszcze rannych, a już jakby południowych. W towarzystwie doborowym. Olśnienia, które ustawia dzień. Buduje więź. Cementuje przyjaźń. Olśnienia, które każe się ruszyć i iść przed siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do tego drzewa. Powiedział na głos. Którego? Zapytał najbardziej rzeczowy z zuchów siedzących obok niego. Tego. Wskazał Gustaff ogromne drzewo na wzniesieniu, które górowało hen na horyzoncie. Dobra. Podchwycił najbardziej ochoczy z zuchów. A trafimy? Zatroskał się najbardziej rzeczowy z zuchów. Nie ma takiego miejsca, do którego byśmy nie trafili. Zapewnił go najbardziej optymistyczny z zuchów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedzieli we czwórkę na tarasie. Lubili się i znali. Nie jednak aż tak, żeby razem iść do jakiegoś drzewa. Gustaff wśród nich nie wyróżniał się niczym szczególnym. Miał tylko jedną cechę, która uzasadniała jego obecność w tym miejscu wśród tych zuchów. Jego obecność sprawiała bowiem, że stanowili grupę. Gustaff był bowiem kimś w rodzaju tłumacza. Rozumiał każdego z osobna i wiedział, że gdyby nie on, nie wytrzymaliby ze sobą zbyt długo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej rzeczowy z zuchów. Automatykiewicz. Umysł analityczny. Tak analityczny, że rozpinając rozporek, już wiedział, czym będzie sikał. W przyszłości miał zamiar stworzyć sztuczny umysł. Reszta zuchów uważała, że umysł Automatykiewicza jest wystarczająco sztuczny i nie trzeba nic nowego tworzyć. Wykorzystywali jego umiejętność analizy, wiedząc, że odwala za nich kawał dobrej roboty. Bez niego traciliby dużo więcej czasu, żeby zrozumieć wykłady Profesora Zucha i Docenta Karbidera. Zaliczanie kolejnych lat studiów byłoby nieznośnie trudne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej ochoczy z zuchów. Noiseferatu. Dusza artysty. Nigdy niczego nie wiedział. Zawsze wszystko czuł. Był świetnym improwizatorem. Słynnym z nieśmiałości liderem zespołu rockowego. Najczęściej występował plecami do publiczności. Z nieśmiałości właśnie. Grał noise. Czyli hałas. Był prekursorem. Poza znanym sobie świetnie światem popkultury, nie imponował zainteresowaniem w temacie fantasmagorii. Reszta zuchów czasem była zakłopotana jego spontaniczną abnegacją i radosną ignorancją. Cenili go natomiast za cenną nieumiejętność znalezienia się w każdej sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej optymistyczny z zuchów. Rzeźnik. Praktyk. Praktycznie wszystko był w stanie załatwić. Nie poddawał się nigdy. Nigdy się nie cofał. Zawsze szedł do przodu. Nigdy nie oblał egzaminu, choć nigdy nic nie umiał. W młodości był punkiem. W przyszłości miał być biznesmenem. Właścicielem połowy świata. Przynajmniej. Reszta zuchów go podziwiała. Nikt nie miał pojęcia, skąd brał się jego zaraźliwy optymizm. Rzeźnik był ich idolem, choć niekonieniecznie chcieli być tacy jak on.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gustaff był najmniej barwną postacią. Właściwie sam nie rozumiał, co robi w tak doborowym towarzystwie. Starał się im nie przeszkadzać. Starał się łagodzić ewentualne konflikty. Starał się wymyślać działania, które pomogały im współpracować ze sobą. Robił to bez jakiegoś sprecyzowanego celu. Robił to, bo nie miał nic innego do roboty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Beskidzie Niskim pojawili się nie z własnej woli. Przywódca roku zarządziła integrację. Jak integracja, to wyjazd integracyjny. Jak wyjazd integracyjny, to najlepiej do ośrodka uniwersytetu. Na drugi koniec Polski. Zaraz obok góry Jana Góry.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wszyscy przyjechali. Niektórzy, jak Czarnuch czy Gruby już z nimi nie studiowali. Opuścili Instytut Fantasmagorii w niesławie. Po angielsku. Nagle po prostu sobie zniknęli. Bez bankietu pożegnalnego nawet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie było już także z nimi Sida Zeppelina, który przeniósł się na medycynę ze względów zdrowotnych. Jego serce nie wytrzymywało zajęć z wychowania fizycznego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie było jeszcze paru osób, ale o nich w tym miejscu pisać nawet nie wypada. Koniec końców, zuchów było czterech. Siedzieli na tarasie i pili poranne piwo. Przyjechali wczoraj na miejsce i od razu poczuli się bardzo dobrze. Dziś czuli się jeszcze lepiej. Byli wyjątkowo dzielni. Wstali i poszli do drzewa. Reszta kolegów i koleżanek z roku mało ich w tej chwili obchodziła. Mieli cel.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Celem było drzewo. Wielkie drzewo. Wyruszyli natychmiast, nie gadając wiele. Nie mieli mapy, nie znali drogi. Energia ich rozpierała, tak jak tylko może rozpierać energia w wieku dwudziestu lat. Świat stał przed nimi otworem. Drzewo na nich czekało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szli trochę lasem, trochę polem. Popijali piwko. Zagadnieniem, które ich wtedy nurtowało był sens życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja to nie będę zadowolony, jeśli nie opanuję tego chaosu. Nerwowo majaczył Automatykiewicz, który upijał się najszybciej. Przecież ludzka inteligencja musi mieć jakiś sens. Gdzieś jest równanie, które to opisuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. Zanucił beztrosko Rzeźnik, który nie dywagował tylko działał. Jak znajdziesz to równanie, to daj znać. Już ja będę wiedział, jak to dobrze sprzedać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałbym tu zamieszkać. Rozmarzył się Gustaff. On był z nich wszystkich największym marzycielem. Jako jedyny nie miał specjalnych celów do osiągania. Tak sobie żył. Lubił ładne miejsca, gdzie dużo zieleni i mało ludzi. Lubił inteligentne rozmowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe, po ile tutaj są działki? Przerwał Gustaffowi marzenia Rzeźnik. Nie mógł nie zadać tego pytania, choć wiedział, że koledzy mają marne pojęcie o nieruchomościach. Sam sobie zatem odpowiedział w myślach. Oni o tym doskonale wiedzieli, że on wie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I co, ile? Zapytał Noisferatu, który lubił zadawać pytania tylko po to, żeby wkurzyć rozmówcę. Bo ja bym też sobie tutaj zamieszkał. Rodzice chcą mi kupić mieszkanie w Poznaniu, to może im powiem, żeby zamiast tego, domek w Beskidzie kupili. A co będziesz tutaj robił? Zapytał praktycznie Automatykiewicz. A co będę robił w Poznaniu? Odpowiedział równie praktycznie Noisferatu. Wszyscy się roześmiali, bo wiedzieli, że Noisferatu równie dobrze może mieszkać wszędzie, bo nigdzie nie ma do roboty nic poza tym, co on nazywał muzyką, a czego inni jakoś nie chcieli słuchać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewna niepraktyczność w podejściu do życia łączyła Gustaffa i Noisferatu. Nie bardzo umieli myśleć w kategoriach materialnych. Wymykała im się ta sfera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja bym chciał mieć wydawnictwo. Powiedział odważnie Gustaff. Jak Stasiuk. Jak kto? Zapytał praktycznie Automatykiewicz, który niestety nie miał pojęcia o historii, literaturze, socjologii, ekonomii i innych pseudonaukach humanistycznych, ale bardzo chciał zrozumieć po co one są. Często pytał Gustaffa po co jest polityka. Najczęściej przed wyborami, bo wtedy czuł się w obowiązku zagłosować, ale kompletnie nie wiedział jak i po co. Gustaff próbował mu co nieco wytłumaczyć. Co to socjalizm, co to demokracja, co to liberalizm...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale skąd to się wszystko wzięło? Pytał Automatykiewicz. Jakie to ma uzasadnienie? Nie ma żadnego, ludzie się umówili. Odpowiadał Gustaff. Nie rozumiem. Odpowiadał niezmiennie Automatykiewicz i kiwał bezradnie głową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobnie z literaturą. Gustaff dał mu kiedyś do przeczytania „Grę w klasy“. Automatykiewicz sumiennie zabrał się do czytania. Tak jak się zabierał do Arystotelesa, Fichtego i Kanta. Czytał i czytał. Czytał i czytał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż nagle wszystkich domowników Fabrycznej obudził z letargu krzyk. Gustaff akurat robił zupę. Zupa mu się rozlała. Kurwa, powiedział Gustaff. Automatykiewicz nerwowo biegał po mieszkaniu z otwartą książką. Nie rozumiem, krzyczał. Nie rozumiem! Czego nie rozumiesz, próbowała się dowiedzieć Dolores. Czego nie rozumiesz? Ale Automatykiewicz tylko biegał i krzyczał. Jak szalony. Nie rozumiem! Nie rozumiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stary, opanuj się. Powiedział wkurwiony rozlaną zupą Gustaff.  Co się dzieje? Co znaczy „klęsło“!? Co znaczy „klęsło“!? Nie ma takiego słowa jak „klęsło“! Jak on mógł napisać „klęsło“. Krzyczał wzburzony Automatykiewicz. On był Argentyńczykiem, słabo znał polski. Odpowiedział z wyżyn swojej erudycji Gustaff. Nie wiedział, że nie ma słowa „klęsło“. A jak akurat coś tam mu klęsło, to co miał napisać. Tak nie można! To się kupy nie trzyma! To nie ma sensu! Rzucił książką Automatykiewicz i wrócił do konstruowania modelu sztucznej inteligencji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto to jest Stasiuk? Ponowił pytanie Automatykiewicz, przerywając Gustaffowi falę wspomnień. Gustaff bał się tego pytania. Nie chciał o tym mówić. Nie chciał rozmawiać z Automatykiewiczem o literaturze. Nie zrozumiesz. Odpowiedział zatem, myśląc, że kolega da spokój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czego nie zrozumiem? Dopytywał Automatykiewicz, który zawsze wszystko musiał rozumieć od początku aż do końca. Literatury nie zrozumiesz. Odpowiedział spokojnie Gustaff. A dlaczego ja niby nie rozumiem literatury? Zapytał z lekką nutą autoironi Automatykiewicz. Nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania. Odpowiedział równie autoironicznie Gustaff.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stasiuk jest spoko. Podsumował lapidarnie Noisferatu. Noisferatu był znany z lapidarnych wypowiedzi. Złośliwi twierdzili, że nie ma nic sensownego do powiedzenia. Żaden z towarzyszących mu kolegów nie należał do złośliwych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem Rzeźnik, który nie brał udziału w literackiej dyskusji, postanowił sprowadzić rozmowę na wygodniejsze tory. Rzeźnik uważał, że o pewnych sprawach warto rozmawiać, a o innych nie warto. Literatura, sztuka i inne humanistyczne dyrdymały należały do tematów mniej wartościowych. Jedzenie, pieniądze i zabawa były zdecydowanie bardziej wartościowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od początku spaceru dojrzewała w nim pewna myśl. Dojrzewała, dojrzewała i dojrzewała. Gdzieś na skraju kolejnego mijanego lasku dojrzała. Trzeba coś zjeść. Powiedział stanowczo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koledzy rozejrzeli się dookoła. W promieniu wielu metrów nie było niczego, co można było zjeść. Promień wielu metrów rozciągał się szeroką perspektywą. Widok był piękny, ale niejadalny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie ma nic do jedzenia. Oznajmił lapidarnie Noisferatu. Dla niego nie było to wielkim problemem. Jadł jak było coś do jedzenia i nie jadł jak nie było nic do jedzenia. Gustaff podobnież. Natomiast Automatykiewicz uświadomił sobie, jaki jest cholernie głodny. Jak prawdziwa maszyna, nie mógł działać bez dostaw energii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Automatykiewicz z Rzeźnikiem utworzyli frakcję głodnych i zdeterminowanych. Drzewo przestało się chwilowo dla nich liczyć. Gustaff i Noisferatu nie umieli ich przekonać. Jedyne, co mogli, to zaproponwać honorowe wyjście.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widzicie tę niebieską taflę między górami? Gustaff wskazał palcem przed siebie. No. Odpowiedzieli krótko koledzy. Tam jest wielkie sztuczne jezioro. Tłumaczył Gustaff. Jak znam sztuczne jeziora, to nad nimi zazwyczaj są rozlokowane ośrodki wypoczynkowe i miejscowości letniskowe. Tam znajdziemy coś do jedzenia. Musicie jednak wiedzieć, że w ten sposób oddalimy się od drzewa. Być może będziemy musieli w ogóle zrezygnować z dotarcia do niego dzisiaj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tych słowach zawisła w powietrzu groza. Groza sytuacji. Niedotarcie do drzewa równało się poniesieniu porażki. Żaden z zuchów nie nawykł do ponoszenia porażek. Byli przecież doborowym towarzystwem najświatlejszych przedstawicieli swojego pokolenia. Mieli stworzyć zespół, który będzie niepokonany. Dotarcie do drzewa było kwestią honoru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drzewo nie zając. Przytomnie zauważył Rzeźnik. Dojdziemy do niego po obiedzie. Albo jutro. Ale dojdziemy. O właśnie! Radośnie podchwycił Automatykiewicz, który zawsze uważał, że w życiu trzeba być konsekwentnym, ale i elastycznym. Gustaff uległ optymizmowi Rzeźnika. Zawsze mu ulegał. Noisferatu uznał, że mu wszystko obojętne, bo nigdy nie był zwolennikiem realizowania celów za wszelką cenę. Poszli coś zjeść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do jeziora dotarli zaskakująco szybko. Górki i pagórki Beskidu Niskiego nie są żadną przeszkodą dla zdeterminowanych zuchów. Rzeźnik, kiedy jest głodny lub spragniony albo czuje, że można dokonać świetnego interesu lub wziąć udział w spektakularnej imprezie, porusza się zdecydowanie i szybko. Jak uskrzydlony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzeźnik nadawał tempo. Gdyby od początku szli tak szybko, już dawno byliby przy drzewie. Ale wypadki potoczyły się inaczej. Drzewo było teraz dalej niż bliżej. Jezioro za to ukazało się w pełnej krasie po niecałej godzinie sprawnego marszu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, nad jeziorem brakowało sezonu. Bez sezonu natomiast nie można było liczyć na jakiekolwiek jedzenie. Wszystkie knajpy, ośrodki i budy były szczelnie zamknięte. Poziom wody w jeziorze był niebezpiecznie wysoki. W każdej chwili mogło dojść do przelania sztucznego zbiornika. Sytuacja nie była wesoła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wygląda to kwitnąco. Powiedział Gustaff. Wszystko bowiem wyglądało na opuszczone i niepotrzebne. Wokół jeziora biegła szosa, po której praktycznie nic nie jeździło. Wzdłuż niej stały domy, przy których się nikt nie krzątał. Gdzieniegdzie majaczyły szyldy sklepów. W większości nieczynnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po krótkiej naradzie postanowili ruszyć w stronę Nowego Sącza, który był nieopodal. Noisferatu znał tam lokal ze świetnymi pierogami. Gustaff też miał stamtąd miłe wspomnienia. Automatykiewicz z rozżewnieniem opowiadał o gnieździe rodzinnym rodziny Autoamtykiewiczów gdzieś w pobliskim Beskidzie Wyspowym położonym. Trochę dzięki temu zapomniał o dręczącym go głodzie i niekończącym się do drzewa pochodzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzeźnik tymczasem gdzieś zniknął między domami. Nie było go i nie było. Reszta zuchów zaczęła się niepokoić. Gdy mieli wyruszyć na poszukiwania Rzeźnika, ten pojawił się deus ex machina z obliczem rozświetlonym najpiękniejszym uśmiechem, jaki jego koledzy kiedykolwiek widzieli. Taki uśmiech u Rzeźnika oznaczał jedno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko załatwione. Powiedział szczęśliwy Rzeźnik, choć tak naprawdę nie musiał nic mówić, bo wszyscy wiedzieli. Znalazłem przystanek PKS, a przy przystanku sklep.&lt;br /&gt;W sklepie są batony. Autobus mamy za dwadzieścia minut. Chodźcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszli. Kupili batony „No name“. Zjedli i pojechali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Nowym Sączu nie tylko odnaleźli knajpę z pysznymi pierogami, ale także zakupili wódkę markową w znacznej ilości, a wcześniej napili się piwa na zaś. Bez problemu znaleźli także autobus, który zawiózł ich do wsi w pobliżu schroniska. Od przystanku mieli już tylko kilka kilometrów piechotą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piękny duch wstąpił w czterech zuchów. Pełni szczęścia i pierogów jechali autobusem przez góry. Kiedy wysiedli we wsi, byli już w stanie euforii. Euforia niosła ich na nogach do schroniska. Noisferatu z radości zrobił kupę w liściach łopianu. Radość. Radość. Radość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pili wódkę z butelki. Popijali colą. Było im ciepło i dobrze. Na miejscu czekała na nich impreza. Wszyscy się bawili i układali sobie życie. Zuchy miały już wszystko poukładane. Na życzenie zaniepokojonych kolegów i koleżanek naopowiadali heroicznych historii o drzewie i jego strażnikach. Nikomu nie powiedzieli, że nie doszli do drzewa. Woleli to zachować dla siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nazajutrz siedzieli na tarasie. Nie mieli kaca. Czuli się dobrze. W tym miejscu kac nie występował. Patrzyli przed siebie. Na horyzoncie majaczyło drzewo. Dzisiaj nigdzie nie idziemy. Powiedzał Gustaff. Drzewo poczeka. Z niezmąconym spokojem dodał Rzeźnik, rozdając kolegom zimne piwa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-4553736420498243273?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/4553736420498243273/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/07/drzewo.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4553736420498243273'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4553736420498243273'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/07/drzewo.html' title='Drzewo'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1570206673305460120</id><published>2009-06-28T12:30:00.000+02:00</published><updated>2011-01-14T16:05:58.587+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Co mnie obchodzi śmierć Michaela Jacksona?</title><content type='html'>Nic.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1570206673305460120?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1570206673305460120/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/06/co-mnie-obchodzi-smiercmichaela.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1570206673305460120'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1570206673305460120'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/06/co-mnie-obchodzi-smiercmichaela.html' title='Co mnie obchodzi śmierć Michaela Jacksona?'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-3311389521081099337</id><published>2009-06-24T11:49:00.000+02:00</published><updated>2011-01-14T16:05:58.587+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Marihuana Dream</title><content type='html'>Do Polski wszystko dociera z opóźnieniem. Cywilizacja dociera z opóźnieniem. Chrześcijaństwo z opóźnieniem. Pociągi z opóźnieniem. Samoloty z opóźnieniem. Unia Europejska z opóźnieniem. Nie dość jednak, że z opóźnieniem, to jeszcze ze Zgniłego Zachodu dociera to wszystko. Zgniły Zachód nam to podrzuca, żeby zdegenerować nasz prasłowiański ród i przejąć nad nim władzę. Tak, tak, nie ma się z czego śmiać, wystarczy uważnie śledzić wiadomości. Tak jak radził Dostojewski, który z tego śledzenia niejedno arcydzieło wykonał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnio Zgniły Zachód zmontował całkiem sprytną intrygę, aby odzyskać władzę nad prapolskim Sczecinem. W tym celu przyjął nas do Unii Europejskiej i kazał organizować wybory do Parlamentu w Strasburgu. W wyborach wygrał między innym Poseł Nitras ze Szczecina. Jako europoseł nie może już być zwykłym posłem. Na jego miejsce w sejmie wejdzie zatem kandydat z największą ilością głosów z tej samej listy partyjnej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A z tej listy ośmiu posłów już weszło do sejmu, więc powinien wejść dziewiąty. Dziewiąty jest Cezary Atamańczuk. Prawdziwy Kozak. Nazwisko kozackie. Pochodzenie, jak wielu Szczecinian, pewnie też kozackie. Charakter kozacki ze wszech miar. Ale najbardziej kozacka jego dusza. Gdydby Sienkiewicz pisał dziś „Ogniem i mieczem“, to by z niego zrobił jakiegoś Krzywonosa albo innego Tatarczuka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kozacka dusza charakteryzuje się porywczością. Pozwala szybko przejechać step i w razie potrzeby rozszarpać przeciwnika. Ale skłania również do hulaszczego trybu życia. W przypadku Atamańczuka obie skłonności dały znać o sobie. Najpierw galopem zrobił karierę w partii i samorządzie. Został radnym powiatowym i członkiem zarządu powiatu. Potem kandydatem na posła. Nie oparł się jednak pokusom życia. Uległ podszeptom kozackiej duszy. Sięgnął po narkotyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Narkotyki służą Zgniłemu Zachodowi do ogłupiania podbijanych nacji. W Polsce szczególnie służą do ogłupiania młodych polityków. Zachód przysyła narkotyki, uzależnia młodych, a potem wmawia, że tylko liberalizm im pozwoli na zakup kolejnych porcji. Tak, tak, to sprytny plan. Atamańczuk jest tylko ogniwem. Przez niego dotarli do Przewodniczącego Sejmiku Zachodniopomorskiego, a teraz dzięki eurowyborom, do Sejmu. Wszystko szło jak po maśle, gdyby nie czujność polskich służb.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Służby najpierw pobiły się z piłkarzami w Mielnie. Jeden z tych piłkarzy był radnym Sejmiku Zachodniopomorskiego, kolegą partyjnym Przewodniczącego i Atamańczuka. Drugi, jak się okazuje, ma zarzuty o sprowadzenie 10 kg marihuany. Kilka miesięcy później, niby przypadkiem służby zatrzymały dwóch wpływowych polityków, w tym Atamańczuka. Wydarzenia być może bez związku, ale łączy je jedno. Młodzi, otwarci na świat, politycy i sportowcy ze Szczecina i okolic sięgają po narkotyki. Choćby nawet po miękkie, ale zawsze narkotyki. To nie może być przypadek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Atamańczuk niby obiecał, że z mandatu posła zrezygnuje. Ale jak ktoś zna Kozaków, to wie, że jedno obiecują, a drugie robią. Taka porywcza natura.  Idzie więc Atamańczuk do sejmu z całym dobrodziejstwem swojego inwentarza. Będzie walczył o legalizację miękkich narkotyków. A może nawet o in vitro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To wstrząsnęło polską klasą polityczną i mediami. Oburzenie wyrazili wszyscy. Najgłośniej pan Napieralski z partii, było nie było, lewicowej, więc wyrozumiałej dla ludzkich słabości. Napadł na kolegę ze Szczecina i zwyzywał od narkomanów. W inteligenckiej, radiowej Trójce też podchwycono tę nomenklaturę. Redaktor Strzyczkowski z lubością odmieniał słowo „narkoman“ przez wszystkie przypadki. Dopiero Korespondent z USA musiał zadzwonić i powiedzieć, że chyba nie wypada nazywać narkomanem kogoś, kto miał przy sobie kilka gramów marihuany. Bo nie nazywa się przecież alkoholikiem każdego, kto ma przy sobie pół litra wódki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pan Korespondent długo już siedzi w USA i pewnie zapomniał, że do Polski wszystko dociera z opóźnieniem. Zapomniał też, że wiadomości trzeba czytać między wierszami. Przecież tu nie chodzi o takie drobnostki jak posiadanie narkotyków, jak jazda w stanie upalenia. Nie chodzi nawet o Powagę Wysokiej Izby. Ani o Wysokie Standardy partii rządzącej. Tu chodzi o zdobycie przyczółka. Przyczółka w walce z prasłowiańską polskością. Przyczółka na lewym brzegu Odry. O zdobycie prapolskiego Szczecina dla pangermańskiej marihuany. Otuamanione młode elity Szczecina rozprzestrzenią propagandę Zgniłego Zachodu na Całą Świętą Polską. Mają się uzależnić od marihuany i amfetaminy, a potem w zamian za kolejne dostawy narkotyków, podejmować decyzje uzgodnione wcześniej przez Erikę Steinbach, Agnes Trawny i redakcję Tageszeitung.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak więc, przewodniczący Napieralski, inni posłowie, a także Redaktor Strzyczkowski muszą stanąć w obronie. Muszą napiętnować i zniszczyć w zarodku narkotykowy spisek. Piątą kolumnę Zgniłego Zachodu. Polska się nigdy nie narkotyzowała i narkotyzować nie będzie. Polska jest przedmurzem pijaństwa i wódczanym spichlerzem Europy. Bo nie od dziś wiadomo, że jak ktoś miał Dziadka w Wehrmachcie, to w młodości będzie palił trawę, a na starość zostanie zgniłym liberałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Don’t bogart that joint my friend&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pass it over to me...&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-3311389521081099337?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/3311389521081099337/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/06/marihuana-dream.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/3311389521081099337'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/3311389521081099337'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/06/marihuana-dream.html' title='Marihuana Dream'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-9209763072141530294</id><published>2009-06-03T15:54:00.003+02:00</published><updated>2009-06-03T16:02:47.835+02:00</updated><title type='text'>Warzywo niedoczytania</title><content type='html'>Dobra wiadomość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Redakcja Warzywa podjęła współpracę z portalem &lt;a href="http://www.niedoczytania.pl"&gt;niedoczytania.pl&lt;/a&gt;. To jest portal literacki. Bardzo dobry portal literacki. Dostał nawet nagrodę Papierowy Ekran 2009.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasz redaktor Marcin Muth będzie tam publikował felietony w ramach cyklu Ogólna Teoria Warzywa. Co środę to będzie. Dziś pierwszy felieton pt. &lt;a href="http://niedoczytania.pl/?p=4190"&gt;Warzywogeneza&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pracach nad felietonami pomaga redaktorowi Muthowi sam Kalif Leguma Drugi, dyktując mu swoje legumistyczne objawienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślę, że bardziej zachęcać nie trzeba. Jakby co, link do &lt;a href="http://www.niedoczytania.pl"&gt;niedoczytania.pl&lt;/a&gt; znajdziecie zawsze w Warzywaniaku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiamy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Redakcja&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-9209763072141530294?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://niedoczytania.pl/?p=4190' title='Warzywo niedoczytania'/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/9209763072141530294/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/06/warzywo-niedoczytania.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/9209763072141530294'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/9209763072141530294'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/06/warzywo-niedoczytania.html' title='Warzywo niedoczytania'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-9074653741536867118</id><published>2009-05-24T19:01:00.004+02:00</published><updated>2011-01-14T16:06:28.225+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Wejherowski Matrix</title><content type='html'>Jak Masłowska napisała „Wojnę polsko-ruską“ to było wielkie halo. Wszystkie media pisały. Pisarze chwalili. Krytycy się zachwycali. Radość zapanowała, że ktoś tak ładnie napisał o osiedlu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem masowo książka została kupiona. Wszyscy zaczęli czytać. Nie wszyscy skończyli. Wiele osób mówi, że fajnie napisana, ale jakaś nudna, jednostajna. Bez fabuły. Ale ludzie często tak mówią. O dobrych, nawet o wybitnych książkach. O „Ulissesie“, o „Ferydurke“. Żadna miara takie ludzkie gadanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja bardzo lubię pisanie Masłowskiej. Poematyczne. Rytmiczne. Podoba mi się. Lubię mitologizowanie. Lubię mlaskanie i rzyganie. Ładne to jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale najbardziej lubię za pokazanie świata, którego nie znałem. Za wpuszczenie na osiedle, na które sam nigdy tak naprawdę nie wszedłem. Trochę ze strachu, trochę z wrodzonej nieśmiałości. Trochę z braku powodu. Jak byłem mały, to chciałem mieszkać w blokach. Wydawało mi się, że tam się dzieje więcej niż w willowych miasteczkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem jakoś się nie złożyło. Dresiarze. Blokersi. Znałem to z tekstów hip-hopowych. Z Dębca, gdzie się przesiadałem, jadąc do szkoły. Z Wildy, gdzie pomieszkiwałem podczas studiów. Trochę się nasłuchałem opowieści kolegów mieszkających na dużych osiedlach. Ale ten świat był zawsze obok. Oni byli malowniczym tłem mojego świata. Nie, oni właściwie byli z innego świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla Masłowskiej są ludźmi z krwi i kości. Są sąsiadami i znajomymi. Jej Wejherowo jest dla mnie rzeczywistością równoległą. Ona jest kimś w rodzaju przewodnika. Jak Wergiliusz oprowadzający po piekle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Silny to był dla mnie Pan Tadeusz z Biedronki. Równie młody, równie zagubiony, równie skazany na klęskę. Tylko bardziej tandetny. Ideał sięgający bruku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Xawery Żuławski mógł myśleć podobnie. Nie wiem, jakie miał kontakty z kulturą dresiarską wcześniej. Mogę jednak podejrzewać, że będąc dzieckiem znanych artystów, raczej nie wystawał pod blokami przy trzepakach. Mogę się jednak mylić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W każdym razie Żuławski Masłowską też potraktował jak przewodnika. Wiernie przeniósł na ekran. Jakby nie chciał nic spieprzyć. Dołożył jednak rzeczy, które się dokłada, jak się chce pewne sprawy dopowiedzieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uwypuklił na przykład wątek gry autor-bohater. Silny jest zabawką w rękach Masłowskiej. Masłowskiej pojawiającej się w różnych miejscach, różnych wcieleniach. Jest przez nią osaczony. Jest od niej uzależniony. W każdej chwili może przestać być.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Osaczenie Silnego to osaczenie każdego z nas. Osaczenie światem. Realnym czy wymyślonym, nie wiemy. To osaczenie nie wynikające z miejsca urodzenia, dorastania, stopnia świadomości, wykształcenia. Raczej z uczestnictwa w ciągłej promocji. Promocji szczęśliwego życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Promocja jest nowym absolutem. Jest Masłowską. Jest Żuławskim. Jest Biedronką. Jest Tuskiem i jest Obamą. Jest Kulturą Niezależną i Kulturą Popularną. Silny szukający umocnienia swojej egzystencji w wyimaginowanej zażyłości ze Zdzisławem Sztormem jest jak Polska podnosząca swą wartość przez uczestnictwo w Unii Europejskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka Masłowskiej to spisany od niechcenia poemat alegoryczny. Takie rzeczy się rzadko pojawiają. To są fenomeny. Ale po przemieleniu przez maszynę promocyjną, zostają zapisane w annałach jako „pierwsza powieść dresiarska“. Ani to powieść, ani tylko dresiarska. Raczej poemat i raczej metafizyczny. Metafizyka jakby przeceniona, ale cały świat jakiś taki z wyprzedaży mamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Film Żuławskiego to brawurowa ekranizacja. Role Szyca, Bohosiewicz i Strzeleckiej konsekwentne. Przemyślane. Efekty specjalne z rozmachem zastosowane. I z poczuciem humoru. Może trochę tego nawet za dużo. Każdy się w ekipie mógł popisać, ale nie wiem, czy niezbędne to było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A co na film promocja? Już gdzieniegdzie słyszę, że to polskie „Pulp Fiction“. Mi się nie wydaje. Wolę już skojarzenie z narkotycznymi snami Lyncha. Albo z „Być jak John Malkovich“. Dla mnie to „Matrix“. Tylko polski. Swojski. Matrix na miarę Wejherowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dorota Masłowska, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerowną&lt;/span&gt;, Lampa i Iskra Boża 2002; Xawery Żuławski, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wojna polsko-ruska&lt;/span&gt;, Polska 2008&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-9074653741536867118?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/9074653741536867118/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/wejherowski-matrix.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/9074653741536867118'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/9074653741536867118'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/wejherowski-matrix.html' title='Wejherowski Matrix'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-8438275469301700717</id><published>2009-05-24T12:40:00.000+02:00</published><updated>2011-01-14T16:06:28.226+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Facebook Witkacego</title><content type='html'>Kolega zaprosił mnie na facebooka. Zarejestrowałem się i zacząłem zapraszać innych. Taki wirus. Wszyscy wszystkich zapraszają. Tam są takie specjalne przyciski, które jak się je przypadkiem nadusi, to wysyłają zaproszenie do wszystkich, których się ma w skrzynce. Tego już nie można odwołać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Facebook służy do nawiązywania i utrzymywania kontaktów. Dobre to i złe czasami. Zależy, czy się chce nawiązywać i utrzymywać. Czasami jest nastój na tak, a czasami na nie. Jak w życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Facebook służy też do autoprezentacji. Ludzie się tam pokazują z różnych stron. Prezentują swoją twarz. Raz prawdziwą, raz wymyśloną. Jak kto woli. Jedni są bardziej aktywni, inni mniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokazujemy się, żeby się sobą podzielić. Bardziej schowani dzielą się mniej, bardziej odkryci bardziej. Ludzie zawsze mieli potrzebę pokazywania się. Częściej z jak najlepszej strony, rzadziej z najgorszej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest w człowieku chęć pokazania swojej indywidualności. Ona zazwyczaj maluje się na twarzy. Twarz jest wystawą osobowości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasami tracimy twarz. Na przykład przez to, że ktoś nam przyprawi gębę. Gęba to więzienie twarzy. Gębę widać bardziej. Przed gębą nie ma ucieczki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Ferdydurke“ jest zapisem ucieczki przed gębą. Jak całe życie Gombrowicza poniekąd. Udała się ta ucieczka? Mogła się udać? Warto próbować? Dzisiaj Gombrowicz jest klasykiem. Kontrowersyjnym klasykiem. To szczególna kategoria polskiej dumy narodowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kontrowersyjnymi klasykami są Norwid, Gombrowicz, Schulz, Witkacy. Chwalimy się nimi, bo trudno się nie chwalić. Ale o co im chodziło? Kto wie? Śmierdzi to moralną zgnilizną. Mało narodowe, mało honorowe, mało religijne, mało społeczne. Dziwne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Witkacy miał swój bank twarzy. Żył z firmy portretowej. Bo kto by wyżył z bycia geniuszem? Żeby je namalować po swojemu, dużo studiwał. Dużo obserwował. Kombinował.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Badał możliwości własnej twarzy. Minami. Podpatrywał innych. Żonę. Ojca. Kolegów. Przypadkowych gości. Pstrykał im fotografie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Malarze renesansowi studiowali anatomię, żeby wiernie oddać budowę ludzkiego ciała. Witkacy skupiał się na psychologii. Wpatrywał się w ludzi. Prowokował reakcje. Szukał ducha.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś może siedziałby przed komputerem. Myszkował na portalach społecznościowych. Wysyłał zaproszenia, obserwował reakcje. Jak szalony profesor w wielkim laboratorium. Jak Google nie przymierzając.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Witkacy. Psychoholizm,&lt;/span&gt; Galeria Bunkier Sztuki, do 14 czerwca można oglądać wystawę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-8438275469301700717?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/8438275469301700717/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/facebook-witkacego.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8438275469301700717'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8438275469301700717'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/facebook-witkacego.html' title='Facebook Witkacego'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-6839013026718189688</id><published>2009-05-22T10:17:00.006+02:00</published><updated>2011-01-14T16:14:11.900+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Info'/><title type='text'>Nowy Biuletyn</title><content type='html'>Nareszcie ukazuje się kolejny Biuletyn. Tym razem znowu bez szaty graficznej, bo graficy nie potrafili na czas zrobić layoutu. Utrapienie z tymi grafikami. Jakby jakiś grafik czuł energię do rzetelnej współpracy z Biuletynem. Zapraszamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A Biuletyn jest tam:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://stronawww.blogspot.com/"&gt;http://stronawww.blogspot.com/&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znajdziecie w nim wyjaśnienie czym jest ten periodyk i skąd się wział pióra Niespełnionego Gustawa, a także nowe teksty Kalifów Legumów, wiersze Zdzisia Mandali i Jana Marii Czesława. Oraz oczywiście legendarnego Dicka Donovana. Zapraszamy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-6839013026718189688?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://stronawww.blogspot.com/' title='Nowy Biuletyn'/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/6839013026718189688/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/nowy-biuletyn.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/6839013026718189688'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/6839013026718189688'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/nowy-biuletyn.html' title='Nowy Biuletyn'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1878889658872960125</id><published>2009-05-21T14:42:00.000+02:00</published><updated>2011-01-14T16:05:58.587+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Baśnie z tysiąca i jednej flaszki</title><content type='html'>Picie wódki to jest wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości. Tak mówił podobno Jan Himilsbach. Podobno, bo dziś jego prawdziwi i nieprawdziwi znajomi powtarzają słowa, które on mówił albo nie mówił. Trudno dociec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjmuję jednak, że mówił, bo to ładne słowa są i do niego pasują. Himilsbach miał przyjaciela. Maklakiewicza. Wszyscy wiedzą. Rejs. Wniebowzięci. Przyjaciele nierozewalni. Jak Żwirko i Wigura.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszyscy też wiedzą, że przyjaciele lubili się napić. Często w Spatifie. Tam był kierownik Sidorowski, który nakładał kary na niegrzecznych gości. Kiedyś nałożył karę na Himilsbacha. Himilsbach w zamian go uwiecznił. „Bardzo mi przykro, Sidorowski“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To wszycy wiedzą. Nie ma co się rozpisywać. Teraz znowu się o przyjaciołach zrobiło głośno. Wydano płytę. Znany zupełnie skądinąd Krzysztof Materna ją wydał. Znani zupełnie skądinąd muzycy Habakuka ją nagrali. Spiritus movens wypili zdaje się bracia Kondratiukowie. Zaśpiewała plejada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ładnie wyszło. Aż pić się chce jak się słucha. Pić się chce jak śpiewa Andrzej Grabowski. Pić się chce jak śpiewa Maciej Maleńczuk. Pić się chce jak śpiewa Habakuk. Odechciewa się wszystkiego jak śpiewa Hanna Banaszak. Jakoś jej nie trawię. Po co ona na tej płycie? Ale zaraz sobie można Sojki posłuchać do tekstu Bukartyka i co? I kochać się chce. Może niekoniecznie Hannę Banaszak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są wzruszające te piosenki. Szczególnie „Były maje“ w wykonaniu Janusza Kłosińskiego. I „Budyń“ z Pogodna jest szczególny. Poezja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Andrzej Grabowski wszedł z piosenką „Jest dobrze“ na listę przebojów Trójki. Tam różne rzeczy wchodzą, ale on wyjątkowo zasłużył. Wiernie wykonuje frazy: „Jest dobrze, ale nienajgorzej jest. Alkohol ma dobre, ale i złe strony“. Składnia doskonale wyrażająca rytm życia nie tylko pijackiego. Bo picie, jak wiemy, jest wprowadzaniem elementu baśniowego do rzeczywistości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak ktoś jeszcze nie słyszał, to niech, do cholery, posłucha.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A potem niech pójdzie na film Dariusz Jabłońskiego. Na „Wino truskawkowe“. Ekranizację Stasiuka. „Opowieści galicyjskich“. Się mówi, że w Polsce słabe kino. Się mówi, że w Polsce słabe filmy. Się mówi, że słaba literatura. Się mówi, że nie opowiadają prawdy o rzeczywistości. Się głupoty mówi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od jakiegoś czasu oglądam sporo ciekawych filmów, czytam sporo ciekawych książek. Tylko one niewiele osób interesują. Bo ludzi interesują pieniądze, kredyty, mieszkania, meble, samochody, kryzysy, modne ciuchy i sprzęty. Ludzie bardziej materialistyczne są.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jak już jakiś ludź zainteresuje się duchem, to najlepiej w horrorze. Albo w komedii. Albo w parodii horroru najlepiej. A jak to nie wystarczy, to ludź do Indii pojedzie albo innego Nepalu, ezoterykę podglądać. Takie ludzie są.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wystarczy czasem się napić. Łyczek wiśniówki. Łyczek winka truskawkowego. Łyczek, jak mówią, nie stryczek. I już się polski film podoba. I już się polska wieś podoba. I już się rzeczywistość głębsza robi. I już nie trzeba się szczepić na święte krowy. Wystarczy wlać w siebie trochę nadziei.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak jak wlewają mieszkańcy beskidzkiej wsi. Wśród nich ciekawe typy Sthura, Więckiewicza, Radziwiłowicza, Łotockiego a zwłaszcza krakowskich aktorów Dziędziela i Grąbki. Dziędziel i Grąbka w ogóle zasługują na osobne opracowanie. Na monografię. Jak się Dziędziel i Grąbka na ekranie pojawiają, to się robi film. Skąd się tacy aktorzy biorą?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem tylko, dlaczego Polaka z Warszawy, zagrał Czech z Pragi. Potem i tak musieli podłożyć głos Malajkata. Oczywiście Malajkat by już chyba dziś tego w całości dobrze nie zagrał. Może kiedyś, ale nie dzisiaj. Chyba jednak można znaleźć w Polsce aktora, który by i mówił i grał równocześnie po polsku. Po co spinać aż dwie osoby do jednej roli?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie twierdzę, że Machacek źle zagrał. Ale facet o imieniu Jiri nie będzie nigdy autentyczny w roli Andrzeja. Warszawę i Polskę ma się w oczach. Tak samo Czechy i Pragę. Cała twarz Machacka mówi po czesku. Jak twarz bohaterki „33 scen z życia“ mówiła po niemiecku. No nie dogadasz się z nimi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale wróćmy do baśni. Baśnie się dzieją wszędzie. Nie trzeba daleko szukać. Często leżą pod płotem. Wystarczy tylko się rozejrzeć. Są na wyciągnięcie ręki. Mają dobre jak również i złe strony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dariusz Jabłoński &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wino truskawkowe&lt;/span&gt;, Polska-Słowacja 2008&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Różni wykonawcy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jest dobrze... piosenki niedokończone&lt;/span&gt;, Polska 2008&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1878889658872960125?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1878889658872960125/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/basnie-z-tysiaca-i-jednej-flaszki.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1878889658872960125'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1878889658872960125'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/basnie-z-tysiaca-i-jednej-flaszki.html' title='Baśnie z tysiąca i jednej flaszki'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-813331512346860817</id><published>2009-05-19T15:20:00.003+02:00</published><updated>2009-05-19T19:28:36.210+02:00</updated><title type='text'>„Jebać Urocze!“</title><content type='html'>Znowu w Nowej Hucie. Redakcja postanowiła jeszcze raz uświetnić to miejsce reportażem. Z okazji urodzin. Sześćdziesiątych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wysłaliśmy dwoje reporterów. Mieli się zorientować, co i jak?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ech, dzielni nasi reporterzy. Junaki. Pistolety! Najpierw nie udało im się załatwić wejściówek do Łaźni Nowej na premierę. Zbierali się i zbierali, ale nie uzbierali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem nie spieszyli się. Nie wstali skoro świt. Bo w Krakowie skoro świt, to się kładzie, mówili potem. Wyjechali gdzieś około południa tramwajem spod Bagateli. Zbierało się na burzę. Burza uderzyła w Czyżynach. Tramwaj zaczął przeciekać. Okna były nieszczelne. Reporterzy opuścili mokre miejsca siedzące. Stojąc pojechali tramwajem aż do pętli w Pleszowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jechali wzdłuż Huty. Mało widzieli, bo drzewa zarastały. To, co widzieli, wyglądało jak z Kosmosu. Nie wiedzieli do czego to służy, ale czytali, że tam się robi nawet blachę o grubości 5 milimetrów.Trasa do Pleszowa, to najdłuższa trasa Krakowa. Pętla jest za Hutą. Na wsi. Przy pętli nic nie działa. Stoją nieczynne bary z hot-dogami. Rozsypują się jak surówka z hot-doga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak się jedzie do tej pętli, to się mija dużo rzeczy. Mija się Plac Centralny, mija się stadion Hutnika, mija się Kopiec Wandy. Miejscami jedzie się przez zarośla przypominające las. Kopca Wandy nie widać. Zarośnięty zaroślami. Widać stadion Hutnika. Na Suchych Stawach. Bo tam kiedyś były mokre stawy z rybami. Ryby były dla Cystersów z Mogiły. Oni często pościli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hutnik kiedyś grał w I lidze. Nawet w europejskich pucharach. Ich przeciwnikiem było słynne AS Monaco ze słynnym Fabienem Barthezem. Potem spadał i spadał. Teraz gra w IV lidze. Najgroźniejszym przeciwnikiem jest LKS Niecicza. W kibicach jednak duch nie gaśnie. Cała dzielnica obklejona jest zaproszeniami na wyjazd do Tarnowa. Mecz z Unią. Najazd na Tarnów. „Hooligans Hutnik Skarpa“ też tam będą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reporterzy opuścili Pleszów w pośpiechu, bo ciągle padało. Udali się na Plac Centralny. Serce najstarszej części Nowej Huty. Stąd promieniście odchodzą drogi ku Hucie, ku Krakowowi, ku Pomnikowi Lenina. Pomnika Lenina już nie ma. Została po nim Aleja Róż. Pusta. Szeroka. Po ciasnym Krakowie Nowa Huta pozwala odetchnąć. Chodniki wygodne, choć dziurawe. Drzew i traw w nadmiarze. Przewiew. Psie kupy i parkujące samochody mniej przeszkadzają w chodzeniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reporterzy napawali się przestrzenią i chłonęli sobotnią pustkę. Zauważyli, że domy tam ogromne. Ze sklepami, bibliotekami, lokalami gastronomicznymi. Ale wszystkie jakieś odwrócone. Tyłem do przodu zbudowane. Jakby schowane. Jakby uciekające. Nie zapraszają do wnętrza jak kamienice Starego Miasta czy Kazimierza. My home is my castle. Trochę to zaskakujące w komunistycznym założeniu urbanistycznym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Muzeum Nowej Huty zamknięte. Żaluzjami zasłonięte. Turyści się od niego odbijają jak Szwedzi od murów Jasnej Góry. Ani kartki, ani nic. Powinno być czynne do 16, jest 13. Być może mają remanent.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawiedzeni reporterzy poczuli głód. Poszli do Stylowej. Pani Kelnerka była bardzo miła. Udało się znaleźć nawet stolik z niepoplamionym obrusem. Reporterzy dostali jedną kartę z menu. Na dwie osoby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reporter Jarosz poszedł w ryby. Zaczął wybierać, przebierać i napalać się. Aż przybiegła Pani Kelnerka. Powiedziała, że ryby niechętnie, bo trzeba rozmrażać, a oni mają dziś komunię i o 15 zamykają. Prosi uprzejmie o wybranie dań już rozmrożonych. Reporter Jarosz dostaje ziemniaki zapiekane z kapusta podsmażaną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugi reporter zdecydował się na poszerzenie dania o kotlet schabowy oraz surówkę z czerwonej kapusty. Przed jedzeniem wjechały na stół sztućce. Tylko jeden nóż był lekko brudny. Pojawiło się też piwo. Z całego posiłku najlepsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Stylowej zwozi się zagranicznych turystów. Takie specjalne samochodziki ich przywożą. Trabanty, maluchy, duże fiaty. Pokazują im Hutę, dzielnicę, muzeum i kotlety schabowe. Reporterzy widzieli też taką grupę turystów. Siedzieli i pili piwo. Potem wsiedli w dużego fiata. Odjazd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reporterom podobało się na Placu Centralnym, ale nie było tam nic do roboty. Owszem sklepy, w tym Bosman. Owszem tramwaje. Owszem samochody. Owszem zegar. Ale wszystko mało uczestniczące. Może warto tam przenieść część festynów z centrum Krakowa?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na południe od placu jest najbrzydsze osiedle Nowej Huty. Kolorowe bloczki z metalowymi wstawkami. Paw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za nim Osiedle Na Skarpie. Jedno ze starszych. Samowystarczalne. Ze szkołami, w tym Muzyczną. Ze sklepami. Z byłym kinem Światowid, które jest niczym, a będzie Muzeum Komunizmu. Między tym wszystkim suszą się dresy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za nim dawna wieś Mogiła. Rządzili nią Cystersi. Teraz już nie rządzą, ale nadal mają ogromny klasztor. W klasztorze ogromny kościół. Podobno kościół był tylko dla Cystersów. Chłopi mogli naprzeciwko w drewnianym się modlić. Drewniany też ładny, ale przy majestatycznym klasztorynym wygląda jak zapomniana weranda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dziedzińcu pomnik Jana Pawła II. Czy ktoś kiedyś policzy te pomniki? Ten wciśnięty na siłę między harmonijne dekoracje placu. Jest takie powiedzenie. Chroń mnie, Panie, przed przyjaciółmi, bo z wrogami sam sobie poradzę. Papieżowi Polakowi też chyba najbardziej szkodzą natchnieni stawiacze pomników.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obok klasztoru jedyna bezpłatna toaleta w Nowej Hucie. Wszędzie indziej trzeba płacić. W Stylowej dla klientów 50 groszy, w Jubilatce złotówka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Osiedle Wandy zbudowano jako pierwsze. Jeszcze według przedwojennej mody. Ze spadzistymi dachami. Tam wszystko się zaczęło. Zaraz za cmentarzem, gdzie leżą dawni mieszkańcy Mogiły i okolic. Osiedle dziś prezentuje się wspaniale. Dużo zieleni. Kameralne alejki, placyki. Harmonia. Miasto ogród.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dużo złego napisano o Nowej Hucie. Wiele pomyj wylano. Dziś jednak pierwotne założenie i to co z niego zdołano zrealizować, urzeka. W porównaniu do późniejszych osiedli w Mistrzejowicach i Bieńczycach, do Kurdwanowa, Ruczaju, do dzisiejszych inwestycji deweloperskich, osiedla wokół Placu Centralnego wręcz zapraszają, żeby w nich zamieszkać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowa Huta obok Pałacu Kultury i Nauki i dzielnicy MDM jest wymieniana jako pomnik socrealizmu. Ale ze wszystkich tych miejsc, jako jedyna wytrzymała próbę czasu. Nie razi dziś anachroniczną, patetyczną formą. A na tle dzisiejszych dokonań architektury mieszkalnej, jawi się jako szlachetny relikt wysokiej kultury projektowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć nie brakuje w dzielnicy obiektów nieco groteskowych. Mijając kolejne osiedla, reporterzy Warzywa natrafili na szeroką, zieloną aleję wiodącą do budynków, które z daleka przypominały wenecki Pałac Dożów. Reporterzy wiedzieli, że coś takiego można tam znaleźć, nie sądzili jednak, że porównanie jednego z architektów narzuca się z tak nieodpartą siłą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aleją, która dziś nazywa się Solidarności, reporterzy szli tak długo, że zdążyło zacząć padać. Reporterzy najpierw minęli stawek rekreacyjny z bardzo schludnym obejściem, potem ogródki działkowe z malowniczymi chatynkami, zaplecze gastronomiczne Kombinatu, aż doszli do pętli przy bramie głównej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Huta im. T. Sendzimira“ było napisane. Choć teraz to się nazywa ArcelorMittal Poland S.A. Oddział w Krakowie. Ale stara nazwa też jest ważna. Wejścia pilnują dwa Pałace Dożów, które nas z daleka przywołały. Ich spokojna, majestatyczna architektura kontrastuje z ogromnym kombinatem, który rozciąga się za bramą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kontrastuje też z przygnębiającą atmosferą zaplecza przystanków MPK. Ziemia usłana kapslami od piwa. Niezbieranymi chyba od lat. Gdzieniegdzie stoją butelki. Gdzieniegdzie resztki jedzenia. Relaks.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed kombinatem rzucają się w oczy billboardy Prawa i Sprawiedliwości oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Te partie bardzo liczą na sfrustrowany elektorat. Reporterzy nie byli jednak pewni, czy widok uśmiechniętego od ucha do ucha polityka, to jest to na co chcą się gapić, pijący piwo po pracy hutnicy. Próbowali się dowiedzieć od miejscowego, ale on chciał tylko paru groszy na flaszkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aby odpocząć od majestatu Kombinatu, reporterzy skręcili ku Dworkowi Matejki. Nie do wiary, ale po kilku minutach znaleźli się w samym centrum podkrakowskiej wsi. Z Drink Barem, starym młynem i rozpadającymi się chatynkami z drewna. Między tym wszystkim strzelały w górę coraz ciaśniej budowane domy jednorodzinne. Jedyne miejsce, gdzie w ogrodzie można było oddychać, to park przy Dworku. Popiersie Matejki stoi jak trzeba. Muzeum w środku działa. Reporterzy nie byli w nastroju na hołd pruski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idąc przez wieś z żalem zauważyli, że na ich oczach znika z powierzchni ziemi stara wieś Krzesławice. Zostanie dworek, młyn, kościółek drewniany i krzyż wspominający wizytę biskupa Wojtyły. Znikną stare chaty, malownicze ogródki. Znikną stare babinki przy płotach. Na wielu ogródkach już dzisiaj widać ciasno ustawiane garaże wynajmowane zapewne mieszkańcom pobliskich bloków. Wiele ze starych gospodarstw jest dzielonych na działki, żeby ciasno upakować nowe domy. To, co się oparło Kombinatowi przez 60 lat, znika po 20 latach kapitalistycznej budowlanej nawałnicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za wsią Arka Pana. Słynny kościół, o który boje z milicją toczono zażarte. W 1960 odbyła się prawdziwa bitwa. ZOMO przez cały dzień nie potrafiło się uporać z mieszkańcami broniącymi krzyża, który stanął na miejscu planowanego kościoła. Komuniści zbudowali Hutę, żeby zmiażdżyć Kraków, a ostatecznie to Huta zmiażdżyła komunistów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W latach 80. były wielkie strajki. Znowu ZOMO ruszyło do akcji. Skoszarowani byli tuż obok kościoła. W hotelu Felix. Hotel do dzisiaj stoi. Huta stoi. A ZOMO nie stoi. Chociaż, chociaż.... Pewności nie ma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reportażowanie to ciężka praca. Zmęczeni dziennikarze postanowili odpocząć. Udali się do centrum, aby usiąść w kinie lub lokalu. W ośrodku kultury im. Norwida jest kino. W kinie grali coś z Willem Smithem. W gablocie obok były komunikaty Stowarzyszenia Obrony Kultury w Nowej Hucie. Jest czego bronić. Will Smith atakuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reporterzy z własnej winy nie mieli wejściówek do Łaźni Nowej, a Teatr Ludowy już znali. Kawa jest tam dobra, barek przytulny, ale spektakle średnie. Poszli zatem w Aleję Róż, gdzie jest słynny 1949 club. Miejsce kultowe. Kult sprzedające. Naprzeciw nieczynnego muzeum. Atmosfera bardzo miła. Taka klubokawiarnia dla zagranicznych turystów. Nie ma jednak piwa. Reporterzy podzielili się na dwa obozy. Jeden chciał zostać, bo ciepło. Drugi chciał iść, bo piwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszli na piwo. Do zaprzyjaźnionego lokalu Jubilatka obok dawnego kina Świt. Teraz jest w nim targowisko. W Jubilatce już jest Muzeum Komunizmu. Jest piwo po 5 złotych. Jest dziadek toaletowy. Jest surowa kelnerka z klasą. Należność kasuje się od razu. Nigdy po spożyciu. Dym papierosowy oplata dekoracyjne hafty i gobeliny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Akurat był mecz. Reporterzy zarzucili sobie dusze na ramiona. Próbowali odgadnąć, komu tubylcy kibicują. Oglądali symultanicznie dwa mecze. Polonia Bytom grała z Legią, a Cracovia z Bełchatowem. Jeśli kibicują Wiśle, to chcą żeby Legia i Cracovia przegrały. Jeśli kibicują Cracovii, to chcą żeby powyższe drużyny wygrały. Jeśli kibicują Wiśle, to reporterzy musieli udawać kibiców Wisły. Jeśli kibicują Cracovii, to reporterzy niczego nie muszą udawać, bo kibicują Lechowi. A Lech ma sztamę z Cracovią. Sytuacja była napięta do czasu, gdy wyjaśnił ją Piotr Polczak. Strzelił bramkę dla Cracovii. Cały lokal podskoczył z radości. Reporterzy się wyluzowali. Jest sztama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reporterzy mieli zadanie. Sprawdzić, o co chodzi w tej Nowej Hucie. Zamiast tego znowu się rozpili. Wychodząc z Jubilatki, byli zmęczeni i zziębnięci, bo rano było duszno i wyszli w sandałach. A po deszczu zrobiło się zimno. Szli na tramwaj. Po drodze mijali bloki Osiedla Uroczego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na jednym z nich ktoś napisał, o co tu chodzi. Napisał definicję Nowej Huty. Napisał: „Jebać Urocze“.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-813331512346860817?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/813331512346860817/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/jebac-urocze.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/813331512346860817'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/813331512346860817'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/jebac-urocze.html' title='„Jebać Urocze!“'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-8431029799040493605</id><published>2009-05-19T11:30:00.001+02:00</published><updated>2011-01-14T16:22:08.239+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Drobiazgi'/><title type='text'>Vicky Christina Banja Luka</title><content type='html'>Kolejny nowy film Woody Allena. Komedia. Chwytliwy tytuł. Nastrojowa piosenka. Kolory z Almodovara. Seks. Penelopa. Scarlett. Bardem.  Seks. Penelopa. Scarlett. Bardem. Seks. Penelopa. Scarlett. Bardem. Plakaty wszędzie. Recenzje wszędzie. Viva Espana!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeczekałem promocyjną nawałę. Poszedłem do kina. W samym centrum Krakowa jest duży studyjny multipleks. Ma specjalne sale dla spóźnialskich. Małe. Z niewygodnymi krzesłami i mikroskopijnym ekranem. Projektor stoi tuż za widzami. Hałasuje tak, że ledwo słychać dialogi. Atmosfera za to domowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trafiłem do takiej właśnie sali. Należało mi się za spóźnienie. Film przecież od miesiąca w kinie. Słyszałem niewiele. Projekcja była przerywana trzykrotnie. Tak jakby film był kręcony na bieżąco za ścianą i kolejne rolki były dostarczane widzom jeszcze ciepłe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Almodovarowskie kolory mocno wyblakłe. Dialogi allenowskie ledwo słyszalne. Przy każdej zmianie taśmy, spoglądałem na zegarek. Długo jeszcze?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po co Allen ten film nakręcił? Żeby Penelope Cruz zagrała kolejną świetną rolę i jako pierwsza hiszpańska aktorka dostała Oscara? Żeby Scarlett Johansson zagrała kolejną nijaką rolę? Żeby Javier Bardem wypromował się w Ameryce? Żeby jeszcze raz pokazać, że seks i miłość są bardziej skomplikowane niż się Benedeyktowi XVI wydaje?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka miesięcy temu miałem okazję pracować nad strategią promocji Sopotu. Mieliśmy wymyśleć, jak reklamować najbardziej znany kurort w Polsce. Wymyśliłem, że Sopot reklamuje się sam. Trzeba tylko znaleźć odpowiednie medium. Klasyczne nośniki reklamowe odpadają. To musi być elegancka promocja. Jak Grand Hotel przed wojną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaprośmy Wima Wendersa. Niech zrobi film. Film z Sopotem w tle i tytule. Jak „Lisbon Story“. Jak „Paris, Texas“. Jak „Buena Vista Social Club“. Żadnych ograniczeń poza miejscem akcji. Promocja kosztowna nie bardziej od milionów przeznaczanych przez inne miasta na spoty, billboardy, katalogi. Za to ponadczasowa. Jak „Casablanca“. Jak „Rzymskie wakacje“. Jak „Żandarm z Saint Tropez“, jak „New York, New York“ i „Gangi Nowego Jorku“. Nawet jak „Dublińczycy“ albo „Romeo i Julia“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, czy Sopot się na to zdecyduje. Ma teraz inne decyzje na głowie. Zamknąć prezydenta, nie zamknąć? Odwołać, nie odwołać? Promocja robi się sama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Barcelona natomiast poszła takim właśnie tropem. Ściągnęła reżysera. Największe hiszpańskie gwiazdy. Hollywoodzkie nazwiska. Spory jak na Allena budżet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I co? Jajco. To chyba najgorszy film Allena. Nic się tam nie dzieje. Poza Penelopą. Ona się dzieje bardzo. Jest jak wulkan. Jak Pinatubo zalewający gorącą lawą marny scenariusz, banalne dialogi i nieśmieszne żarty. Całe to allenowskie bla bla bla, które ma urok w neurotycznym Nowym Jorku, ewentualnie deszczowym Londynie, ale blaknie w śródziemnomorskim słońcu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słyszałem, że Allen potrzebuje pieniędzy na dużą produkcję o jazzie. Ma w głowie jakąś epicką opowieść o źródłach tej muzyki w delcie Missisipi. Nikt mu nigdy wielkich pieniędzy nie dał. Może więc dlatego jeździ po Europie, zbierając fundusze i kręcąc w zamian filmy promujące europejskie kurorty? Jeśli tak, to ja błagam jakiegoś nieprzyzwoitego bogacza, żeby dał mu ciężarówkę dolarów na ten film o jazzie. Niech facet nakręci znowu dobry film. Najlepiej z Penelopą Cruz w roli Scotta Joplina.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-8431029799040493605?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/8431029799040493605/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/vicky-christina-banja-luka.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8431029799040493605'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8431029799040493605'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/05/vicky-christina-banja-luka.html' title='Vicky Christina Banja Luka'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-4054156548582453678</id><published>2009-04-24T14:49:00.001+02:00</published><updated>2011-01-14T16:05:58.588+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Cele wolności</title><content type='html'>&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;W Łęczycy jest więzienie. Kiedyś więzienie. Jeszcze kiedyś klasztor. Teraz po prostu budynek z celami stojący bez celu. Zauważyli go artyści. Prawdziwi. Dyplomowani. Z Krakowa. Chcą się tam zamknąć. Zamknąć, żeby wymyślać o wolności. Każdy dostanie celę i będzie mógł z nią zrobić, co zechce. Wolność myśli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Będzie można instalować. Będzie można malować. Będzie można występować. Będzie można rzeźbić. Będzie można palić. Będzie można pić. Będzie można bić. Będzie można spać. Będzie można wydalać. Będzie można każdą sztukę uprawiać. Był konkurs i każdy artysta mógł się zgłosić. Wolność sztuki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś, kiedy to był klasztor, mieszkali tam Dominikanie. Zamykali się dobrowolnie, bo takie mieli powołanie. Kontemplacja. Praca. Bóg. Służba. Kiedy się zostaje zakonnikiem, rezygnuje się z wolności. Rezygnuje się z posiadania wszystkiego, czyli także z ziemskich pragnień. Jedynym pragnieniem jest Bóg. On jest zbawienie. Droga. Cel. Miłość. Wolność religii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obecnie jest moda. Ludzie zgłaszają się do klasztorów na jakiś czas. Zamykają się w celach, żeby pomyśleć. Odpocząć. Uciec. Zwolnić. Zrozumieć. Nie muszą być wierzący. Nie muszą wstępować do zakonu. Przyjeżdżają jak do hotelu. Benedyktyni w Tyńcu nie mają wolnych miejsc do października. Tak słyszałem. Wolność miejsc ograniczona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludzie wolni szukają celi w życiu. Jak się szuka cela w życiu, to się też jedzie do Indii. Czytałem ostatnio, że Maks Cegielski był w Indiach. Moi znajomi też byli. Maksym był. Bastek był. Kasia i Tomek byli. Niektórzy tam jeżdżą wciąż. Niektórzy nie jeżdżą wcale, ale za to czytają Schopenhauera, Hessego, Mertona, de Mello albo i Bhadawadhgitę. Niektórzy poprzestają na „Tao Kubusia Puchatka“ i „Te Prosiaczka“. Wolność sumienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak to przestał być klasztor, to się zrobiło więzienie. Zamykali przestępców. Przestępcy bywają polityczni. Przestępcy polityczni powstają wtedy, gdy ogranicza się wolność. Czyli, że nie wolno mówić, co się myśli. Nie wolno robić, co się chce. I trzeba robić, co trzeba. Tak było w Polsce całkiem niedawno. Władza wskazywała nieposłusznym cele. Cele uświęcają środki. Wolność jest polityczna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Był taki słynny więzień. Nazywał się Lech Wałęsa. Siedział, bo założył związek zawodowy, chociaż nie pracował w „Biedronce“. Dostał za to Nobla. Jak Al Gore, tylko wcześniej. Po latach się okazało, że to była prowokacja. Za wszystkim stała Służba Bezpieczeństwa. Tak ustalili historycy z Instytutu Pamięci Narodowej. Wolność instytucjonalna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Komunizm w ogóle został obalony tylko po to, żeby komuniści mogli się uwłaszczyć. W Polsce Ludowej nie mogli zakładać firm, kupować domów, jachtów i ekskluzywnych samochodów, bo sami sobie zabronili. Wolność sama się ogranicza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Największa wolność jest w Ameryce. Amerykanie robią dobre filmy o więzieniach. „Skazani na Shawshank“ na przykład. Często gra w nich Robert Redford. Raz grał generała, który organizuje bunt więźniów i dowodzi nimi w walce ze strażnikami. Wygrywa. Drugi raz gra sprytnego naczelnika więzienia, który daje się zamknąć w przebraniu skazańca, żeby sprawdzić, czy wszystko jest ok. Nie jest ok. Redford nie boi się mówić prawdy. Wolność słowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Amerykanie mają cela. Cel Amerykanów to demokracja zawsze i wszędzie. Jak bombardowali Serbię, to trafiali tak, żeby nie ginęli niewinni ludzie. Ludzie byli niewdzięczni. Krzyczeli na Amerykanów, że są zbrodniarzami. Ale co oni wiedzą o zbrodniarzach? Byli kiedyś w Srebrenicy, czy co? Ludzie często się gromadzą, żeby krzyczeć na Amerykanów. Czasami Amerykanie są Rosjanami. Rzadziej Żydami. To się nazywa wolność zgromadzeń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wolność bywa ograniczana. Czasami to dobrze, czasami źle. Gdyby Hitler nie wyszedł z więzienia, to by nie był zbrodniarzem. Gdyby Skrzetuski nie uratował Chmielnickiego, to by nie było powstania Chmielnickiego. Gdyby Piłsudskiego nie zwolnio z Magdeburga, to by może Polski nie było. Trudno czasem ocenić, kogo uratować, kogo zamknąć, kogo stracić, kogo zwolnić. Każdy ma wolność wyboru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Polsce całe pokolenia zamykali, internowali, zsyłali i zabijali. Na przykład za komuny Jacek Kuroń dużo siedział w więzieniu. Czasami go jednak wypuszczano, bo nie było pewności, czy lepiej jak siedzi, czy lepiej jak nie siedzi. Na wolności miał żonę Gaję. Z żoną miał dziecko. Macieja Kuronia. Kucharza. Wolność musi mieć smak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe po co się Ci artyści zamykają? Na pewno będą pili. Wszyscy artyści piją, ale krakowscy piją lepiej. Nie ma sztuki bez alkoholu. Na studiach lubiałem chodzić na wernisaże. Zawsze coś było. Raz nawet poncz. Jak dziś pamiętam. Inner Spaces na Jackowskiego w Poznaniu. Ciekawy poncz. Mam nadzieję, że i tym razem będzie coś ciekawego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Wymiary Wolności&lt;/span&gt;, 15-20 czerwca 2009, Łęczyca&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Projekt Artystyczny Pierwszej Pracowni Interdyscyplinarnej Prof. Zbigniewa Bajka na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i Wydziału Sztuki Uniwersytetu Ostrawskiego we współpracy ze Starostwem Powiatowym w Łęczycy, Lokalną Organizacją Turystyczną Ziemi Łęczyckiej i Fundacją Cornu Amaltheae w Czeskim Cieszynie.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-4054156548582453678?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/4054156548582453678/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/04/cele-wolnosci.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4054156548582453678'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4054156548582453678'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/04/cele-wolnosci.html' title='Cele wolności'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1503324799155104228</id><published>2009-04-16T14:13:00.000+02:00</published><updated>2011-01-14T16:07:14.471+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Duch miasta</title><content type='html'>„Dzień dobry, jestem właścicielem tego terenu, chciałbym tu postawić hotel albo biurowiec. Proszę się stąd jak najszybciej wynieść“. Takie mniej więcej słowa musieli usłyszeć mieszkańcy skłotu Rozbrat przy ulicy Pułaskiego. Mieszkają sobie spokojnie (prawie spokojnie) w tym miejscu od dawien dawna (początek lat 90.), prowadzą działalność kulturalną i polityczną. Animują życie miasta i kontestują system kapitalistyczny. Są anarchistami, alterglobalistami, kolorowym pomponem na szarym berecie poznańskiego mieszczaństwa. Się ten squat wpisał w życie miasta. Dla ludzi z mojego pokolenia to miejsce wyjątkowe. Jakby korytarz do Amsterdamu, Christianii, Berlina czy Timbuktu. Jak się tam wchodziło, to się na chwilę mogło pomyśleć, że się jest naprawdę wolnym człowiekiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejsce takie jak Rozbrat musiało obrosnąć legendami. Publicznymi i prywatnymi. Ja najbardziej cenię te prywatne. Bardzo lubiłem opowieści Rzeźnika o początkach skłotu. O tym jak Kozacy Poznań z rąk Skinów odbijali. O tym, jak to skłot zszedł na psy i nie warto już tam chodzić. Ale byli tacy, co nadal chodzili. Pamiętam braci Jankowskich, którzy mnie ciągali na festiwale wolnościowe, a nawet do drużyny piłkarskiej zaprosili na turniej skłotów w Toruniu. Zarówno organizacja festiwalu jak i gry była bardzo kontrowersyjna, tzn. bez ładu i składu, ale za to było śmiało i do przodu. Lubiłem się przejść na dyskusje o stylach życia i polityce, gdzie prędzej czy później wszystko schodziło na dziewczyny, alkohol i inne używki. Każda frakcja miała swoje racje i była nieprzejednana. Tak jak teraz, kiedy biedni anarchiści nie akceptują faktu, że nikt im nie da terenu wartego 5 baniek w prezencie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Dzień dobry, jestem z Kurii, która ma prawo własności do tego budynku, proszę nam płacić większy czynsz albo się wynieść“. Takie słowa mogli z kolei usłyszeć dyrektorzy, nauczyciele i uczniowie VIII Liceum Ogólnokształcącego. Szkoły założonej jeszcze przed wojną przez ks. Piotrowskiego. Szkoły, do której chodziły trzy pokolenia mojej rodziny. Ja akurat tam nie poszedłem, co nie zmienia faktu, że słowo liceum kojarzy mi się właśnie z Ósemką. Dziadek opowiadał jak to był apel ku czci prezydenta Mościckiego, a jeden jego kolega nie przyszedł. Na pytanie złych nauczycieli, gdzie był, odpowiedział, że na urodzinach dziadka. A jak się nazywa Twój dziadek, zapytali srodzy przełożeni. Mościski, odpowiedział przestraszony uczeń. Takich opowieści w każdej poznańskiej rodzinie musiało się uzbierać sporo. Dziadek uznawał tylko Ósemkę, Marcinka, Paderka, Kantego (dziś Trójka) i Marynkę. Inne licea albo nie istniały, albo były żeńskie, czyli istniały w innym celu. Ja poszedłem do Marynki, która przez kilkadziesiąt powojennych lat nie istniała. Nieistnienie tej szkoły było bolesne dla wielu Poznaniaków, tak jak bolesne może być zniknięcie Ósemki z Głogowskiej. Szkoła średnia to zawsze jest kopalnia wzruszeń, emocji i najpiękniejszych wspomnień. Zazwyczaj związanych z konkretnym bydynkiem albo przynajmniej jego toaletą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziadek chodził do Ósemki, ale maturę musiał zdać w liceum kupieckim. Jego ojciec zbankrutował i nie mógł opłacać czesnego, a przed wojną najlepsze szkoły były płatne. Nie było przebacz. Płacisz albo do widzenia. Ósemka była płatna tym bardziej, bo jej założyciel musiał spłacać kredyt zaciągnięty od miasta. Ksiądz Piotrowski do wojny nie zdążył spłacić kredytu. Spłacił głównie odsetki. Teraz Kościół dostał cały budynek w spadku. Wychodzi na to, że miasto zbudowało budynek, a Kościół go dostał w prezencie. Teraz chce od miasta wysokich opłat za użytkowanie. Miasto zapłaci za budynek dwa razy. Jak tak liczę te pieniądze, to sobie myślę, że gdyby miasto zażądało spłaty przedwojennego kredytu od Kościoła, to mogłoby wykupić teren skłotu i przeznaczyć go na Dzielnicę Wolności przyciągającą artystów, wizjonerów i wolnomyślicieli z całego świata. To by rozruszało zmurszałe miasteczko, przyciągnęło turystów, zwiększyło wpływy z podatków. Za te wpływy by można płacić normalny czysnsz Kościołowi za Ósemkę. Brzmi uczciwie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Będzie jednak inaczej. Być może znikną miejsca kształtujące ducha miasta. W różny sposób, w różnych celach mocno dające do myślenia. Każące się zastonowić nad naszym miejscem w świecie. To są miejsca wyznaczające granice. Rozbrat przesuwa daleko granice wolności, Ósemka – granice tego, co nazywamy wykształceniem średnim. Każde z nich jest bardzo potrzebne w tym miejscu i w tym czasie. Co się z nimi stanie za chwilę? Czy wolność okaże się więcej warta niż 5 baniek? Czy tradycja szkoły przezwycięży interes ekonomiczny? Czy duch miasta oprze się interpretacji materialistycznej? Jedno jest pewne, bez Rozbratu z wolności zostanie tylko plac, a bez Ósemki wykształcenie będzie jeszcze bardziej średnie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1503324799155104228?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1503324799155104228/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/04/duch-miasta.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1503324799155104228'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1503324799155104228'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/04/duch-miasta.html' title='Duch miasta'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1976134483634080307</id><published>2009-04-06T13:55:00.000+02:00</published><updated>2011-01-14T16:03:08.077+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Opowiadania'/><title type='text'>Ostatni pociąg</title><content type='html'>Ostatni pociąg. Potem już nie ma nic. Potem jest tylko osobliwy zapach spóźnienia. Spóźnienia na wszystko. Potem już z Warszawy nie można się wydostać. Trzeba tu zostać. Trzeba stawić czoła katastrofie. Zapomnieć o piątkowym piwie z koleżankami w „Alchemii”. Nie przypominać o planach na weekend. Spacerze z mamą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszyscy chcą uciec. Pociągi są przepełnione. Perony falują zdesperowanym tłumem. Pięć minut. Pięć minut na pokonanie holu, schodów i wskoczenie do pociągu w ostatniej chwili. O biletach nie ma co myśleć. Przepłaci się u konduktora, ale się pojedzie. Gdybym teraz stanęła w kolejce do kasy, mogłabym od razu dzwonić po taksówkę do domu. Domu? Jakiego domu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warszawskie mieszkania to nie są żadne domy. Atrapy domów. Pokoje w hotelu robotniczym. Bez było i będzie. Istnieją tylko teraz. Tylko dla tych, którzy akurat z nich korzystają. A potem przestaną korzystać. Tak jak przestali inni. Dom to coś innego niż miejsce do mieszkania. Dom musi pachnieć i smakować. Czekać aż wrócisz z pracy. Witać poduszkami na kanapie. Ciepłą herbatą. Uśmiechem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natalia, choć mieszkała tu już cztery lata, nie potrafiła się zadomowić. Może, gdyby była z Podlasia albo z Lubelszczyzny, tak jak jej koleżanki i koledzy. Jak sąsiadki i sąsiedzi. Może wtedy byłoby łatwiej. Bez tego całego krakowskiego spleenu. Bez tęsknoty. Bez potrzeby budowania więzi z miejscem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak można zbudować więź z ulicą, gdzie same płoty? A za płotami bloki? Tłok, tłok, tłok. Przesuń się, kurwa, nie widzisz, że chcę przejść. Co za krowa! Jak tu śmierdzi. Kanapki grillowane. Kebaby. Hamburgery. Chińszczyzna. Zbiera mi się na wymioty. Może powinnam zostać. Po co mi ten wyjazd? Tutaj weekendy są znośne. Mniej ludzi. Łazienki. 3 minuty. Nie zdążę. Tęsknię. Kurwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Schody ruchome nieruchome. Trzeba zbiec. Przeklęta waliza. Mogłam zmienić szpilki na adidasy przed wyjściem. Stuk, stuk, stuk! Ała! Co się stało? Leżę. Mam nadzieję, że laptop się nie potłukł. Oj moja noga. Muszę się podnieść. Szybko. Pomóż mi, skurwielu! A, jasna cholera, złamałam obcas. Minuta. Nie zdążę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natalia nawet się nie podniosła. Łza ściekała jej po policzku. Znowu się nie udało. Co tydzień próbuje stąd wyjechać i co tydzień jej się nie udaje. Pociąg zawsze odjeżdża zbyt szybko. Ona zawsze przychodzi zbyt późno. Bo za dużo pracy. Bo nie może się zwolnić wcześniej. Bo korki. Bo tłok. Bo obcas. Bo coś tam. Co by się nie działo, ona nigdy nie zdąża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płaczącą ją zobaczył Stefan, który bieżył na ten sam pociąg. Ale bieżył wcześniej. Na tyle wcześniej, że już siedział w środku. W Warsie przy oknie. Bo Stefan miał taktykę wsiadania do Ostatniego Pociągu. Podczas, gdy inni pchali się do klasy pierwszej lub drugiej, on spokojnie wsiadał do wagonu restauracyjnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spokojnie jak spokojnie, bo bezpośrednie dzrzwi były oczywiście zamknięte. Trzeba było wsiąść przez wagon sąsiedni. Z jednej strony była zawsze pierwsza, a z drugiej druga klasa. Sztuka polegała na tym, że wsiadać przez pierwszą klasę, bo mniej ludzi i szybciej. Sztuka polegała na tym, żeby stanąć na peronie w tym miejscu, w którym stanie wagon pierwszej klasy sąsiadujący z Warsem. Wtedy człowiek był wygrany. Wtedy wiedział, że będzie siedział.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stefan miał to opanowane. Wiedział, że dla własnego komfortu, musi być na peronie przed wjazdem pociągu. Żeby zająć miejsce tuż przy krawędzi peronu. Stefan nigdy nie stawał w pobliżu innych podróżnych. Wiedział, że grupki pasażerów stojące na peronie są jak stada bezmyślnych antylop czekających na atak lwa. Stefan wolał jak tygrys przyczaić się między grupkami. Na wolnej przestrzeni. Nie było jej dużo, ale zawsze się jakaś znalazła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nigdy też Stefan nie szedł jak baran zgodnie z kierunkiem wjeżdżającego pociągu. Zawsze szedł wbrew. I dobrze na tym wychodził. Nigdy jeszcze, a jeździł już Ostatnim Pociągiem dwa lata, nie zabrakło dla niego stołka w Warsie. I teraz sobie siedział i obserwował spadającą ze schodów Natalię. Nie wiedział, że to Natalia, ale wiedział, że spada. Była piękna. Nie dlatego, że spada, ale dlatego, że miała czarującą, wielkooką twarz otoczoną długimi, kruczoczarnymi włosami. Nogi miała długie pod sufit. Figurę zgrabną jak siatkarka plażowa. Ale to wszystko właśnie leciało na pysk z nieruchomych schodów ruchomych na peronie 4 dworca centralnego w Warszawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak leci piękna kobieta, to trzeba łapać – pomyślał Stefan. Jak pomyślał, tak chciał zrobić, ale zanim zrobił, pociąg ruszył. Ruszył i sru. Jechał. Zniechęcony Stefan machnął ręką na lecącą Natalię i poszedł do bufetu. Żeby jechać Warsem, trzeba  bowiem zamówić konsumpcję. Najlepiej piwo, ale piwa zazwyczaj nie ma, bo nie wolno pić w pociągu. A w samolocie wolno. Ale samoloty nie latają tam, gdzie Stefan jechał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do bufetu musiał iść, bo to nie był jeden z tych komfortowych Warsów, w których podają kelnerzy ubrani w malownicze uniformy. To był jeden z tych Warsów, gdzie trzeba było samemu podejść i zamówić. Jajecznicę, bigos, schabowego, parówki, bułkę z serem lub szynką. Albo chociaż batona. I gdzie czasami spod lady sprzedawali piwo alkoholowe. Najlepiej było zamówić kawę albo piwo. Jak się jechało samotnie, to kawę, bo do kibla nie trzeba chodzić i cennego dobytku zostawiać. Ale można też było piwo w celu nawiązania przyjaźni z towarzyszem niedoli, który siedział na stołku przeciwnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem jednak na stołku przeciwnym usiadł radykalny dziennikarz prasy prawicowej. Stefan nie lubił prasy prawicowej, a zwłaszcza jej radykalnych dziennikarzy. A zwłaszcza tego dziennikarza, który bywał co prawda zabawny, ale bywał także niestety pijany. A kiedy występował w tym drugim stanie był nieznośny. Jego świdrujące oczka przeszywały cię na wylot, jego ruchliwe szare komórki analizowały każdą twoją wypowiedź, a jego niecierpiące sprzeciwu poglądy radykalizowały się jeszcze bardziej. Stefan nieraz widział co się działo z pasażerami, którzy pochopnie podjęli rozmowę z dziennikarzem. Jedni wyskakiwali w Łowiczu, inni w Kutnie, niektórzy dawali radę aż do Konina. Nieliczni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tymczasem Natalia wyła. Wyła na peronie jak syrena. Nie mogła bowiem dziewczyna przeboleć niezdążenia kolejnego na pociąg. Nie mogła się pozbierać z upadku. Pociąg ruszał, ona leżała. I wyła. Wycie jej rozrywało konstrukcję dworca centralnego. Parło w górę niczym prom kosmiczny. Roznosiło atmosferę po kosmosie całym. Atmosferę grozy i porażki. Wiedziała, że tego nie przeżyje. Czuła, że musi wyjechać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czuła to, co czują wszyscy uciekający w piątek z tego miasta. Czuła głód emocji, wspomnień, zapachów i uczuć. Czuła serca ból, głowy pustkę. Musiała wyjechać, żeby nie stracić kontaktu. Nie przestać czuć i współczuć. Ci, którzy przestali wyjeżdżać, z czasem zaakceptowali pustkę. Oddali duszę temu miastu. Miastu, które pożera cudze serca i wspomnienia, bo nie ma swoich. Miastu, które jak dziecko bite w dzieciństwie, teraz odgrywa się na słabszych. Miastu, którego duch zginął 60 lat temu. Miastu, które teraz jak wampir wysysa życie z szukających w nim schronienia. Ci którzy, zostawali w Warszawie na weekend, oddawali jej z czasem swoje dusze i serca, nie dostając w zamian nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natalia się jeszcze broniła. Co weekend próbawała uciec do pielęgnowanych wspomnień. Do ukochanego Krakowa, do przyjaciółek z dzieciństwa. Do herbaty pitej z mamą w kuchni mieszkania przy Rynku Dębnickim. Do atmosfery Kazimierza. Do babci, którą odwiedza na cmentrzu salwatorskim, skąd patrzy wieczorem na piękną panoramę prawego brzegu. Jej brzegu. Do Wisły, nad którą się chodzi na spacery, do Wawelu, który się omija, żeby nie wpaść na masy turystów.&lt;br /&gt;Natalia czuła to wszystko, co czuli inni wyjeżdżąjący w piątek z Warszawy. Z tą małą różnicą, że oni siedzieli już w pociągach do swoich Krakowów, Bydgoszczów, Poznaniów, Olsztynów, Białystoków, Supraśli i Rzeszowów. A ona jedna leżała i wyła na peronie, bo ją pociąg zostawił. A choć wycie było głośne, to nikt na nią nie zwracał uwagi. Bo tu się nie zwraca uwagi na byle co. Bezdomni nadal żebrali, podróżni nadal się spieszyli, policjanci patrolowali, a kolejarze spóźniali pociągi. Mogła sobie wyć i wyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wycie jednak obudziło jedno sumienie. Jedno jedyne, ale dla tej sytuacji szalenie ważne sumienie. Sumienie Stefana. Sumienie Stefana zostało wyciem obudzone gdzieś między stolikami Warsu a bufetem. Gdzieś między Centralną a Zachodnią Warszawą. Gdzieś między sercem a rozumem. W każdym razie jak się obudziło to wstrząsnęło Stefanem i kazało mu wysiąść. Na Zachodniej kazało mu wysiąść i taksówkę zamówić. I pojechać na Centralną i pozbierać do kupy tę wyjącą kupkę nieszczęścia jaką Natalia teraz była.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trochę klął Stefan pod nosem, ale poszedł za głosem sumienia. Wysiadł na Zachodniej i wszedł w czeluść tunelu. Strasznego tunelu ogromnego aż do dworca PKS sięgającego. Łączącego Wolę z Ochotą. Tunelu, w którym można było kupić każdą gazetę wydaną po 1989 roku. Obojętne czy dziennik, czy miesięcznik. Czy „Poradnik domowy”, czy „Politykę”, czy „Kwartalnik wędkarza”. Wszystko tam było. A oprócz tego piwo najtańsze w stolicy i pyszności wszelakie. Kebaby, hamburgery, frytki takoż. I było tam jeszcze coś, co nazwać można duchem bezdusznej stolicy. Tymczasowość tam była okropna. Takie coś, że raz stoisko stało, a zaraz go mogło nie być, raz się portfel miało, a zaraz się mogło nie mieć. Nieczystość ogromna tam panowała i smród jednakowoż był. Miał jednak tunel ten jedną solidną zaletę. Był mianowicie przejściowy. Można było przejść na Ochotę, jeśli ktoś miał Wolę, albo przejść na Wolę, jeśli ktoś miał Ochotę. Stefan nie miał Woli ani Ochoty, był zawieszony pomiędzy nimi. Miał sumienie i szedł za nim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sumienie zamówiło mu taksówkę od strony Ochoty. Poszedł zatem wbrew Woli. I dobrze, bo tam tylko krzaki oraz sala Expo, gdzie niekiedy seksualne rekordy biją a niekiedy reklamy kręcą, a czasem nawet party światowe robią. A to wszystko w krzakach przy gazowni starej. Taksówkę lepiej zatem przy Ochocie złapać, bo i droga na Centralny krótsza i okoliczności znośniejsze. Pojechał Stefan na Centralny taksówką, pojechał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natalia wyła była w dalszym ciągu i w dalszym ciągu nikt nie zwracał na nią uwagi. Ot, kolejna pasażerka wyjąca z powodu odjechania pociągu. To się zdarza – dobrze o tym wiedzą starzy kolejarze, którzy niejedno wycie mogli usłyszeć. Dworzec Centralny nie takie rzeczy widział. Podobno kiedyś młoda Chinka jechała na studia do Berlina i miała przesiadkę w Warszawie. Tak się przesiadała, że została na kilka lat. Narkotyki, seks, mieszkanie w labiryntach podziemnej Warszawy. Becząca panienka ze złamanym obcasem nikogo tutaj nie wzruszy. Lepiej niech uważa, żeby jej laptopa nie świsnęli. Tak tę sytuację widziała pani z kiosku. Nie, żeby się jakoś szczególnie zainteresowała, ale miała akurat naprzeciwko okienka one nieruchome schody ruchome, z których Natalia zleciała na ryj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani z kiosku nie żałowała Natalii. W ogóle nie cierpiała przyjezdnych, młodych, zdolnych, dobrze zarabiających, wspinających się po szczeblach kariery. Takich, co się brzydzą kupić u niej bułkę z kotletem i idą aż do McDonalda albo Cofee Heaven. Nie lubiła ich. Nic, tylko wyborcza, dziennik, polityka i przekrój. Na galę albo samo życie nawet nie spojrzą. Wysoko głowę noszą. Mają gdzieś takich jak ona. Nawet nie zauważają. A jak się potrafią pieklić, jeśli nie ma wszystkich dodatków. Tfu, a niech se cipa sama nogi do kupy poskłada! I niech przestanie wyć!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taksówkarz, z którym jechali Stefan i jego sumienie, też nie lubił przyjezdnych. Szczególnie młodych, zdolnych, dobrze zarabiających, wspinających się po szczeblach kariery. Takich, co mają pretensje, że nie zna drogi, albo że samowolnie wybiera trasę. Albo nie dają napiwków. Albo nie chcą miło porozmawiać. Ten też jakiś taki małomówny. I do tego krótki kurs wziął. Mógłbym go chociaż do Krakowskiej przwieźć. Powiem, że korki w alejach. Eee, z twarzy mu źle patrzy. Będzie fikał. Wyrzucę go szybko na Centralnym, a tam złapię może jakiegoś jelenia do Tarchomina albo na Okęcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stefan patrzył na taksówkarza z niemą nienawiścią. Nie cierpiał tych skurwieli, co zawsze sami wybierają trasę, albo nie znają drogi, albo koniecznie chcą pogadać. Ten chociaż cicho siedzi. Czemu w tych taksówkach tak śmierdzi? We wszystkich jednakowo. Ktoś mówił Stefanowi, że to samochody sprowadzane z terenów popowodziowych. Wysuszone ale prześmierdłe. Prawda to czy nie prawda, śmierdzi gorzej jak na Centralnym. Dobrze chociaż, że mnie nie wiezie okrężną drogą. Przez Krakowską chociażby. Cwaniaki. Ile płacę? Dwanaście. Dziękuję, do widzenia. Do widzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy ona jeszcze jest na peronie? Może się pozbierała? Ale nie. Wycie słyszę jak słyszałem. Czyli ciągle tam leży i buczy. Muszę się spieszyć, jeśli chcemy stamtąd się wydostać przed zmrokiem. A lepiej się wydostać. Stefan postanowił działać szybko. Wiedział bowiem, co czeka tych, którzy nie zdążą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natalia natomiast nie wiedziała. Wielu rzeczy notabene nie wiedziała. To właściwie głupia gęś była. Ładna, wykształcona, inteligentna, ale głupia jak but. Dlatego jej jedyną metodą na porażkę był ryk. Ryk zagłuszający instynkt samozachowawczy. Nie brała w tym momencie pod uwagę grożących jej niebezpieczeństw. Nawet nie pamiętała treningów panowania nad sobą w sytuacjach ekstremalnych, jakie przeszła niedawno w swojej Korporacji. Natalia należała do tych ludzi, którzy świetnie radzą sobie w tzw. normalnym życiu, ale źle znoszą porażki. Choćby te najdrobniejsze. A ta wcale drobna nie była. Nad Natalią zawisło naprawdę wielkie niebezpieczeństwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawisło i wisiało. Wisiało i wisiało. Ale ona go nie widziała, nie czuła, nie miała jego świadomości. A Stefan miał. Oj miał Stefan świadomość. Biegł więc co tchu ze swoją świadomością. Wiedział, że ściga się z czasem i z tym co czas przynosi. Czuł, że tę dziewczynę musi uratować. Ona jeszcze była do uratowania. Jeszcze można było ją podnieść, ocucić, uspokoić. A potem porwać, zabrać, wywieźć. Naprawdę Ostatnim Pociągiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naprawdę Ostatni Pociąg, który był ich jedyną nadzieją, o czym Stefan świetnie wiedział, a Natalia naturalnie nie miała pojęcia. Naprawdę Ostatni Pociąg tym się mianowicie różnił od Ostatniego Pociągu, że wiedzieli o nim nieliczni. I jeszcze tym, że nigdy nie było wiadomo dokąd pojedzie. Pewne było tylko jedno. Że odjeżdża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopadł wreszcie Stefan nieruchomych schodów ruchomych. Zleciał po nich na złamanie karku. Dziewczyno, powiedział, nie rycz tak w niebogłosy, bo cała Warszawa Cię słyszy. Nie pokazuj po sobie słabości. Wstań. Podnieś się. I nie rycz. Oni tylko na to czekają. I czekają na to, że się nie podniesieś. Że zostaniesz tu i będą mogli zrobić z Tobą, co zechcą. Pamiętasz poprzednie weekendy? Chyba nie chcesz, żeby to się powtórzyło. Sama rozumiesz, że musisz uciekać. Natalia nie przestała ryczeć i buczeć. Na przemian ryczała i buczała, nie podnosząc się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ty nic nie rozumiesz, krzyczała do Stefana, on mi uciekł! Nie mam jak wyjechać, to był Ostatni Pociąg! I buuu i aaaa i yyyy! Ryk i wycie. Jatka. Stał chłopak nad dziewczyną. Stał prawie mężczyzna nad prawie kobietą. Właściwie oboje byli dorośli. To znaczy pełnili obowiązki dorosłych. Pracowali, zarabiali na siebie, mieszkali bez rodziców, wchodzili w związki międzypłciowe. Ale wszystko to jakby na pół gwizdka. Jakby bez przekonania. Jakby to była funkcja tymczasowa. Jakby zaraz mieli wrócić prawdziwi dorośli i wszystko jakoś ponaprawiać. Zrobić porządnie. Nie była to przypadłość tylko Stefana i Natalii. Zdawało się, że cały świat jakby był już tylko w zastępstwie. Nikt nie czuł pełnej odpowiedzialności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może nikt, a może jednak ktoś. Stefan czuł, że ktoś nad tym wszystkim panuje. Ma władzę kierować takimi jak on i ona. Niby daje im szansę na karierę, dostatnie życie, coś w rodzaju satysfakcji, ale tak naprawdę odbiera im tożsamość, osobowość, czyni absolutnie anonimowymi. Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy – śmiał się w duchu Stefan, choć nie do śmiechu mu było. Musiał pozbierać do kupy tę nieszczęsną dziewczynę. Baba z kiosku obok tylko spojrzała na niego z niechęcią. Książę z bajki, pomyślała pogardliwie, królewnę znalazł. Wzięła zamknęła kiosk i polazła w stronę holu, gdyż zbliżał nieuchronnie się czas, kiedy lepiej nie być na dworcu niż być.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczyno, opanuj się, mamy niewiele czasu. Stefan mocno potrząsnął Natalią, probując uzmysłowić jej grozę sytuacji. Mamy niewiele czasu, za chwilę odjedzie Naprawdę Ostatni Pociąg. Jeśli na niego nie zdążymy, zostaniemy. Wiesz co to znaczy. Zostaniemy w Warszawie na weekend. Kiedy to powiedział, sam się przeraził nie na żarty. Dopiero teraz dotarło do niego, że jeśli nie uda mu się podnieść tej laski, on także zostanie tutaj. On, który szczycił się tym, że od roku nie spędził weekendu w Warszawie. On, który pierwszy zrozumiał, czym to grozi. On, który pojął grozę sytuacji, jeszcze zanim inni pojęli. Jeszcze zanim zaczęła o tym pisać Wyborcza i Dziennik. Jeszcze zanim pierwszy materiał TVN o tym zrobił. Tak, on teraz był zagrożony. Został nominowany do pozostania w Warszawie. Czy był na to przygotowany? Czy poradzi sobie? Kto to może, cholera, wiedzieć? Nie tacy jak on robili tu karierę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wszelki wypadek wolał nie ryzykować. Żal mu było energii, którą włożył w ratowanie dziewczyny. Postanowił doprowadzić ratunek do końca. Chwycił ją mocno. Przerzucił przez ramię. Porwał walizę na kółeczkach i pochybotał się w stronę nieruchomych schodów ruchomych. Z trudem się na nie wdrapał, bo osiłkiem nie był. Siłownię pamiętał tylko z licealnego wf-u. Śmierdziało w niej potem i adrenaliną. Ani jedno ani drugie nie było w jego guście. Dlatego nie był silny. Ale Natalię uniósł. I jej walizeczkę na kółeczkach też. No i swój plecak wypełniony tylko tym co trzeba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tracąc dech przebiegł przez pustoszejące przejście podziemne. Wszyscy, którzy jeszcze nie uciekli do domów czy pociągów, starali się to zrobić jak najszybciej i jak najdyskretniej. Przemykali żwawo do wyjść. Niektórzy kierowali się w tę samą stronę co Stefan, wiedząc, że jeszcze mają szansę załapać się na Naprawdę Ostatni Pociąg. Ażeby do niego wsiąść, trzeba było wiedzieć, gdzie jest. A był on dobrze schowany. Peron, z którego startował owiany był tajemnicą. Wiedzieli o nim tylko kolejarze, którzy mieli nim jechać, ich rodziny, które z niego korzystały, oraz przyjaciele rodzin, którzy łaskawie, w wiekiej konfidencji byli o nim informowani. Stefan nie należał do żadnej z tych grup, był więc elementem w pociągu źle widzianym. Wiedział o tym na szczęście, dzięki czemu mógł podjąć środki zaradcze w postaci niepodpadania pasażerom dobrze widzianym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tej chwili Stefan nie mógł jednak zrobić wszystkiego tak jak zwykle, ponieważ był z wyjącą Natalią, która choć trochę się już zdążyła uspokoić, to jednak nadal zwracała na siebie uwagę głośnym pochlipywaniem i smarkaniem. Poza tym, wystarczająco dziwnie wyglądali nawet bez tych odgłosów. Rzadko przecież widzi się na dworcach, zwłaszcza wieczorem, mężczyznę niosącego kobietę. Sytuacja niby normalna, ale jest w niej coś nieadekwatnego. Pachnącego postmodernizmem. A kto jak kto, ale ludzie jadący Naprawdę Ostatnim Pociągiem nie lubili tego zapachu. Wzbudzał w nich niepokój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście peron był niemal pusty, wszyscy pasażerowie siedzieli już wewnątrz. Zaraz odjazd. Stefan, jak tylko się dało najszybciej, podbiegł do wagonu pierwszej klasy. Ponieważ drzwi były zamknięte, odłożył dziewczynę na bok i począł je otwierać. Każdy, kto jechał polskim pociągiem, wie jak heroicznego zadania podjął się Stefan. Sprawne otworzenie drzwi wagonu przekraczało często możliwości najbardziej doświadczonych kolejarzy, o pasażerach nie wspominając. Drzwi potrafiły stawić tak skuteczny opór, że odpadali najtwardsi zawodnicy. Może był na nie jakiś tajemny sposób, znany najtęższym polskim inżynierom, ale nie był to sposób rozpowszechniony wśród ludności cywilnej. Stefan też go nie znał. Po prostu liczył, że mu się uda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Udało mu się. Wstawił Natalię i sam wszedł. W ostatniej chwili. Pociąg ruszył. Znaleźli przedział. Usiedli. Zasnęli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spali długo, bo jechali długo. Natalia spała bardziej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stefan spał wystarczająco. Wystarczająco, żeby okazać bilet, gdy tego zażądano. Wystarczająco, żeby pomyśleć, co dalej. Wystarczająco wreszcie, żeby zrozumieć, jaką odpowiedzialność wziął na siebie. Odpowiedzialność siedziała naprzeciw Stefana i spała. Zasnęła jak suseł. Po tych wszystkich emocjach, nic dziwnego. Stefan zdał sobie sprawę, że ona była zdana na niego. Sama nie ogarniała sytuacji. Musiał jej wszystko spokojnie wyjaśnić. Nie wiedział tylko, czy zrozumie. Właściwie był pewien, że nie zrozumie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zrozumiała. Kiedy już siedzieli w obskurnym barze przy dworcu, on jej tłumaczył, a ona nie rozumiała. Nie rozumiała i nie rozumiała. Jakby zapomniała, co się działo wczoraj wieczorem. Jakby nie miała pojęcia, co jej groziło. Miała nawet pretensje, że się wtrąca w nie swoje sprawy. Przecież nic by się nie stało, gdyby została w Warszawie. Już wielokrotnie zostawała i nic. Jakoś to było. I przecież nie chciała za wszelką cenę wyjeżdżać. Chciała jechać do domu. Do mamy. A nie gdziekolwiek. Nie na drugi koniec Polski. Na pewno nie do zabitej dechami stacji Zagórz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Gdzie to w ogóle, kurwa, jest? – zapytała Natalia rzeczowo, ale nie czekała na odpowiedź. – Po co mnie tu przywiozłeś? Jesteś jakimś dewiantem, wariatem? Porywasz dla okupu? Czego ode mnie chcesz? Co ty mi pierdolisz o duszy, sercu, szukaniu właściwej drogi? Pojebało Cię? Mam świetną pracę. Mam obiecany awans. Szef mnie uwielbia. Czego ja jeszcze mam szukać? Przed czym uciekać? Mam nadzieję, że w nocy niczego nie próbowałeś. Wyglądasz uczciwie, ale właśnie tacy jak ty są najgorsi. Moją koleżankę z akademika kiedyś...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stefan nie mógł dłużej słuchać tego jazgotu. Położył jej rękę na ustach. Natalia natychmiast zaczęła się wyrywać i bucześ coś niezrozumiałego. Pewnie krzyczała, żeby ją puścił i „ratunku!”. Takie rzeczy się zazwyczaj wyrzuca z siebie w takich okolicznościach. Natalia nie była oryginalna. Była ładna i zgrabna, ale nie była oryginalna. Właśnie tego nie mógł znieść Stefan. Na chuj ją ratowałem? – zapytał sam siebie. A do niej nie powiedział nic specjalnego. Chcesz się wykąpać – zapytał? Pokiwała głową, że tak. Puścił jej usta. Chuj. – powiedziała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zabrał ją do znanego sobie schroniska młodzieżowego. Właściwie do zwykłej szkoły, w której na lato poustawiano prycze, żeby się nie marnowała. Poustawiano prycze, ale nie zainstalowano natrysków. Natalia nie była zachwycona. Sklęła Stefana. On jej powiedział, że mogą się wykąpać w rzece, jeśli chce. Nie chciała. Postanowiła poradzić sobie przy pomocy umywalki i miski, którą znalazła w schowku. Łatwo nie było, ale ostatecznie uznała, że się odświeżyła. Stefan w tym czasie zrobił zakupy. Kupił serek zbyt tłusty, żeby Natalia go zjadła. Kupił pieczywo zbyt białe, żeby Natalia je zjadła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stefan już wiedział, że popełnił błąd. Postanowił uratować złą dziewczynę. Pomylić się łatwo. Są dziewczyny, które wyglądają całkiem inteligentnie, a potem się okazuje, że to tylko makijaż.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1976134483634080307?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1976134483634080307/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/04/ostatni-pociag.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1976134483634080307'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1976134483634080307'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/04/ostatni-pociag.html' title='Ostatni pociąg'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-2998499895846158325</id><published>2009-02-15T17:48:00.003+01:00</published><updated>2011-01-14T16:05:58.588+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Gala rety!</title><content type='html'>Warzywo startowało w konkursie. Zostało wyróżnione w swojej kategorii (blogi literackie) i zaproszone na okolicznościową galę. Warzywo wysłało delegację. Delegacja pojechała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gala się odbywała w samym centrum Warszawy. W restauracji o wysokim luskusie. Delegacja się najadła i napiła jak trzeba. Warto zauważyć, że bufet i bar były uzupełniane, co nie jest niestety standardem na galach i bankietach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Było dużo znanych ludzi takich jak: Joanna Senyszyn, Janusz Korwin-Mikke, Jacek Żakowski, Rafał Bryndal, Maciej Mazur, Rafał Maserak, Stanisław Michalkiewicz oraz Adam Fidusiewicz. Jak ktoś rozpoznaje wszystkie te osoby, to jest dobry. Delegacja rozpoznawała w dwie osoby z dużą pomocą zaprzyjaźnionych bloggerów a i tak mogła kogoś znanego przeoczyć, bo się tam sporo luda kręciło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie było dużo znanych ludzi, którzy powinni być, takich jak: Wojciech Mann, Sławomir Shuty, Grupa Twożywo, Krystyna Janda i Wojciech Opyd. Delegacja była bardzo niepocieszona ich absencją.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Była ekipa telewizyjna TVN oraz jakieś inne ekipy. Delegacja nie została ujęta w relację, chociaż wyraziła zgodę. Nie to nie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Galę prowadził Oliwier Janiak. Delegacja się zastanawiała, dlaczego właśnie on. Nic nie wskazywało, że gali nie może poprowadzić dowolna inna osoba z równym powodzeniem. Na przykład Wojciech Opyd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak nie prowadził Oliwier Janiak, to występował zespół Audiofeels. To jest zespół, który wygrał jakiś program w TVN. Polega na tym, że chłopaki nie mają instrumentów i wszystko robią ustami. Najlepiej robią gitarę. Delegacja przyjęła ich występ z godnością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagrody zostały wręczone. Delegacja nic nie dostała. No, prawie nic. Dostała torbę z gadżetami. W torbie były: notes Onet.pl, portfel Onet.pl, długopis, 2 smycze oraz obrandowana krówka. Delegacja chciała zbierać do notesu autografy znanych ludzi, ale potem jej się odechciało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagrody dostały dość dziwne blogi. Zwłaszcza dziwny blog dostał nagrodę w kategorii, w której startowało Warzywo. Delegacja jednak była tak zaskoczona odkryciem, co to są w ogóle te blogi i do czego służą, że przeszła do porządku dziennego nad tym, że Warzywo dziwnym zbiegiem okoliczności nie wygrało skutera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dużo większe faux pas popełniła koleżanka bloggerka, którą redaktor Muth zapoznał kiedyś przy okazji budowania mostów między sobą a urażonymi środowiskami twórczymi Poznania. Koleżanka jest miłą, wykształconą dziewczyną, a przy tym rokującym doktorantem UAM. Prowadzi, jak się okazuje, bardzo ciekawego &lt;a href="http://daftpunkisplayingatmyhouse.blox.pl/html"&gt;bloga o kulturze&lt;/a&gt;. Delegacja spotkała ją na gali i nie poznała z powodu koloru włosów. Ale ona poznała delegację i potem już piliśmy razem. Niestety, koleżanka dość głośno wyraziła swój pogląd na temat werdyktu pana Shuty. Słyszała to, Bogu ducha winna zwyciężczyni, której się zrobiło niemiło. Niedobrze, że się dzieją takie rzeczy. A wystarczyło dać nagrodę Warzywu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koleżanka bloggerka też nie dostała nagrody. Delegacja uważa, że niesłusznie, ale nie chce urazić pana Manna oraz zwycięzcy kategorii, więc nic nie napisze, co myśli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza tym nic się nie działo. Trochę tańce się zaczęły, ale słabo. Głównie salę zapełniał managment Onet.pl z prezesem i częścią zarządu, którą kiedyś copywriter Muth miał okazję poznać, ale teraz udawał, że nie wie o co chodzi. Delegacja solidaryzowała się z copywriterem Muthem. Wino raz było białe, a raz czerwone.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale jak się tak już nic nie działo, to na salę wpłynął żabką Robert Leszczyński. Nie był chyba zbyt świeży, ale za to mocno dzierżył całkiem zgrabne wiosło, którym na przemian odpychał się od dna i machał, rozpaczliwie próbując dopłynąć do szczęśliwego brzegu. Delegacja kibicowała sympatycznemu dziennikarzowi przez kilkanaście minut, ale potem się odwaliła od niego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po powrocie z gali odbyło się spotkanie redakcyjne, na którym mieliśmy ustalić, co poszło nie tak, a co poszło tak. Redakcja podzieliła się na skrzydła oraz jak również frakcje. Skrzydło marketingowe uznało, że cel został osiągnięty, to znaczy: czytelników przybyło, ludzie o Warzywie usłyszeli, był szum i efekt WOM. Skrzydło motoryzacyjne uznało, że to klęska, bo nie ma skutera. Frakcja artystyczna była rozczarowana brakiem środków na rozbudowę holdingu artystycznego. Frakcja radykalna uznała, że to wstyd uczestniczyć w cyrku reklamowym wielkiej korporacji. Frakcja zdrowego rozsądku się napiła i pojadła. Redaktor Muth się zasępił, bo pamiętał, co się stało z niegdysiejszym Dickiem Donovanem po zajęciu drugiego miejsca w konkursie poetyckim. Dick do dziś się do końca nie odbudował.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie ustalono, że start zakończył się umiarkowanym sukcesem, choć oczywiście mogło być lepiej. Postanowiono nie ryzykować wyjazdu na konkurs poezji śpiewanej do Sandomierza i skupić się na rozbudowie rozpoczętych projektów. Poza tym trzeba wreszcie przyznać, że Warzywo nie jest klasycznym blogiem i raczej nigdy nie będzie. Nieporozumienie wynika jak zwykle z ignorancji redakcji. Nikt przy zakładaniu nie sprawdził, co właściwie zakłada.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-2998499895846158325?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/2998499895846158325/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/02/gala-rety.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2998499895846158325'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2998499895846158325'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/02/gala-rety.html' title='Gala rety!'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1363103559268012101</id><published>2009-02-02T07:49:00.006+01:00</published><updated>2011-01-14T16:14:11.901+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Info'/><title type='text'>Dwie rurki w sosie i skończyło się</title><content type='html'>Już się skończył konkurs Blog Roku 2008. Warzywo było nawet w ścisłym finale kategorii bloga literackiego, ale nie wygrało. Tak więc nie będzie wesołej jazdy na skuterze po Plantach. Nie będzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W czwartek część redakcji jedzie na Galę, to potem zda relację, co poszło nie tak, że skutera nie udało się wygrać. Winnych w redakcji (czy poza nią) znajdziemy z pewnością. Na razie przygotowujemy się do startu w konkursie poezji śpiewanej w Sandomierzu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gratulujemy tym, co im się udało zdobyć skutera. Dziękujemy tym, co głosowali na Warzywo.&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/SUtvOg0CM3I/AAAAAAAAADw/ZntWMg4EJKI/s1600-h/1_obrazek36.gif"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1363103559268012101?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://www.blogroku.pl/' title='Dwie rurki w sosie i skończyło się'/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1363103559268012101/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/02/konkurs-trwa.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1363103559268012101'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1363103559268012101'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/02/konkurs-trwa.html' title='Dwie rurki w sosie i skończyło się'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-5289148690893914220</id><published>2009-02-02T07:46:00.000+01:00</published><updated>2011-01-14T16:03:08.077+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Opowiadania'/><title type='text'>Frontman, który był nieśmiały</title><content type='html'>Frontman to jest zazwyczaj śmiały koleś. Staje przed publicznością pewny siebie i robi wrażenie. Wie, że robi wrażenie, stąd jego pewność siebie. Śpiewa, krzyczy, rozgrzewa, podnieca, zapładnia. Frontman rządzi. Jak Bono, jak Jagger, jak Grzegorz Markowski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wszyscy jednak frontmani mają szczęście urodzić się pewnymi siebie. Niektórzy, pechowcy, rodzą się niepewni. Niepewni jak dwulicowy agent. Niepewni jak alianci Polski w 1939 roku. Niepewni jak Mata Hari. Niepewni jak zaopatrzenie w Kefirku na Karmelickiej. Niepewni jak huśtawka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oni, ci niepewni, często lepiej sobie radzą od tych zadufanych pewniaczków. Całą swoją charyzmę ładują w przezwyciężenie nieśmiałości. Taki zakomleksiony Morrisson na przykład. Albo zamroczony Cobain. Albo zachłyśnięty Maleńczuk. Cały sukces z nieśmiałości. I cała klęska, notabene, też.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Posłuchajcie więc o frontmanie, co nieśmiały był, co nieśmiały był. Bardzo dużo pił. Na krawędzi żył. Dłubał w nosie na scenie, rzucał w publiczność nasienie. A ludzie mu wybaczali, a ludzie mu wybaczali. Bo dobrze wszyscy wiedzieli. Bo świetnie wszyscy wiedzieli, że frontman był, że frontman był. Że frontman był nieśmiały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Charyzmę miał chłopak jak marszałek Senatu, dawał dziewczynom do wiwatu. Nie oparła się jemu żadna, brzydka też była czy raczej ładna. On również żadnej nie odpuszczał, czasami jakiejś manto spuszczał. Chłopaki też go uwielbiali. Bo dobrze wszyscy wiedzieli. Bo świetnie wszyscy wiedzieli, że frontman był nieśmiały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wewnętrznie czuł się buddystą, stepowym wilkiem, artystą. Nie dał się dmuchać psom Babilonu, za koncerty żądał bilonu. Bilonem płacił przy barze, pił dużo, jadł mało, potem zdejmował spodnie i krzyczał „Ja Wam, psy Babilonu, pokażę!“. Ale psy się nie oburzały. Bo najlepiej wiedziały, że frontman po prostu był nieśmiały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zrobił karierę światową, zrewolucjonizował muzykę rockową. Cieszył się powodzeniem, był guru, sławą, marzeniem. Po plecach go klepali i pieniądze zarabiali. Wszyscy go podziwiali. Choć świetnie wiedzieli, że frontman był. Że frontman był. Że frontman był nieśmiały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziwacznie się zachowywał momentami, do publiczności zawsze stawał plecami. Jakby soboru nie było, wyznawców wolał mieć z tyłu. Nigdy się nie odwracał, choć fanki błagały. Był nieubłagany, a one płakały. Choć najlepiej czuły. Że frontman był. Że frontman był. Że frontman był nieśmiały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miał wszystko, był gwiazdą, był mitem. Pogubił się jednak przy tem. Odurzał się narkotykami, bywało, że kopulował z psami. Sięgał chętnie rynsztoka, nocami nie zmrużał oka. Skandal miał wtedy na imię, obraził papieża w Rzymie. Ten mu odpowiedział: „Ech człowieku mały, Pan Ci to wybaczy, bo widzi żeś nieśmiały“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale frontman nie słuchał nikogo, szedł dalej własną drogą. Zygzakiem szedł, bo ciągle pijany. Doszedł w końcu do ściany. Gdy doszedł, to się odwrócił, swój przebój skrzekliwie zanucił. Podniósł oczy, zobaczył, ile dla ludzi znaczy. Zawołał: „cholera, świecie cały, czy Ty nie widzisz, czy Ty nie widzisz, że jestem tylko nieśmiały!?“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A ludzie tańczyli, bo gitary zagrały. A frontman patrzył, patrzył, patrzył i ból go ogarnął niemały. Zlazł ze sceny, pojechał do hotelu, usiadł ciężko w fotelu. Wziął różowe, zielone i białe, napchał sobie usta całe. Popił whisky, wziął nóż i sandały. Zasnął. Śniło mu się, że jest okropnie nieśmiały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znaleźli go nazajutrz kompletnie nieżywego, na kawałeczki pokrojonego. Częściowo w łazience, częściowo w pokoju, nie żył frontman tu, nie żył frontman tam. Niech spoczywa w spokoju. W wannie była głowa, na łóżku nogi leżały. Frontman się urżnął, bo był nieśmiały. Frontman się urżnął, bo był nieśmiały.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-5289148690893914220?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/5289148690893914220/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/02/frontman-ktory-by-niesmiay.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/5289148690893914220'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/5289148690893914220'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/02/frontman-ktory-by-niesmiay.html' title='Frontman, który był nieśmiały'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-4769773701368907866</id><published>2009-01-18T17:28:00.007+01:00</published><updated>2011-01-14T16:14:11.901+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Info'/><title type='text'>Dzięki za głosy</title><content type='html'>Warzywo dziękuje za głosy. Zajęło 6. miejsce w II etapie i zobaczymy, co będzie dalej.  Z tego co zrozumiałem, 10 pierwszych blogów się kwalifikuje do następnego etapu, w którym oceniają je jurorzy. Potem następuje ostatni etap, gdzie znowu będę Was zmuszał do głosowania, jeśli się tam Warzywo znajdzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak Warzywo wygra, to zrobi bankiet jakiego jeszcze polski Internet nie widział. I da się każdemu na skuterze przejechać, a potem go zlicytuje. Zyski zostaną przeznaczone na budowę holdingu artystycznego wokół Warzywa i Biuletynu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapraszam do czytania i jeszcze raz dzięki.&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/SUtvOg0CM3I/AAAAAAAAADw/ZntWMg4EJKI/s1600-h/1_obrazek36.gif"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-4769773701368907866?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://www.blogroku.pl/warzywo,gvsip,blog.html' title='Dzięki za głosy'/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/4769773701368907866/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/01/skuter-dla-warzywa.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4769773701368907866'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4769773701368907866'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/01/skuter-dla-warzywa.html' title='Dzięki za głosy'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-7975886267752168189</id><published>2009-01-18T17:27:00.000+01:00</published><updated>2011-01-14T16:03:08.078+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Opowiadania'/><title type='text'>Swoją drogą</title><content type='html'>O wyborze właściwej drogi można długo. Każdemu kiedyś zdarza się tak chwila, kiedy musi podjąć decyzję. W prawo czy w lewo? Do góry czy na dół? Z tarczą czy na tarczy? Z musztardą czy z keczupem? Trzecia czy czwarta RP? Zdrajca czy bohater? Być czy mieć? Pies czy Alchemia? Wiele jest pytań, na które odpowiedzi obiektywnie słusznej nie ma. Trzeba samemu ją w sobie odnaleźć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taką właśnie decyzję musiał podjąć Maurycy na dworcu w Poznaniu. Jeszcze wysiadając z taksówki nie spodziewał się tego, co miało go dopaść przy kasie biletowej nr 6. Nie spodziewał się, że spotka tam przeznaczenie. Nie przeczuwał, że zostanie poddany próbie. Miał na głowie inne sprawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracał z wakacji świątecznych u rodziców, podczas których miał odpocząć sobie od pracy. Od stresu. Od wyścigu. Od poczucia obowiązku. Od tych wszystkich pierdół, o których już tony książek napisano i kilometry filmów zrobiono. Nie odpoczął. To co się w nim nazbierało, nie dało mu odpocząć. Poczucie, że tracił czas na robienie rzeczy, w które nie wierzył, które go nie interesowały, które go denerwowały, to poczucie nie dało się zagłuszyć ciepłą rodzinną atmosferą, leniwymi spacerami ani nawet świąteczną ofertą telewizyjną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maurycy był bardzo rozdrażniony. Nie chciał wracać i nie chciał zostawać. Chciał się napić. Tak jak przez ostatni rok czy półtora, chciał uciec do tych kilku krakowskich knajp, w których lubił przesiadywać z takimi jak on mniej lub bardziej sfrustrowanymi młodymi ludźmi. Właściwie to chyba jedyny sens istnienia Krakowa – sanatorium dla zmęczonych, oaza dla spragnionych, towarzystwo dla samotnych. Duchowy Ciechocinek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracał więc do Krakowa, gdzie pracował jako redaktor Największego Portalu w Polsce. Gdzie udawał sprawnego menadżera, któremu zależy na tym, aby Największy Portal w Polsce był jeszcze większy. Musiał udawać, bo sam nie wiedział, po co ten Portal istnieje i do czego służy. Wiedział tylko, że daje mu co miesiąc pensję za udawanie zaangażowania i wmawianie ludziom, że to wszystko ma sens. Że sens ma ściganie się z innymi portalami, że sens ma wyprzedzanie ich i że sens ma wymyślanie dupcyngli, którymi Portal zaskoczy konkurencję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak widać Maurycy miał na tyle dosyć wszystkiego, że nie spodziewał się w najbliższym czasie żadnego przełomu. Niczego interesującego się nie spodziewał. Niczego. Myślał, że jak zwykle wsiądzie do pociągu i pogna przez Warszawę do Krakowa. Pogna z przesiadką, bo PKP nie potrafi puścić bezpośredniego pociągu z Poznania do Krakowa. To znaczy potrafi, ale przez Wrocław i Górny Śląsk, który to pociąg wlecze się ponad 7 godzin i zatrzymuje niemal wszędzie po drodze. Dla sprawnego menadżera to połączenie było zbyt nonsensowne, aby stanowiło sensowną alternatywę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maurycy wysiadł z taksówki i skierował się do holu głównego, gdzie jak zwykle śmierdziało smażonymi kurczakami oraz srającymi gołębiami. Dziś wyczuwalna była też nuta przypalonych kanapek grillowanych. Dworzec poznański i tak nie śmierdział najgorzej. Na warszawskich czasami trudno powstrzymać odruch wymiotny, a w Katowicach w ogóle lepiej nie oddychać zanim się nie wyjdzie na peron. Wiadomo, w Poznaniu porządek musi być.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kasy jak zwykle były w większości nieczynne. Maurycy wielokrotnie się w różnych towarzystwach zastanawiał, dlaczego w holach dworcowych jest aż kilkanaście kas, skoro czynne w jednym momencie są zazwyczaj tylko trzy lub cztery. Nikt nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć. Maurycy też nie. Tym bardziej teraz, kiedy był w wyjątkowo złym nastroju. Skierował się do takiej, która miała najkrótszą kolejkę. Tylko 3 osoby. Stanął sobie i cierpliwie czekał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczyna stojąca przed nim nie była tak cierpliwa. Wierciła się na swoim miejscu. Całkiem ładna to dziewczyna była. Tak przynajmniej ocenił Maurycy. Młoda i ciemnowłosa. Ciemnooka chyba również, ale Maurycy nigdy w to nie wnikał. Całość oceniał, a nie niuanse. Całościowo była ładna. Wyglądała na studentkę. Ubiór jeszcze lekko niestaranny, spojrzenie naiwne, ale już czarujące. A może czarujące, bo naiwne. Maurycy nie miał czasu się zastanowić, bo dziewczyna się do niego zwróciła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uśmiechając się szeroko i bezustannie, zapytała – Nie wie Pan przypadkiem, dlaczego przy tej kasie jest tak mała kolejka, bo boję się, że coś z nią jest nie tak? Maurycy dotychczas nie zastanawiał się nad długością kolejki. Wiedział, że należy to zrobić, ale był dziś wyjątkowo nieobecny. Gdy dziewczyna zwróciła uwagę na fakt nieadekwatnej długości ich kolejki, poczuł rosnący niepokój. Może to jest kasa międzynarodowa? Może ma za chwilę przerwę śniadaniową i kasjerka zamknie kasę tuż przed jego pechowym nosem? Kasjerki są nieubłagane. Przerwa to przerwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozejrzał się nerwowo po holu i nie znalazł powodu. Przy ich kasie było mniej ludzi bez powodu. – Niestety, nie wiem, ale wygląda na to, że kasa jest w porządku – odpowiedział dziewczynie z trudem, bo słowa wydostawały się z niego z trudem. Zawsze gdy miał depresję, słowa wydostawały się z trudem. Z truuudem. – Nie chciałabym się pomylić, bo pociąg już za 15 minut – dziewczyna uśmiechnęła się promiennie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maurycy się oduśmiechnął. Z trudem. Oj, z truuudem. Nie chciało mu się uśmiechać. Nie chciało mu się gadać. Chciał tylko kupić bilet i odjechać. Jego pociąg był za pół godziny, więc tak czy siak zdąży. Ciekawe  dokąd jedzie – zadał sobie pytanie. Chyba nie do Krakowa. Chociaż może. 15 minut przed jego intercity jedzie pospieszny przez Wrocław. Rozważał tę opcję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pociągi wyjeżdżały niemal równocześnie, ale pospieszny jechał ponad godzinę dłużej. Intercity przez Warszawę, nawet wliczając przesiadkę, był szybszy. I wygodniejszy. Bardziej komfortowy. Kawę w nim podawali z ciasteczkiem. I miał prąd do laptopa. I Gazętę Wyborczą gratis. Za to kosztował chyba stówę więcej. Redaktora naczelnego Największego Portalu w Polsce było jednak stać na takie fanaberie. Tłumaczył sobie, że to forma dodatkowego wynagrodzenia za trud bezsensownej pracy. Wiedział, że głupio sobie tłumaczy, ale trochę mu pomagało. Pospieszne pociągi w Polsce to zawsze ryzyko nudy, brudu, braku Warsu oraz trudnego do zniesienia towarzystwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć z drugiej strony, pospieszny to przygoda. Nigdy nie wiadomo kogo tam się spotka, pozna, zauważy. Nigdy nie wiadomo, gdzie się wysiądzie. Z intercity nie ma przypadku. Wszyscy w pociągu są tacy sami, stacji nawet nie widać, bo szybko je mija. Poza laptopem i gazetą nie ma się czym zająć. Można tylko do Warsu pójść na schabowego albo palcek meksykański. Nie ma uśmiechniętych studentek, tylko młode ambitne pracownice korporacji. Biznes women. Potwory i spółka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maurycy myśłał, a dziewczyna nadal się wierciła. Zerkała na inne kolejki, czytała wszystkie możliwe tabliczki i co jakiś czas rzucała okiem na Maurycego. On coraz bardziej miał wrażenie, że jej wiercenie nie jest związane z kasą, ale raczej z przeznaczeniem. Z jego przeznaczeniem. Ona się wierci, żeby zwrócić jego uwagę na dylemat. Dylemat, którą drogą jechać. Którą iść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejka szła bardzo wolno, choć przed nimi stały tylko dwie osoby. Kasjerka się nie spieszyła. A może się spieszyła, ale procedury ją wstrzymywały. W każdym razie sporo już czasu w kolejce stali. To znaczy Maurycy stał, a dziewczyna sie wierciła. Była jak antylopa w brzuchu węża. Rozsadzała linearną strukturę swoim odbieganiem na boki. Raz wystawała z lewej, innym razem z prawej. Raz była wyżej, raz niżej. Kręciła nogą albo ręką. Głowa jej podskakiwała jak piłka do koszykówki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Strasznie długo to trwa. Chyba już wiem, dlaczego w tej kolejce tak mało osób? – zagaiła Maurycego ponownie. Tym razem zdobył się tylko na produkt uśmiechopodobny. Dziewczyna odpowiedziała smutnym spojrzeniem. Zraniłem ją – pomyślał Maurycy. Chciała tylko miło zagadać, a ja nawet słowa nie wykrztusiłem. Zdobył się więc na przyjazny gest rozłożonych rąk, który w jego mniemaniu miał mówić – Tak, tak, strasznie to długo trwa, ale co możemy poradzić? Dziewczyny to chyba nie zadowoliło, bo przestała się wiercić i odwróciła w kierunku kasy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Było mu przykro, ale nic nie mógł poradzić. Depresja. Intensywnie zaczął jednak myśleć o dziewczynie. Nie dawała mu spokoju. Dlaczego? Dokąd jedzie? Czy nie powinien jechać z nią? Zdawała się być metaforą tego, co zostawił gdzieś daleko za sobą. Trudno to nawet nazwać. Wiara? Nadzieja? Ciekawość świata? Miłość? Niewinność? Naiwność? Chyba wszystko razem. Wszystko, za czym tęsknił, odkąd zaczął pracę w pierwszej redakcji kilka lat temu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczyna była już przy okienku. Usłyszał, że kupuje bilet do Krakowa pospiesznym przez Wrocław. Wiedział już, że nie przypadkiem ją spotkał. Nie przypadkiem się wierciła. Nie przypadkiem łypała na niego. Przez głowę przeleciała mu jedna myśl. Jechać z nią. Dowiedzieć się o co chodzi z tym przeznaczeniem. Znaleźć nową drogę albo wrócić na starą. Zaraz jednak przypomniał sobie, że nie może tak wszystkiego rzucić. Przecież w Krakowie czeka na niego Meg. Przecież w Krakowie czeka na niego odpowiedzialna praca. Przecież w Krakowie czekają ludzie, którzy mu uwierzyli, że zbuduje Największy Portal na Świecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kasjerka się guzdrała z biletem do Krakowa przez Wrocław, a Maurycy gonił się z myślami. Co Meg? Głupiutka dziewczyna z Kanady, która wierzy, że joga pozwoli jej znaleźć sesns życia. Rozpuszczona wszystkodającym kapitalizmem. Mająca więcej pieniędzy na koncie niż Największy Portal w Polsce, choć nie zarobiła własnymi rękoma ani grosza. Wydaje fortunę rodziców, żeby naprawiać świat. Karmi dzieci z Somalii i myje pijaków z Dietla. Zasłuchana w U2 marzy o redystrubucji i rewolucji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co praca? Co ludzie? Przecież każdy ma własny rozum. Przecież oni lepiej wiedzą, co robić niż on. Nie mają skrupułów. Nie mają wątpliwości. Nie będą za nim tęsknić. Więc może jednak pojadę przez Wrocław? Pojadę i zobaczę. Może tylko mi się zdawało, że to ważne. Może skończy się na niczym. – Słucham?! – przerwała mu wrzaskiem kasjerka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Do Krakowa, z przesiadką w Warszawie – powiedział, podając wcześniej przygotowaną kartkę z wypisanym połączeniem. Kartka okazała się niewiele pomocna, ponieważ nie było na niej numerów pociągu. Kasjerka zniknęła na zapleczu w poszukiwaniu numerów, bez których nie mogła wystukać w komputerze odpowiedniego połączenia. Maurycy w tym czasie zdążył przyjąć jeszcze jedno smutne spojrzenie dziewczyny, która schowała bilet, dźwignęła torbę i zrezygnowanym krokiem poszła w kierunku swojego pociągu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maurycy dostał swoje bilety, poszedł na swój pociąg. Jeszcze przed Warszawą zerwał z Meg. Gdzieś w okolicach Miechowa nie był już redaktorem naczelnym Największego Potalu w Polsce. Gdy wysiadał w Krakowie wiedział tylko jedno. Wiedział, że chce poczekać aż przyjedzie pociąg pospieszny z Poznania przez Wrocław. Wiedział, że chce poczekać aż przyjedzie jego przeznaczenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak musiał, tak zrobił. Pospieszny przyjechał. Dziewczyna wysiadła. Nie sama. Obok niej szedł wysoki mężczyzna w wieku Maurycego. Nie stary, nie młody. Wyglądał niemal identycznie jak redaktor naczelny Konkurencyjnego Portalu. Niemal identycznie to mało powiedziane. To był redaktor naczelny Konkurencyjnego Portalu. Maurycy odruchowo przywitał się ze swoim największym do niedawna wrogiem. Zapytał, co u niego. – Nic wielkiego, wracam ze świątecznej wizyty u rodziców we Wrocławiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maurycy spojrzał na dziewczynę, co nie umknęło redaktorowi naczelnemu Konkurencyjnego Portalu. – Ale ze mnie gapa, nie przedstawiłem, to jest Alicja. Jedzie z Poznania. Właśnie ją przyjąłem na staż w naszym Portalu. Maurycy wyciągnął rękę na powitanie. – A to jest Maurycy. Redaktor naczelny Największego Portalu w Polsce – powiedział redaktor naczelny Portalu Konkurencyjnego. – Już nie, zwolniłem się – powiedział beznamiętnym głosem Maurycy – muszę już lecieć. Do widzenia – zakończył. I poszedł. Swoją drogą.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-7975886267752168189?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/7975886267752168189/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/01/swojdrog.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/7975886267752168189'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/7975886267752168189'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/01/swojdrog.html' title='Swoją drogą'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-202543762761885876</id><published>2009-01-11T20:20:00.000+01:00</published><updated>2011-01-14T16:07:59.820+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Prawda w prawdzie</title><content type='html'>Teoretycznie to mnie melodramaty nie powinny wzruszać. W ogóle mnie nie powinny interesować nawet. W końcu umysł mam raczej ścisły, raczej ironiczny, racjonalny też raczej. A jednak, bywa, że mnie wzruszają. Bywa, że interesują. Nagle, bez ostrzeżenia, dają coś do zrozumienia. Budzą ludzkie uczucia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie widziałem ich zbyt wiele, nie czytałem ich z wypiekami na twarzy. Kilka jednak pięknych historii pamiętam dobrze, a niektóre nawet lepiej. Taka na przykład &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Casablanca&lt;/span&gt; i słynna scena z odlatującą blodnyną, jak ten mały Rick z Francuzikiem odchodzą we mgłę. Albo Omar Shariff z jego rozdwojeniem uczuć między Julie Christie i Geraldine Chaplin na tle rewolucji październikowej. Albo pełne zielonej trawy melodramty anglosaskie na podstawie Williama Jamesa lub Jane Austen. Do dziś mi serce krwawi, gdy widzę beczącą Keirę, Emmę czy Kate, bo ich właśnie zawiódł Anthony, Hugh czy inny James.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polskie melodramaty dużo gorzej na tym tle wyglądają. Raczej nie wytrzymują porównania. Raczej z trudem chwytają za serce. Ani jeden w tej chwili do głowy nie przychodzi. No bo przecież nie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Trędowata&lt;/span&gt;, nie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Noce i dnie&lt;/span&gt;, nie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wierna rzeka&lt;/span&gt; i nie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hrabina Cosel&lt;/span&gt;. Nie, nie i nie! Brrr, to nie są dla mnie melodramaty. Albo za smutne, albo za brzydkie, albo za nudne. Nic w nich ciekawego. Nie umieją Polacy robić melodramatów. Za mało melo żeby przykryć dramat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najlepsze polskie filmy o miłości dotychczas to była obyczajówka bardziej niż romantyka. Jazz nie opera. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Do widzenia do jutra&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nóż w wodzie&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Niewinni czarodzieje&lt;/span&gt; to świetne filmy o uczuciach, w których uczucia właściwie nie występują. Są niewypowiadalne. Nie są serio. Nie umieją być. Zamykają się w cudzysłowach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co innego miłość w sytuacji beznadziejnej. Co innego miłość wbrew wszystkiemu. Co innego miłość wpleciona w ciernie historii. Wtedy widzimy Jandę rodzącą dziecko ubeka w stalinowskim wiezięniu. Wtedy widzimy młodych powstańców szukających wyjścia z&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Kanału&lt;/span&gt;. Wtedy płakać się nie tyle chce, co trzeba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale żeby tak połączyć piękno z tragizmem. Żeby się pokusić o pokazanie miłości w całym jej nieodpartym szaleństwie. Żeby rzucić bohaterów na tło sytuacji bez wyjścia. To nie. Tego się nie robiło w naszym kinie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym większy szacunek dla Waldemara Krzystka. Dla jego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Małej Moskwy&lt;/span&gt;. Cudowny film. Szczery obraz beznadziejnej miłości. Dwa systemy, dwie armie, dwa języki, dwóch oficerów i tylko ona jedna. Igraszka w rękach uczuć i potężnego aparatu represji. Jakby się nie zachowała, byłoby źle. Coś jak z Antyngoną. Pochowa, wkurzy Kreona, nie pochowa, wkurzy Zeusa. Prawo ludzkie, prawo nieludzkie. Prawda subiektywna i prawda obiektywna? Prawda i nieprawda?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właśnie najciekawsze co z tą prawdą? Cały film opowiada o szukaniu prawdy. Córka, prowadzona przez ojczyma, poznaje prawdę o swoich rodzicach. Odwiedza kolejne miejsca, przechodząc drogę przez kolejne kręgi ich piekła. Musi się zmierzyć z legendą, mitem, ale przede wszystkim z interpretacją.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te same wydarzenia mogą być interpretowane inaczej z punktu widzenia jej matki, jej ojca, jej ojczyma, pozostałych świadków. Nawet my, patrząc z góry, nie możemy odtworzyć i ocenić całości. Czy jej matka uciekła w samobójstwo, czy została zabita? Film sugeruje to drugie rozwiązanie. Jest lepsze dla córki. Jest lepsze dla nas. Zło zostaje oddzielone od dobra. Niewinność od winy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy jednak piękna Wiera nie była winna zdradzając męża? Czy miłość usprawiedliwia zdradę? Czy nie jest tak, jak z Antygoną, że kara musi na nią spaść. Kara z rąk ludzi za pogwałcenie ich praw (zdrada armii, systemu, państwa), ale kara, która by na nią nie spadła, gdyby nie wystąpiła przeciw prawom wiecznym (wierność małżeńska). Dwie dziury w dwóch systemach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co może biedny człowiek zrobić, kiedy się zakocha, a mu nie wolno? Co może biedny człowiek, kiedy się chce spotykać, a mu nie wolno? Co w ogóle może biedny człowiek? Może się biedny człowiek zdać na los. Ale czy to los rzucił Wierę z mężem do Legnicy. Nie los, a armia. Czy to los sprawił, że zaczęła się fascynować Polską? Nie los, ale Ewa Demarczyk. Czy to los sprawił wreszcie, że historia miłosna splotła się z interwencją w Czechosłowacji? Nie los, ale Breżniew.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Los to jest skomplikowana matematyka. Im ktoś lepiej liczy, tym lepiej przewidzi swój los. W melodramatach zawsze spotykają się racje tych, którzy liczą i tych, którzy po prostu wierzą. Wierzą jak Wiera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A gdzie w tym wszystkim jest prawda? Oczywiście, wszystko zależy czyją prawdę będziemy chcieli znaleźć. Film jest o prawdzie, której szukała młoda Wiera i o prawdzie, której szukała po latach jej córka. W tych prawdach kryją się następne prawdy. Z nich wszystkich powstaje los. Jak baba w babie, tak prawda w prawdzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Waldemar Krzystek, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mała Moskwa&lt;/span&gt;, Polska 2008&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-202543762761885876?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/202543762761885876/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/01/prawda-w-prawdzie.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/202543762761885876'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/202543762761885876'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2009/01/prawda-w-prawdzie.html' title='Prawda w prawdzie'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-8412282573761313714</id><published>2008-12-22T12:43:00.002+01:00</published><updated>2011-01-14T16:08:25.446+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Opowiadania'/><title type='text'>Wigiliomachia</title><content type='html'>Wigilia firmowa to piekło. W zasadzie nie powinno się na takie imprezy chodzić. W zasadzie powinno się takich imprez zabronić. Powinien się nimi zająć jakiś rzecznik praw obywatelskich albo związek zawodowy „Solidarność“ albo specjalna komisja sejmowa. Ktoś w końcu powinien zbadać, czy spędzanie pracowników firmy na tzw. spotkanie wigilijne nie narusza konwencji i godności? Czy nie obraża to uczuć religijnych i czy nie pozostawia trwałych śladów w psychikach uczestników?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, co się dzieje na takich spotkaniach nie licuje w żaden sposób ani z porządkiem służbowym, ani rozrywkowym, ani tym bardziej świątecznym – czy to w aspekcie wspólnotowym czy też rodzinnym. To, co się dzieje na wigiliach firmowych jest wielkim oszustwem, mistyfikacją i nadużyciem. Wrażliwy człowiek może albo cynicznie zaakceptować ten fakt, albo natrzaskać darmowym alkoholem, albo z godnością wpaść w kolejną depresję na solidnym fundamencie socjopatycznym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym roku wigilia znowu nas wszystkich zaskoczyła. Nagle ukazał się komunikat, że jest i że trzeba się udzielić. To znaczy nie trzeba, ale dlaczego właściwie nie? Nie lubisz kolegów i koleżanek? Nie chcesz się rozluźnić i nawiązać więzi pozasłużbowych? Nie bądź taki nadęty. Dobrze, już dobrze, ja tylko tak sobie mówię. Przyjdę z przyjemnością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naładowany pozytywną energią pojawiłem się tam, gdzie trzeba. Włożyłem sobie do ust miskę barszczu, łososia i deser. Polałem to wszystko alkoholem różnej proweniencji. Pomiędzy kolejnymi aktami przekładania jedzenia z talerza do człowieka, obserwowałem to co zwykle. Ktoś stękał, ktoś się upijał, ktoś opowiadał historię życia. Jakaś pani śpiewała jazz. Grał jej gitarzysta. Nikt ich nie widział ani nie słyszał. Na ekranie z TVN 24 wojna w Sudanie toczyła się dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy skończył się jazz, włączone zostało pląsanie. Nie wszyscy pląsali, ale duża grupa. Niektórzy uważali, że pląsanie jest poniżej ich godności i obserwowali z wyższością pląsających. Tak zrodził się podział na pląsaczy i dąsaczy. Pląsy i dąsy przybierały na sile. Byłoby się to skończyło otwartym konfliktem, gdyby na arenę nie wkroczyli gawędziarze. Gawędziarze pokrzepieni mocą trunków kuponowych, rozpoczęli ciężką harówkę mediacyjną. Rozwiązało to sytuację o tyle, że frakcja dąsaczy ustąpiła pola i wycofała się w ciemny, zimowy Kazimierz. Pląsacze natomiast szturmem wzięli pozycje gawędziarzy i w somnambulicznym pędzie rozszturchali ich po całej sali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widząc, co się dzieje, zająłem ufortyfikowaną pozycję między Barem a Sofą, gdzie wsparty przez twardego jak skała i przebiegłego niczym Ulisses – Woja Kopyta z Sąddeczczyzny, odparłem brawurową szarżę otwartych ramion pląsaczy. Wokół nas schroniła się niewielka grupa niedobitków gawędziarzy i dąsaczy. Za nami mocno trzymała się twierdza Bar dowodzona przez zaprawionego w bojach acz kontuzjowanego i wspierającego się na lasce generała Sowkę Sowińskiego. Tyły mieliśmy więc zabezpieczone, nie mogliśmy jednak liczyć na wsparcie stamtąd, gdyż pozycja naszego alianta była wybitnie defensywna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pląsacze tymczasem zmienili taktykę, formując figurę szturmową zwaną wężem. Pod przewodem Wielkiego Mistrza Obrządka oraz przekabaconego wodza gawędziarzy Powiedziewicza ruszyli na nas, próbując wbić klin pomiędzy Bar a Sofę. Zwarliśmy szyki, na ile było to możliwe, ale napór okazał się silniejszy. Odcięci od Baru, rozbici fizycznie i psychicznie ratowaliśmy się każdy na własną rękę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Woj Kopyt wyciągnął zza pazuchy uzbierane w pocie czoła kupony alkoholowe, a ja rozpocząłem torowanie drogi do ciągle bezpiecznego Baru. Gdy tam dotarliśmy, okazało się, że zostało nas jeno troje. Woj Kopyt, Ania z Zielonego Wzgórza i ja. Przepełnieni poczuciem klęski obserwowaliśmy radość tryumfujących hufców Obrządka. Mury Baru trzęsły się w posadach, Sowka Sowiński już podrygiwał zdrową nogą do rytmu, a ostatnia nasza nadzieja DJ Śmigło z Myślenic kręcił się na stołku do rytmu przebojów Boney M.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzięki przebiegłości Woja Kopyta, mieliśmy jeszcze spory kredyt w Barze. Zrealizowaliśmy go co prędzej, aby zdążyć przed ostatecznym szturmem Pląsaczy. Przepojeni poczuciem klęski głęboko zamyślilśmy się. Jedyny Woj Kopyt cały czas uśmiechał się radośnie, jakby nie pamiętał gdzie jest i co się dzieje. Szczerzył się jak głupi cedząc przez podskakujące radośnie zęby – Coś się, eeep, zaraz, eeep, wymyśli! Jakoś się z tego, eeep, wygrzebiemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spojrzałem na niego smutnym wzrokiem. Jego radosny optymizm był tylko maską. Czuł się bezradny, wiedziałem o tym dobrze. Nie miał pomysłu. Ani koceptu. Zdał się na mnie. A ja nie miałem się na kogo zdać. Obrządek z Powiedziewiczem już wydali komendę. Zwarte szeregi ruszyły na nas. Jak się zdążyłem zorientować zamierzali zastosować manewr okrążający, co by zdobyć najpierw Bar. Spojrzałem tam, gdzie jeszcze niedawno stał Sowka Sowiński. Nie było na co patrzeć. Ostała się jeno jego laska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opór laski został zduszony szybko, a Bar wzięty bez jednego wystrzału. Na szczęście dla nas, zdobywcy postanowili oblać sukces. Zabawili w Barze dłuższą chwilę, podczas której zdążyły dotrzeć posiłki w postaci Agnes Magnes, która to zapodała sygnał do odwrotu przez podziemny tunel w stronę Alchemii. Niestety, zmorodwany Woj Kopyt nie był w stanie samodzielnie salwować się ucieczką. Dzielna Ania z Zielonego Wzgórza wzięła go na szczęście na siebie. Zanurkowaliśmy w ciemny tunel, w ostatniej chwili umykając spod gromkiego toastu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uciekliśmy z wigilijnego piekła. U wylotu tunelu czekała Agnes Magnes. Wprowadziła nas do podziemnej sali Alchemii. Był koncert. Grało Nie-bo. Woj Kopyt rytmicznie bujał się w takt muzyki. Nikt go nie budził. Nikt go nie ściskał. Rozstąpiły się mroki, a ze sceny dobiegł głos Anioła. Du-du-du, da-da-da... Aniół coverował przebój Stinga. Ja tam się nie znam na aniołach, ale ten wydał mi się całkiem seksowny. Woj Kopyt natomiast w ogóle go nie zapamiętał.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-8412282573761313714?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/8412282573761313714/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/12/wigiliomachia.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8412282573761313714'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/8412282573761313714'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/12/wigiliomachia.html' title='Wigiliomachia'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-46766609323996871</id><published>2008-11-11T20:50:00.000+01:00</published><updated>2008-11-11T20:57:18.973+01:00</updated><title type='text'>Nowy, wspaniały Dick</title><content type='html'>Spadła na mnie znienacka radosna wiadomość. Legendarny redaktor Dick Donovan postanowił reaktywować Biuletyn. Ostatni numer ukazał się tak dawno i tak daleko, że większość z Was nie ma pojęcia, o co biega. Ale to nikogo nie usprawiedliwia. Są bowiem pozycje wydawnicze, które znać absolutnie trzeba. Do nich należy właśnie Biuletyn Dicka Donovana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polska prasa miała szczęście do wielkich redaktorów. Był wielki Mieczysław Grydzewski i jego Wiadomości Literackie, był Jerzy Giedrojć i jego Kultura, Jerzy Turowicz i Tygodnik Powszechny, Mieczysław Rakowski i Polityka, Marian Eile i Przekrój. Potem Tekieli i Brulion, Grupiński i  Czas Kultury. Ciągle działa Adam Michnik i Gazeta Wyborcza. W moim pokoleniu podobną rolę starają się odgrywać Sławomir Sierakowski, Piotr Marecki i kilku innych ambitnych młodzieńców. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na ich tle Dick Donovan jawi się jak postać z innego świata. Pojawia się i znika. Jest niekonsekwentny i nierzetelny. Specjalnie się nie stara. Robi wszystko byle jak i byle gdzie. Za nic ma autorytety i autopromocję. Pisze, bo lubi. Publikuje, bo pisze. Kiedyś robił to w Poznaniu, dziś reaktywuje pismo w Warszawie. Kiedyś na papierze, dziś w eleganckim formacie pdf. Niezmienny pozostaje jego bezinteresowny zapał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To była jesień 1994. Trwały lekcje w zacnym Liceum św Marii Magdaleny w Poznaniu. Kwiat młodzieży wielkopolskiej pilnie zdobywał wiedzę, którą miał zamiar wykorzystać w celu zdobycia posad profesorów, adwokatów, prokuratorów, generałów, dyrektorów, naczelników, autorytetów moralnych, biskupów, redaktorów naczelnych, prezesów. Prawie cały kwiat pilnie się uczył. Dwie osoby były bowiem zajęte czymś zupełnie innym. Zajęte były kontestowaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedną z tych osób był Dick Donovan. Można powiedzieć, że był spiritus movens i genius loci, a może nawet pars pro toto kontestacji. Sam pracowicie wyklepywał teksty niezależnego periodyku, sam ozdabiał je ręcznymi ilustracjami, sam wreszcie mylił tropy szkolnych inkwizytorów. Nie bał się nikogo i niczego. No może poza woźnym Feliksem i Kosiarzem Umysłów. Poza tym był jak skała. Mógł liczyć tylko na siebie i swoje liczne alter ega. No może jeszcze na kilku mniej lub bardziej tajnych współpracowników.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednym z nich był Niespełniony Gustaw, wytrwały poszukiwacz sensu życia i pięknych kobiet, które chciałyby się nim zaopiekować. Drugim natomiast świętej pamięci Piss, pierwszy i ostatni swarzędzki, a potem szczepankowski hipis. Obaj dzielnie sekundowali Dickowi, przy czym Gustaw trochę pisał, a Piss tylko się śmiał. Za to jak się śmiał, to najtwardsze serca pękały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zarówno Dick, jak i Gustaw występowali w różnych osobach. Objawiali się raz jako poeci, raz pisarze, raz bezrobotni intelektualiści, bohaterowie literaccy, ale najbardziej lubili być prorokami. Gustaw pewnego dnia objawił się Dickowi jako Kalif Leguma i namaścił go do głoszenia wielkich prawd legumizmu. Odtąd obaj zamiennie ogłaszli kolejne księgi objawione tłumaczące świat za pomocą ruchu ciał warzywnych. Zwał się odtąd Dick – Kalifem Legumą I, a Gustaw – Kalifem Legumą II, a każdy z nich starannie uprawiał swoje poletko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Legumizm był jednym z kluczowych wątków Biuletynu, ale nie jedynym. W warstwie ideologicznej nic z nim nie mogło konkurować, równie ważna jednak, obok treści, była dla redaktorów, a szczególnie dla artystycznie usposobionego Donovana – forma. Pełno było więc w Biuletynie poezji, tekstów krytycznych, a nawet cykli powieściowych, z których najsłynniejszy „Beverly Hools“ trafił pod niejedną strzechę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pismo w dobrej formie przetrwało do roku 1999. Po drodze się rozrastało i karlało na przemian. Trudno już było dojść, kto za czym stoi i co kontestuje. Bo to już było, gdy główni redaktorzy poczęli studiować dziwaczne humanistyczne kierunki z filozofią na czele, które kompletnie ich zdezorientowały światopoglądowo. Głównie nie mogli pojąć, dlaczego nikt nie traktuje poważnie ich dorobku legumistycznego. W pewnym momencie, absolutnie niepostrzeżenie redaktor Dick Donovan zniknął. Rozpłynął się w powietrzu, tak jak słynące z tajnych spotkań redakcyjnych puby poznańskie: Planeta, B-52’s czy Smetana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opuszczony Gustaw jeszcze się trochę tu i ówdzie posnuł, próbując zaszczepić idee legumistyczne w innych środowiskach (odrzucenie jego memoriału to największy do dziś błąd Adama Michnika), po czym sprzedał prawa do wartości legumistycznych redaktorowi naczelnemu Warzywa i zaszył się w głuszy Lasku Marcelińskiego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poznań do dziś pełen jest sierot po Dicku Donovanie i Biuletynie, Niespełnionym Gustawie, Kalifach i legumizmie. Zagubionych i nie potrafiących rozpoznać znaków, które dają im warzywa. Snujących się w poszukiwaniu sensu egzystencji. Próbą odpowiedzi na ogarniającą ich pustkę eschatologiczną jest Warzywo redaktora Mutha. Próbą tyleż odważną, co niewystarczającą. Bez Dicka, Gustawa, Kalifów, Zdzisia Mandali i innych, to jest po prostu tylko kroplówka utrzymująca przy życiu, ale nie poprawiającą stanu zdrowia pacjenta. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego też redaktor Muth z radością wita powrót wielkiego redaktora i jego drużyny. Bardzo chętnie udzieli im gościny w swojej skromnej redakcji, otwierając krakowski oddział Biuletynu, z którego swoje objawienia będzie nadawał cudownie odnaleziony Niespełniony Gustaw, towarzyszący mu Kalif Leguma II oraz obajwienie poezji krakowskiej ostatnich lat – Jan Maria Czesław. Warzywo pragnie także otworzyć dla Biuletynu swój kanał kolportażu. Prenumeratorzy otrzymają próbne nuemery Biuletynu pocztą elektroniczną. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Witaj Dicku Donovanie!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-46766609323996871?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/46766609323996871/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/11/nowy-wspaniay-dick.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/46766609323996871'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/46766609323996871'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/11/nowy-wspaniay-dick.html' title='Nowy, wspaniały Dick'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-2869867273674872925</id><published>2008-11-11T20:48:00.000+01:00</published><updated>2011-01-14T16:05:58.588+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Trzy po trzy</title><content type='html'>Są filmy udane, którym nikt nie daje nagród. Są filmy nieudane, którym wszyscy dają nagrody. Małgorzata Szumowska nakręciła film drugiego rodzaju. Banalny, pretensjonalny, bez pomysłu, niepotrzebny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Banalny, bo opowiadający po raz kolejny tę samą historię. Pretensjonalny już w samym tytule nawiązującym do wieku chrystusowego i magii trójek. Bez pomysłu, bo oparty na prostym zabiegu zebrania mniej lub bardziej udanych scen opowiadających ciężkie doświadczenia bohaterki. Niepotrzebny, bo nie mówiący nic nowego, ciekawego, nie opowiadający żadnej historii, której byśmy nie znali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej denerwuje to, że pani reżyser nie pomyślała jak i po co chce zrobić ten film. Można się tylko domyślać, że chodziło jej o jakąś metaforę przejścia, odkupienia, poświęcenia. Nic z tego nie wyszło, bo się konstrukcja połamała od nadmiaru elementów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bohaterka, młoda artystka, się miota przez cały czas między sobą a rodzicami, między sobą a mężem, między sobą a milczącym Adrianem. Nawet się miota między sobą a sobą. Wszystko się łączy w bezsens. Kompletną pustkę. Bez początku i bez końca. Byłby z tego Antonioni, gdyby film nie rwał się na niepotrzebne sceny. Gdyby raz nie stawał się czarną komedią, a kiedy indziej nurzącą psychodramą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oglądanie tego filmu jest męczące nie dlatego, że się w nim nic nie dzieje. Dzieje się bardzo dużo. Są dwie śmierci, dwa romanse, zrozpaczony dentysta i goła dupa Sthura. Jest na czym oko zawiesić. Nie ma tylko jednego. Jakiegokolwiek uzasadnienia dla tych scen. Zagubienie głównej bohaterki jest jakieś nieautentyczne. Jest zbyt kompulsywne. Jest irytujące. Ono z niczego nie wynika i nic z niego nie wynika.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez połowę filmu umiera matka bohaterki. Umiera na raka. Umieranie na raka jest okropne. Wszyscy, którzy mieli do czynienia ze śmiercią bliskich chorujących na raka, wiedzą jaka towarzyszy temu bezradność. Nie da się tego wyleczyć, pozostaje tylko czekanie na koniec. Ludzie kiepsko sobie z tym radzą. Często kręcą o tym filmy, piszą sztuki, robią zdjęcia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nawet teraz w Muzeum Narodowym można oglądać zdjęcia Arakiego, na których umiera jego żona. Na tych zdjęciach jest i nastrój, i pustka, i nadzieja i jej brak, jest dziś, jest jutro, jest nawet wczoraj. U Szumowskiej jest tylko film. Nieautentyczny. Udawany. Niby autobiograficzny, ale jakiś oszukany. Chcąc zamazać skojarzenia z jej prawdziwym życiem, reżyserka na siłę myli tropy, pozbawiając film siły. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Krytycy dostrzegli w tym walor filmu. Stwierdzili, że dzięki temu stał się obrazem uniwersalnym,  a nic tak polskiej kinematografii dobrze nie robi jak zrozumienie na całym świecie. Bla bla bla, ja temu filmowi nie wierzę. Nie widzę w nim cierpienia, nie widzę w nim śmierci, nie widzę życia. Są lepsze i gorsze sceny, lepsze i gorsze kreacje. Razem nuda, przplatana niezamierzonym komizmem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Małgorzata Szumowska, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;33 sceny z życia&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-2869867273674872925?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/2869867273674872925/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/11/trzy-po-trzy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2869867273674872925'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2869867273674872925'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/11/trzy-po-trzy.html' title='Trzy po trzy'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-1470410502852504499</id><published>2008-11-11T20:46:00.000+01:00</published><updated>2011-01-14T16:05:58.588+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Od dupy strony</title><content type='html'>Kraków to jest miasto tyłowłazów. Są imprezy, na które się normalny człowiek nie dostanie. Trzeba być wariatem albo znać wariata. Wariatów tu dużo, więc każdy jakiegoś zna. Jedyna skuteczna metoda, aby wejść na niektóre imprezy, to znać odpowiedniego wariata. Wtedy można się oddać słodkiemu procederowi tyłowłażenia na imprezy, na których każdy chce być, ale nie każdy może, bo sale małe, a ludzi mnóstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W taki właśnie sposób dostałem się na koncert, na którym kręciło się „Polskie gówno“. Musical Tymańskiego i Jankowskiego. Tymański napisał, Jankowski reżyseruje. Grają między innymi Tymański, Halama, Brylewski, Adamowicz i kto popadnie. Grają też całe masy publiczności. Wśród publiczności natomiast także krakowskie tyłowłazy. A wśród tyłowłazów i smutny ja. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Film to będzie o show biznesie polskim, więc niewesoły. Główny bohater się będzie nazywał Jerzy Bydgoszcz, więc niewesoło. Jak się film kręcił, to ja byłem smutny, czyli niewesoły. Niby fajnie zobaczyć taką produkcję od dupy strony, ale jakoś niewesoło. Niby żart się sączył wartko, niby się chłopaki dobrze bawili, niby legenda Brylewski zaśpiewał. A ja jakiś smutny byłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Humor miałem pod psem, co byłoby żartem z okoliczności, bowiem się wszystko w piwnicy Pięknego Psa działo, gdyby faktem autentycznym nie było. Nie wiem jak ten film się poskleja. Coś tam powycinają na pewno i jakoś ułożą. Może wezmą tych montażystów od Kieślowskiego, co tak fajnie kleją. Libretto, w każdym razie, jest zachęcające. Ale na żywo, od dupy strony, to mi przypominało nieudaną imprezę w Psie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo trzeba Wam wiedzieć, że imprezy w Psie są albo bardzo udane albo bardzo nieudane. Wszystko zależy od nastroju, towarzystwa, pogody, siły wiatru oraz tego, co później nastąpi. Jak impreza jest udana, to ludzie wychodzą stamtąd o 6 lub 7 rano i nic nie pamiętają. Budzą się w cudzych łóźkach z cudzymi kobietami albo mężczyznami albo domowymi, daj Boże, zwierzętami. Buja się na takich imprezach Pies aż miło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A kiedy jest źle, kiedy się impreza nie klei, kiedy muzyka drażni, a piwo smakuje wuefem. Kiedy kibel się zatyka, a znajomych akurat zęby bolą. Kiedy to wszystko się dzieje, to lepiej w Psie nie być. Lepiej nie być i nie widzieć. Lepiej nie potrącić w przejściu Świetlickiego. Lepiej nie pchać się przez ciżbę ciem barowych po piwo. Lepiej nie szukać siedzących miesjc. Lepiej nie wchodzić na najbardziej mroczny dance floor. Lepiej nie oglądać nawet, jak się „Polskie gówno“ kręci. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To nie jest ten dzień i to nie jest ta impreza. To nie jest ten film i to nie jest ta rola. Nie podoba mi się. Słabo to widzę. Znowu będę narzekał. Piwo niedobre. Ciasno jakoś. Nie, nie umiem. Tyłowłazem trzeba się urodzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Twórcom filmu życzę udanego montażu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymon Tymański &amp; Transistors vel Jerzy Bydgoszcz &amp; Pacynki na planie filmu Grzegorza Jankowskiego pt. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Polskie gówno&lt;/span&gt;, lato 2008, Piękny Pies, Kraków.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-1470410502852504499?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/1470410502852504499/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/11/od-dupy-strony.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1470410502852504499'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/1470410502852504499'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/11/od-dupy-strony.html' title='Od dupy strony'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-6527050746757188770</id><published>2008-11-07T16:12:00.000+01:00</published><updated>2008-11-07T16:19:03.433+01:00</updated><title type='text'>Kupujcie, kupujcie, kupujcie!</title><content type='html'>Oto wywiad, jakiego udzieliłem do biuletynu Stowarzyszenia Ludzi Reklamy. Ma się ukazać także na stronie Marketing&amp;More. Publikuję go, zauważyłem bowiem, że sporo wyjaśnia. Zwłaszcza wyjaśnia, co ja tutaj robię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rafał Betlejewski: Kim Ty jestes?&lt;br /&gt;Marcin Muth: Interesujące pytanie. Kiedyś uważałem się za pożądnego, prostodusznego człowieka, potem za dziwkę z zasadami, która za odpowiednią kasę daje dupy, ale nie robi loda bo nie, a dziś czuję się jak wegetarianin na polowaniu. Formalnie można bytowi o nazwie "Marcin Muth" przypisać jakieś tam opisy, ale żaden z nich nie oddaje jego istoty. Nie potrafię odpowiedzieć sensownie na pytanie "kim ja jestem?". Jestem bowiem kimś, a jakoby mnie w tym kimś nie było, albo przynajmniej nie chciało być. Trochę jakbym w ogóle nie przyjmował do wiadomości faktu, &lt;br /&gt;że jestem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;RB: Jednak jesteś, &lt;br /&gt;bo myslisz, jak uczy filozof. Więc powiedz, co myślisz o rekalmie? Jako dyrektor kreatywny i jako prostoduszny człowiek?&lt;br /&gt;MM: Z tym myśleniem to nie do końca jest tak. Po "Matriksie" dla wszystkich jest już jasne, że nie wystarczy myśleć, żeby być. Można powiedzieć właściwie tylko "myślę, więc myślę" albo "jestem, więc jestem", ale oba stwierdzenia są bardzo ryzykowne. &lt;br /&gt;Z początku reklama była dla mnie zjawiskiem dość głupkowatym, ale jednak intrygującym. &lt;br /&gt;Zwłaszcza, gdy odkryłem, że silnie działa na emocje. Wtedy oglądałem reklamy w tv jako zwykły, nieświadomy konsument. Nie miałem pojęcia, kto je robi i po co. Większość z nich była do dupy. Jak te seriale dla wszystkich i dla nikogo. Ale zdarzały się takie spoty, które jakoś tam na mnie działały. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej pamiętam spot Ery z taką wsączającą się w duszę melodyjką oraz ciepłymi tekstami wypowiadanymi przez różnych dziwaków. Trafiła w jakiś czuły punkt mojego ówczesnego ja. A przecież to była tylko reklama. Potem się bardzo zdziwiłem,  jak po studiach trafiłem do pierwszej pracy i gadałem sobie z gościem, który to nakręcił. Okazało się wtedy, że reklamy robią dość ciekawi ludzie. Ciekawsi nawet od tych, których spotykałem na filozofii. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uderza mnie rozdźwięk między bogactwem osobowości twórców reklam, a banalnością ich produktów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak już zrozumiałem, na czym to polega, przestałem się dziwić i zacząłęm zachowywać tak jak oni. To znaczy zaakceptowałem schizofrenię. W pracy jak najlepiej starałem się wykonywać obowiązki propagandysty, a po pracy podkopywałem system, który w pracy wzmacniałem. W końcu zdałem sobie sprawę,  że to chyba się kupy nie trzyma. Zacząłem główkować i zrozumiałem, że nic nie rozumiałem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Absolutyzowałem reklamę i obwiniałem o wielkie zło. Tak jak niektórzy ludzie absolutyzują agentów i przypisują im winę za system totalitarny. A to bardziej skomplikowane. Reklama jest tylko jednym z języków opisujących świat. To właściwie świat sam w sobie. Jak świat religii na przykład. Alternatywna rzeczywistość, gdzie wszyscy się uśmiechają, mają uprane rzeczy i pozbywają się wzdęć. Nie reklama jest zła, ale jej absolutyzacja. Oczywiście, najgorsza jest dysproporcja sił. Reklamy robią bardzo bystrzy ludzie, a oglądają gapcie. Gapcie łapią się na to, co im bystrzy naściemniają. Są bezbronni jak opozycjoniści wobec policji politycznej. Nie zawsze jednak silniejszy jest zły, a słabszy dobry. Żal mi gapciów, ale wiem, że gdyby mieli środki robiliby to samo, albo coś gorszego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zmienia to jednak faktu, że reklama nie jest niczym dobrym. Jest dość niepotrzebną opowieścią o wymyślonych potrzebach. Tandentną mitologią codziennego użytku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak o niej myślę w domu. Bo w pracy jest pracą. &lt;br /&gt;A pracę trzeba wykonywać najlepiej jak się potrafi. Tak przynajmniej uczą w Poznaniu. Ale wiadomo, że takie podejście nie jest najrozsądniejsze, o czym przekonali się Niemcy w czasach hitleryzmu. Nie można bowiem abstrahować pracy od sensu pracy. A jaki jest sens reklamy? W najlepszym wypadku, to niewinna zabawa w ciepło-zimno. A w najgorszym to się boję pomyśleć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś myślałem, że wybór: praca w reklamie czy praca &lt;br /&gt;na uczelni lub w redakcji to wybór między dobrem a złem. Jak u Fausta. Albo dolce vita, rzucanie kamieniem filozoficznym albo czysta dusza i ciągłe szukanie nieznajdowalnego. Ale dzisiaj jestem już starszy i głupszy. Wiem już, że reklama nie jest ani gorsza ani lepsza. Jest trudniejsza, bo trudniej w niej zrobić coś sensownego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;RB: Ciekaw jestem, czy znajdujesz dla siebie rozmówców? Czy kiedy biczujesz sie w ten sposób Twoi koledzy &lt;br /&gt;z branży spoglądają na Ciebie ze zrozumieniem, czy ze zadziwieniem?&lt;br /&gt;MM: He he, chętnie ze mną gadają. Nawet nie wiem po co, ale to robią. Większość myśli, że się zgrywam. Część traktuje jak nawiedzonego proroka, a część ma mnie za cynicznego gracza, który się sprytnie chowa za filozficzną gadką. Jeszcze inni mnie “awansowują” na stanowiska, które tylko umacniają chęć samobiczowania. Ze zrozumieniem się nie spotkałem, ale ze zdziwieniem też chyba nie. Czy w polskiej reklamie kogoś jeszcze coś może &lt;br /&gt;zdziwić?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;RB: A gdzie sie teraz gada? Chodzicie gdzieś do baru, czy w domu? Pijecie wódkę czy piwo?&lt;br /&gt;MM: W Krakowie jest stary zwyczaj gadnia &lt;br /&gt;w kawiarniach i innych knajpach. Tu się stale idzie na jakieś piwo, jedzenie, kawę albo się siedzi na piwie, jedzeniu, kawie, albo wraca z piwa, jedzenia, kawy. No i w pracy się dużo gada, bo przecież robota nie zając (to też stary krakowski zwyczaj).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;RB: A jak myslisz, może ta skłonność do biczowania się wynika z niespełnienia?&lt;br /&gt;MM: Oczywiście, przynajmniej w dużej części. Jest to jednak, niestety, głębszy problem. Niepokoi mnie to zjawisko (reklama) w perspektywie metafizycznej. Podobnie jak niepokoją mnie zjawiska typu: prostytucja, terroryzm, wyzysk etc. Trochę się obawiam, że przykładam rękę do czegoś bardzo niedobrego. Dlatego ciągle kombinuje jakby to zło naprawić. Niespełnienie wynika właśnie stąd, że jeszcze nie znalazłem w sobie tej energii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;RB: Wybacz, ale nie rozumiem, o jaką naturę "metafizyczną" tu chodzi? O co Ci chodzi, Marcinie?&lt;br /&gt;MM: Posłużę się przykładem z historii. Zaraz po tzw. II wojnie światowej Polską zaczęli rządzić komuniści. Aby jako tako zapanować nad antykomunistycznym &lt;br /&gt;i antyrosyjskim społeczeństwem potrzebowali skutecznej propagandy. Z nieba spadli im polscy pisarze, filozofowie, intelektualiści, dziennikarze, satyrycy etc. którzy dość powszechnie poparli nową wizję sprawiedliwego świata. Poparli i zrobili dużo, aby ją rozpropagować. Takie nazwiska jak Konwicki, Kołakowski, Iwaszkiewicz, Szymborska, Schaff, Ważyk, Tuwim, Baczko, Andrzejewski, Gałczyński, Broniewski, Borowski itd. Cały ten panteon z wielkim zapałem zaczął wspierać nowy ład. Po latach większość z nich wstydziła się swojego zaangażowania bardzo i zrobiła bardzo wiele, aby naprawić wyrządzone zło. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie bardzo widzę powód, aby propagandyści kapitalizmu mieli skończyć inaczej. Wydaje mi się, że tak jak nasi dziadkowie popełnili błąd otumanieni ideą społecznej równości, tak obecnie wiele światłych umysłów ulega pokusie taniego konsumpcjonizmu. &lt;br /&gt;Nie mówię, że każda reklama jest zła, tak jak nie była zła każda partia socjalistyczna czy nawet komunistyczna. Zła jest każda absolutyzacja. A my żyjemy i swoimi talentami służymy absolutyzacji konsumpcji. &lt;br /&gt;Metafizyka w tym przypadku to nic innego jak rachunek dobra i zła. Skala zjawiska wpływa na to, czy mamy do czynienia z igraszką dziejów czyli modą czy też &lt;br /&gt;z destrukcyjną religią. Dzisiaj markety zaczynają spełniać rolę kościołów, a pracownicy działów marketingu i agencji reklamowych - kapłanów. To jest takie oświecenie a rebours.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;RB: A nie masz wrazenia, ze reklama jest po prostu czescia pewnej szerszej całości związanej z demokratyzacją komunikacji? Tą czescią sprofesjonalizowaną? I że przyklejanie łatek etycznych do tej calej kategorii komunikacji jest rodzajem ideologicznego faszyzowania? Inaczej mowiąc, że reklama jest wystarczajaco różnorodna i pojemna, by etyczny dyskurs zawierać w sobie raczej niż być jego przedmiotem? &lt;br /&gt;MM: Trochę tak właśnie myślę. Dość koślawym językiem wyraziłem to w odpowiedzi na jedno z wcześniejszych pytań. Faktycznie reklama jest tylko częścią świata, &lt;br /&gt;a właściwie światem samym w sobie. Takim rodzajem świata idealnego. Jest jak Olimp dla starożytnych Greków. Świat, który nie istnieje realnie, ale ludzie są przekonani, że istnieje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja nie twierdzę, że ten świat jest zły. On sam w sobie nie jest ani dobry ani zły. On jest używany w dobrej lub złej wierze. Kiedy zła wiara wygrywa z dobrą pojawia się problem. Demokratyzacja komunikacji to taki sam byt idealny jak wolny rynek albo sprawiedliwość społeczna. Można sobie wyobrazić, że służy czemuś dobremu i że zostaje wypaczona. Tak jak z demokracją w ogóle. Rodzi społeczeństwa obywatelskie, ale rodzi także potwory w rodzaju Hitlera, Mussoliniego, Haidera czy rządy operetkowe, ale też niebezpieczne jak Berlusconi, Lepper, Giertych, Putin. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze lepszym przykładem jest internet. To jest dopiero demokratyzacja komunikacji. I wyobraź sobie, że taki posiadacz portalu internetowego czy przeglądrki wykorzystuje zebrane o nas informacje do jakichś niecnych celów. W reklamie jest o tyle niefajnie, że nie masz świadomości dla kogo pracujesz. Robisz kampanię dla firmy meblowej, nie mając pojęcia o indonezyjskich fabrykach, gdzie dzieci rżną te ich dechy. Dobre to czy złe działanie? A reklama koncernu, który wspiera MKOL, który organizuje w Chinach olimpiadę, podczas gdy w Lhasie i Urumqi giną ludzie? A reklama nieświeżej kiełbasy w hipermarkecie? My jesteśmy tylko trybikiem maszyny, której nie rozumiemy i na którą mamy bardzo ograniczony wpływ. Ja nie występuje w roli sędziego. Być może moje obawy są niesłuszne. Mam jednak wewnętrzny problem z uczestniczeniem w tym porządku. Problem jednak nie na tyle dojrzały, aby się wycofać. &lt;br /&gt;Na razie widzę problem, a nie widzę rozwiązania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;RB: OK, żeby to jakoś spuentować, powiedz mi, jak widzisz w takim razie modelową postawę osoby twórczo zaangażowanej w reklamę?&lt;br /&gt;MM: W "Trans-atlantyku" Gombrowicza jest dobre zdanie: "jakże ja bym śmiał coś w dzisiejszych czasach mniemać albo i nie mniemać". Nie śmiem narzucać jakiegoś modelu. Każdy idzie swoją drogą jak śpiewa Sinatra. Mogę powiedzieć jak ja się w tym burdelu ustawiam. Traktuję to czysto profesjonalnie. Wykonuję zadania, wywiązuję się z obowiązków i staram się to robić najlepiej jak umiem. Pilnuję jednak, aby się nie wpierdolić w jakiś syf typu reklama papierosów czy program badawczy dla lekarzy, w którym chodzi tylko o zakamuflowanie łapówki w postaci laptopa:) Mi jest o tyle łatwiej to robić, bo nie wiążę z tą branżą żadnych ambicji twórczych. Nie kręcą mnie nagrody w Cannes, Archajwy i słynna przerwa w finale palanta. Jestem jak żołnierz do wynajęcia. Nie potrzebuję idei, jakiegoś szczytnego celu, robię to tylko dla pieniędzy. I tylko do czasu, kiedy to ma sens.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-6527050746757188770?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/6527050746757188770/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/11/kupujcie-kupujcie-kupujcie.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/6527050746757188770'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/6527050746757188770'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/11/kupujcie-kupujcie-kupujcie.html' title='Kupujcie, kupujcie, kupujcie!'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-2463868934090529692</id><published>2008-10-27T16:58:00.000+01:00</published><updated>2011-01-14T16:03:08.078+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Opowiadania'/><title type='text'>Ostatnia rozmowa z Marclem o końcu świata</title><content type='html'>Z Marclem spotykamy się często. Zazwyczaj po to, żeby się zatroskać i zatroszczyć. Zatroskać nad stanem świata i zatroszczyć o los bliźnich. Nie wiemy po co to robimy, ale jakoś nie możemy przestać. Odkąd się poznaliśmy niecałe dwa lata temu, ciągle się spotykamy, troskamy i troszczymy, troszczymy i troskamy, po czym znowu spotykamy. Spotkania są elementem stałym. Elementem zmiennym jest sytuacja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sytuacja jest dookoła. Jest dekoracją spotkań. Przyczyną spotkań. Ozdobą spotkań. A czasami wrzodem na dupie spotkań. Wszystko zależy od tego jak się sytuacja aktualnie przedstawia. Czy jest na oko dobra, czy na oko zła. Czy dotyczy nas bardziej, czy mniej. Czy my się w niej znajdujemy, czy nie znajdujemy. Normalnie wszystko zależy od sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem sytuacja była naprawdę dramtyczna. Załamały się rynki, spadły akcje, podniosły stopy, zbankrutowały korporacje. Nas to jakoś szczególnie osobiście nie obeszło, bo jesteśmy szczęśliwymi gołodupcami, którzy w takich sytuacjach nie mają absolutnie nic do stracenia. Ale naprawdę dramatyczna sytuacja nie dawała nam spokoju z powodu świata i bliźnich. Świat został zagrożony, więc bliźni będą cierpieć. Spotkaliśmy się więc pełni zatroskania i zatroszczenia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak prawdziwi krakowscy niezależni intelektualiści zatroskani losem bankrutującego świata, udaliśmy się najpierw na sushi, żeby na pusty żołądek nie dyskutować. Podstawowa zasada dekadencji mówi, że trzeba się najeść i napić dopóki jest co jeść i co pić. Jako intelektualiści niezależni i przewidujący, postanowiliśmy zainwestować posiadane jeszcze środki płatnicze w coś, co na pewno nie straci na wartości. Czyli w chwilę. Chwilę spędzoną nad talerzem sushi na rynku krakowskim, który jeszcze nie zachwiał się wstrząsany kryzysami i przyciągał turystów jakby nigdy nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, choć kryzys nie dotknął jeszcze rynku, to dotknął już nasze sushi. Niedobre i nieświeże było. Pewnie za karę, że nie robimy nic w celu uratowania świata. Bo, że świat się kończy, to my z Marclem już od dawna wiemy. I że kryzys będzie też od dawna wiemy. I że Euro w Polsce to będzie klapa, też wiemy. I że doradcy finansowi gówno wiedzą o finansach, też wiemy. I nawet że Polska nie uniknie kryzysu, choć wszyscy mówią, że uniknie, też wiemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkowiedzący jedliśmy sushi na krakowskim rynku i rozmawialiśmy o końcu świata, który jak nigdy dotąd bliski jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marcel: Wiedziałem.&lt;br /&gt;Muth: Też wiedziałem.&lt;br /&gt;Marcel: Nieświeże sushi.&lt;br /&gt;Muth: Nieświeże. Ludzie jeszcze nie rozumią.&lt;br /&gt;Marcel: Nie rozumią. Lepiej dla nich.&lt;br /&gt;Muth: Nie dało się tego uniknąć.&lt;br /&gt;Marcel: Nie dało. Takich rzeczy nie da się uniknąć. Kolej rzeczy.&lt;br /&gt;Muth: Co będzie?&lt;br /&gt;Marcel: Natura. Powrót do natury.&lt;br /&gt;Muth: Wyobrażasz sobie, że 6 miliardów wróci do natury?&lt;br /&gt;Marcel: Nie, ale wyobrażam sobie, że 5 miliardów padnie od pierwszego strzału, a reszta wróci do natury, żeby jakoś przetrwać.&lt;br /&gt;Muth: Arka Noego.&lt;br /&gt;Marcel: Wodorostów nie da się pogryźć. Co za gówno.&lt;br /&gt;Muth: Gówno. Już się zaczęło, a ludzie jakby nigdy nic zwiedzają. Tam gdzieś przepadają ich pieniądze, domy, samochody, praca, a oni chodzą, gapią się na zabytki. Ostatnia konsumpcja.&lt;br /&gt;Marcel: Więcej tu na sushi nie przyjdę.&lt;br /&gt;Muth: Więcej nie. Piwo?&lt;br /&gt;Marcel: To już u mnie. Mecz niebawem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak skończyliśmy rozmowę i poszliśmy na mecz. Polska wygrała z Czechami. Nie ucieszyliśmy się jednak specjalnie, bo zwycięstwo to nie ma już specjalnego znaczenia. Nikt już nie zapłaci rekordowych sum za transmisje z mistrzostw świata. Nikt już nie kupi dekodera Polsatu. Nikt nie zwolni Benhakkera po nieudanym starcie. Nikt nie będzie wieszał psów na PZPN. Wszystkie psy będą już dawno wisiały.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-2463868934090529692?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/2463868934090529692/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/10/ostatnia-rozmowa-z-marclem-o-kocu-wiata.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2463868934090529692'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/2463868934090529692'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/10/ostatnia-rozmowa-z-marclem-o-kocu-wiata.html' title='Ostatnia rozmowa z Marclem o końcu świata'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-4460888439095163978</id><published>2008-08-03T13:12:00.000+02:00</published><updated>2011-01-14T16:05:58.589+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Lanserzy i deweloperzy</title><content type='html'>Jeszcze 15 lat temu Kazimierza nie było. Stały domy, rujnowały się synagogi, mieszkali ludzie, jeździły tramwaje, ale Kazimierza nie było. Była za to dzielnica, do której mieszkańcy Krakowa bali się zapuszczać. Do której wchodzili tylko wtedy, kiedy musieli. Kazimierz był odpowiednikiem najgorszych rewirów warszawskiej Pragi, poznańskiej Wildy a może nawet mógł konkurować z nowojorskim Bronxem czy arabskimi dzielnicami Paryża. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno krakowianie zmuszeni przejechać wieczorem tramwajem przez przecinające dzielnicę ulice Krakowską i Starowiślną, wsiadali tylko do pierwszego wagonu, gdzie mogli liczyć na wsparcie motorniczego i jego przycisk alarmowy. Gdy się wsiadło do wagonu drugiego, było się zdanym tylko na siebie. Co tam na siebie. Było się zdanym na łaskę i niełaskę tubylców. Tubylcy natomiast rzadko byli łaskawi okazywać litość. Zdecydowanie lepiej zatem było jechać pierwszym wagonem, jeśli już w ogóle jechać się tamtędy musiało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku niczym się Kazimierz nie różnił od podobnych, zapomnianych przez Boga, dzielnic wielkich miast. Pijaństwo, mordobicia, gwałty i rozboje. Oraz zakłady rzemieślnicze oczywiście. Klasyczna kombinacja chamstwa i drobnomieszczaństwa. Groza. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas gdy Rynek Główny odżywał po latach komunistycznego zastoju, Kazimierz marniał i marniał. Marniał tak aż się nie okazało, że Rynek, Floriańska i cała reszta krakowskiego Starego Miasta zostały zawłaszczone przez kapitał. Kiedy się okazało, że nie ma już tam miejsca dla niebieskich ptaków, drobnych pijaczków, Sokratesów, Rimbaudów, poetów wyklętych i filozofów spirytualnych. Kiedy się okazało, że w obrębie Plant rządzą niepodzielnie lanserzy i deweloperzy. Kiedy wreszcie sobie przypomniano, że nieopodal jest dawne żydowskie miasto z pięknymi synagogami, majestatycznymi kamienicami, tajemnymi pasażami i niewygórowanymi czynszami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wtedy właśnie na Kazimierz zaczęły uciekać knajpy, a za knajpami artyści i ci, którzy z artystami piją. Singer, Drukarnia, Alchemia, Mleczarnia pojawiły się tam nagle w okolicznościach mało sprzyjających. Tubylcy, jakkolwiek lubili się napić, niekoniecznie życzyli sobie lokali epatujących nieznanymi im klimatami. Jak to się stało, że się tym knajpom udało? Nie wiem. Jedni mówią, że to determinacja. Inni, że magia Krakowa. Jeszcze inni, że naturalna kolej rzeczy. Kolejni, że prawo rynku. Ja nie wiem. Nie było mnie wtedy. Nie widziałem. Zarobiony byłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Owszem wpadłem na Kazimierz gdzieś w roku ’96 lub ’97 zwiedziony artykułami w prasie opiniotwórczej. Niewiele jednak zobaczyłem poza zatrzaśniętymi drzwiami synagog, zniszczonym parkanem przy cmentarzu żydowskim, bajzlem na Placu Nowym i starym ratuszem na Placu Wolnica. Ładne to i klimatyczne było, ale jeszcze niepozbierane jakieś. Wtedy jeszcze panowali tu tubylcy. Jeszcze strach było w bramy budynków wchodzić. Alchemia nie rozlewała się po całym placu, a beemwice nie podjeżdżały na zapiekanki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz żałuję, że nie przyjrzałem się temu zjawisku bliżej. Niewiele pamiętam, niewiele mogę napisać. Dziś Kazimierz jest już na innym etapie. Dziś zwycięzcy batalii o jego klimat są w defensywie. Ci, którzy przegonili stąd żulię i bandyterkę, sprowadzili artystów, turystów i rezydentów z całego świata. Dziś ci ludzie albo się wycofują, albo okopują swoje pozycje czekając na ostateczne starcie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze pełną parą działa Alchemia. Jeszcze się wiśniówka leje w Singerze. Jeszcze się trockistowski dym unosi w Kawiarni Naukowej. Jeszcze pulsują plotkami Kolory, jeszcze leczy kaca Mleczarnia. Jeszcze Michał Zabłocki pisze wiersze i sprzedaje płyty. Jeszcze Czesław Śpiewa. Jeszcze festiwal żydowski z festiwalem zupy na przemian. Jeszcze hostele tętnią energią. Jeszcze można zjeść zapiekankę z okrąglaka albo obiad domowy w Marchewce z Groszkiem. Jeszcze pisarze w Lokatorze przy barze. Jeszcze Pink Freud, jeszcze Nie-bo, jeszcze Kroke i noce bez końca. Jeszcze Kazimierz pełen słońca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już jednak zaczynają rwać się szeregi. Już się wycofują niedawni zdobywcy. Już zajmują z góry upatrzone pozycje na tyłach. Już zwiała na Podgórze Drukarnia. Już alternatywa krakowska kręci nosem na żydowski disneyland przy Szerokiej. Już meleksy z turystami wypełaniają ciasne uliczki. Już lans się szerzy i deweloperka. Już nie powstają nowe Singery. Już Nova Resto Bar. Już Moment Cafe. Już Pozytywka. Już BMW tu i tu. Już Sodoma z Gomorą za progiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko się dzieje szybko. Z dnia na dzień. Metamorfoza. Kasa kasuje. Zamiast teatru w Łaźni, dyskoteka w Face2face. Zamiast jadłodajani na rogu kolejna lanserka. Zamiast starej kamienicy nowy blok. Zamiast rupieciarni, taras z widokiem na Wisłę. Zamiast Flower Power – Powerade. Na targu zamiast marchewek i buraków, kiełbasa z grilla i piwo. Zamiast zakładów rzemieśliniczych – banki. Zamiast dużych mieszkań, ciasne klitki wynajmowane obcokrajowcom za ogromne pieniądze. Zamiast i natychmiast.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W perspektywie widać już McDonaldy, Sphinxy, Radissony i Gruzińskie Chaczaputri. Dziś jeszcze można pójść do samoobsługowej pralni z internetem albo skorzystać z usług prasowalni bielizny pościelowej na Paulińskiej. Można zabłądzić do Teatru Nowego w gazowni, aby obejrzeć kawałek teatru naprawdę nowego. Można usiąść na pustym jeszcze Placu Wolnica, aby wypić kawę w Cafe Młynek. Można pójść na Dajwór do Ptaśka albo na Miodową do Propagandy. Można kupić bzdety w To i owo na rogu Maiselsa i Bożego Ciała albo ciuchy w niezliczonych lumpeksach. Można chleb bez ulepszaczy w Piekarni Mojego Taty nabyć i kawę wypić w klubokawiarni podziemnej pod kościołem św. Katarzyny. Można spotkać znanego aktora w Kolorach i można posłuchać zawodzącego nieszczęścia na Placu Nowym. Można także na pchli targ pójść, a potem piwo w promieniach niedzielnego słońca wypić. Dzisiaj można.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jutro na Kazimierzu już będzie inaczej. Będzie jak w centrum, gdzie podaż nie nadąża za popytem. Gdzie konsumpcja przybiera formy skrajne i karykaturalne. Gdzie wysepki dawnego niespiesznego Krakowa, kontrkultury, zamyślenia i rozplotkowania giną w zgiełku turystycznej biesiady i pseudoartystycznego jarmarku. Dym, Pauza, Piękny Pies, Bunkier Sztuki, Rio czy Vis a Vis to ostatnie relikty niedawnego jeszcze snobizmu krakowskiego. Czy kazimierskie garkuchnie i tancbudy podzielą ich los?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wygląda na to, że nie ma innego wyjścia. Okręty flagowe alternatywnego Kazimierza staną się listkami figowymi dzielnicy wydmuszki, w której zamiast życia jest przeżycie, a w miejscu ducha - pucha. Większość pięknoduchów ucieknie do kolejnych nieodkrytych dzielnic. Zwierzyniec, Dębniki, Nowa Huta, Kleparz, Podgórze już czekają na spragnionych magii zwykłego życia. Czekają na odkrycie, na ruch i fun, na żądze i pieniądze. A docelowo na lanserów i deweloperów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Smutny jest świat, w którym nawet tak nieuchwytne radości jak zachwyt, jak chwila, jak poranny kac nad Wisłą czy uśmiech wokalistki w Alchemii są na sprzedaż.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-4460888439095163978?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/4460888439095163978/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/08/lanserzy-i-deweloperzy.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4460888439095163978'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/4460888439095163978'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/08/lanserzy-i-deweloperzy.html' title='Lanserzy i deweloperzy'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-6094033458408898868</id><published>2008-05-18T20:24:00.002+02:00</published><updated>2011-01-14T16:05:58.589+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Felietony'/><title type='text'>Kwestia Gustawa</title><content type='html'>&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wydarzenie, które zainspirowało ten tekst, miało miesjce jakiś czas temu. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, ponieważ od tamtego dnia nic się nie zmieniło. Bohater tekstu w pewnym sensie nadal nie żyje.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umarł Gustaw Holoubek. Kiedyś to nastąpić musiało, ale zawsze żal. Tacy ludzie już się dzisiaj nie rodzą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja to go zawsze kojarzyłem najpierw z anegdotą, potem z historią, filmem a na końcu dopiero z teatrem. Choć w tym ostatnim wielkość jego była szczególnie wielka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teatr jednak najbardziej ulotny. Zagra ktoś coś, a potem już się obejrzeć tego nie da, bo nie nagrywa się sztuk na nośniki. Pozostaje przekaz ustny, pisany i najważniejszy – ślad w historii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do historii przeszedł Gustaw Holoubek kilka razy. Najmocniej w 1968, ale także w 1981 czy 1989. W Polsce zawsze jest sporo okazji, żeby do historii przejść. Trudność polega na tym, żeby dobrze się zapisać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gustaw Holoubek nie mógł zapisać się źle. Nie wypadało mu. Przed samym sobą nie wypadało mu. Ustawił sobie wysoko poprzeczkę, ale nie podskakiwał z byle powodu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W teatrze widziałem go tylko przez telewizor. Trudno było nie dostrzec jak stoi ponad tym, co się akurat na scenie dzieje. Nigdy nikt nie dystansował się tak mocno do roli, którą gra. On zawsze grał Gustawa Holoubka, ale przecież w okolicy nic akurat lepszego do zagrania nie było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze lepiej to widać w filmie. Wystarczy obejrzeć „Prawo i pięść” albo „Salto”, żeby się przekonać jak krzywdząca dla wielu talentów jest centralizacja przemysłu filmowego w Hollywood. Patrzysz na takiego Holoubka i widzisz, że to Morgan Freeman polskiego kina. Gdyby nie amerykańska dominacja, mówiłoby się o Freemanie, że jest Holoubkiem amerykańskiego kina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest taki kadr z „Salta” Konwickiego, w którym widać Holoubka z Cybulskim zwróconych twarzami do kamery. Ostatnio można to było zobaczyć na zdjęciu w „Wyborczej”. Magia. Spotkanie Ameryki z Europą. Nowego Jorku z Paryżem. Marylin Monroe z Vanessą Redgrave. Skórzana kurtka i zapinany sweterek. Dwie pary oczu świdrujące świat. Jedna mówi „Ja wam pokażę”, a druga pyta „Ale po co to wszystko?”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kariera filmowa Holoubka wiązała się z nazwiskami Hasa i Konwickiego. Co te nazwiska mówią dzisiaj? Niestety, niewiele. Kapitalizm ma to do siebie, że promuje kulturę pop. Has i Konwicki to nie jest pop. Poznają ich dzieci przy okazji lektur i studenci filmoznawstwa. Holoubek jest bardziej pop. Bo się mocniej stawiał. Zapłacił za to wysoką cenę. Fałszywe skojarzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla wielu pozostawał starym zgredem. Konserwą. Przeszkodą. Nie podobał mu się seks na scenie. Wypruwanie organów. Bronił godności słów. Po co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choćby po to, żeby pokazać, że nadal można inaczej. Jego manifestem był „Edyp” z 2004 w Ateneum. Z jednej strony sprzeciwiał się nowej teatralnej estetyce, z drugiej nowej społecznej etyce. Nie w smak mu było sprowadzanie sztuki i człowieczeństwa do banalnej szympansiady. Ideał nie powinien sięgać bruku. Holoubek zawsze sunął ponad.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konserwatyzm przedwojenny. Pierwsze niepodległe pokolenie po 100 latach zaborów. Wojtyła, Bartoszewski, Holoubek, ale także mój osobisty dziadek. Oni wszyscy mieli w sobie coś, co wyróżniało ich na tle wcześniejszych i późniejszych pokoleń Polaków. Charyzmatyczne spojrzenie, dziarską postawę i bezwarunkową radość. Radość życia. Można się z nimi nie zgadzać w niczym, ale też trzeba przyznać, że strop naszej chaty podnieśli wysoko.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/35390911-6094033458408898868?l=warzywo.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://warzywo.blogspot.com/feeds/6094033458408898868/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/05/kwestia-gustawa.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/6094033458408898868'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/35390911/posts/default/6094033458408898868'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://warzywo.blogspot.com/2008/05/kwestia-gustawa.html' title='Kwestia Gustawa'/><author><name>warzywo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04475559172683846377</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_14ERV_7WfAE/S54i_xOG45I/AAAAAAAAAHw/epLj33XGZkk/S220/on.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-35390911.post-6521733677109398164</id><published>2008-05-18T20:15:00.001+02:00</published><updated>2011-01-14T16:08:25.446+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Opowiadania'/><title type='text'>Dzień, w którym miałem pisać powieść, ale usłyszałem Davida Molusa w ogólnopolskiej rozgłośni radiowej.</title><content type='html'>Takie dni się zdarzają. Tak, zdarzają się i tyle. Nic na to nie poradzisz. To jest poza Tobą. Już kiedy wstajesz z głową pełną pomysłów i planem, żeby je wreszcie zapisać, zdajesz sobie sprawę. Już wtedy czujesz, że nic z tego. Za dużo w tobie energii. Za dużo entuzjazmu. Zbyt dobrze się to wszystko układa. Masz wolne, bo sobota. W domu nikogo nie ma, bo Sroczka pracuje. Cisza i spokój
