Szukaj w tym blogu

Ładowanie...

wtorek, luty 15, 2011

17. Ania z Zielarskiego Wzgórza


Po dyskusji z Katamaran Nygus był zbyt zmęczony, aby wpierdolić Góralowi z marszu. Gdzieś mu się zresztą w zamieszaniu zapodział miecz dwuręczny. Bez miecza, nie ma chuja, zwykł mawiać o Nygusie Łokietek i rację miał absolutną. Katamaran natomiast wzmocniona sukcesem swojej oracji oraz rozpierana dumą z przejęcia władzy nad Klubem Kalifornia, postanowiła zdrowo przyjebać Góralowi. Energicznie, acz z godnością, zeszła po stopniach trybuny Golęcińskiego Klubu Sportowego, aby kopnąć swoją długą a umięśnioną kończyną Górala prosto w jaja.

Masz, ciulu, powiedziedziała wbijając łokieć w jego pochylone plery, gdy ten zwijał się po pierwszym ciosie. Góral osunął się na żużlową bieżnię stadionu, kwiląc z bólu. Zwariowałaś, Kata? – wyskomlał pytająco – ja tylko żartowałem. Z miłością nie ma żartów, odpowiedziała stanowczo Katamaran, jako miłośnik prozy dla dorastających dziewcząt, powienieneś świetnie sobie z tego zdawać sprawę. Nie pamiętasz jak ważne było dla niegłupiej przecież Ani Shirley potwierdzenie jej pozycji społecznej poprzez stosunek płciowy z Gilbertem? Ale przecież, ty mu po prostu robiłaś loda, to nie ma nic wspólnego z miłością, próbował wykrztusić idealistyczną linię obrony Góral.

Nie możesz czytać książek pisanych przez kobiety dosłownie. Tam większość treści chowa się między wierszami, tłumaczyła cierpliwie Katamaran, kopiąc jednocześnie Górala po klacie, w której już przecież brakowało jednego płuca. Jakbyś czytał ze zrozumieniem, to byś wiedział, że tam na co dziesiątej stronie odchodzi fellatio, masturbatio albo chociaż fides et ratio. Na szczęście posiadam akurat przy sobie egzemplarz „Ani z Avonlea”. Poczytam ci. No chodź, popędziła Górala, jednocześnie chwytając go za rękę. Ok, ok, już idę, powiedział ugodowo, ale za późno, bo już wlokła go na okoliczny wzgórek zadrzewiony, za którym skrywała się romantyczna pętla autobusu 64.

Nygus obserwował całą scenę niczym wytrawny wódz ze wzgórza, którym była tymczasem trybuna stadionu Golęcińskiego Klubu Sportowego Olimpia. Jak to zwykle po zbliżeniu z osobą płci odmiennej, nic mu się specjalnie nie chciało. Patrzył na przyjaciół z życzliwą obojętnością oraz zdumieniem narastającym szczególnie w momentach, gdy zaczęły pojawiać się nieznane mu absolutnie wątki literackie. Gały wychodziły mu na wierzch ponieważ należał do literackich ignorantów. Szczególnie proza kobieca XX stulecia pozostawała mu absolutnie obca. Nie podzielał ani zachwytów Górala nad powieściami Małgorzaty Musierowicz, ani też nie przyłączył się do drugiego obiegu czytającego po kątach poezje Kazimiery Iłłakowiczówny. Postanowił pozostać na nieprzejednanym stanowisku męskiej dominacji.

Dominował zatem nad kobietami wyraźnie, ale z jakotaką empatią. Robiąc mu loda, niejedna piękna dziewczyna była przekonana, że w tym właśnie momencie jej życie nabiera sensu, a obecność gdzieś pomiędzy Wielkim Wybuchem a Apokalipsą staje się bardziej uzasadniona. Nie bardzo było wiadomo, jak Nygus to robi, ale kobiety do niego lgnęły. Ani nie był szczególnie bystry, ani przystojny. Kolegom wydawał się nawet dość głupkowaty w swojej sarmackiej pyszałkowatości, ale babeczki, co musieli przyznać nawet najwięksi oponenci, jadły mu z ręki albo z tego, co akurat do jedzenia wystawił. Eliza Orzeszkowa by tego nie opisała, zwykł bezradnie komentować potencjał kolegi zazdrosny Łokietek.

Hebel za Hegla! – rozległo się tymczasem w niecce stadionu gromkie wołanie trzech znajomych Nygusowi głosów. Łokietek, Gustaffson, Falset i Sid Cepellin nadchodzili od strony boiska lekkoatletycznego. Było ich czterech, ale głosy słyszalne jedynie trzy, albowiem Sid postanowił nie zabierać głosu. Zostawił go w szatni na uczelni, żeby na darmo nie zużywać nadwątlonego organu. Chłopcy szli dość pewnie, ale każdy jednak zupełnie inną trajektorią.

Łokietek zapylał jak strzała, charakterystycznie przebierając krótkimi nóżkami. Biegł całą epą wprost w otwarte ramiona Nygusa. Gustaffson szedł z fałszywym uśmiechem pewnie, ale z godnością. Nie przyspieszał i nie zwalniał, ale raz za razem znajdował jakąś szalenie inspirującą kępkę trawy, którą se tam kopnął. Falset szedł frywolnie, zaglądając wszędzie, gdzie się zajrzeć dało i szukając wszystkiego, co się znaleźć nie dało. Spoglądał na korony drzew, kontemplował prostokątne bramki, oceniał fachowo resztki drewnianych ławek, po czym zaczął oddawać mocz z zewnętrznej skarpy prosto na pędzący pociąg relacji Poznań-Szczecin. Sid natomiast starał się nie potknąć o poły długaśnego płaszcza jak również nie zaplątać w torbę zwisającą gdzieś pomiędzy nogami, rękami a resztą Sida. Po prostu uważał.

Podczas gdy Łokietek tonął w objęciach Nygusa, Falset sikał na pociąg, Sid uważał a Gustaffson zmierzał z godnością, nad stadionem pojawił się obiekt latający na razie jeszcze nie zidentyfikowany. Najpierw zauważył go Gustaffson, który tylko szukał jakiegoś pretekstu, żeby nie witać się zbyt wylewnie z Nygusem, któremu wiele rzeczy miał za złe. Spojrzał zatem w niebo, szukając tam jakiegoś rozwiązania niewygdonej sytuacji. O, popatrzcie, coś leci, wskazał kolego punkcik na niebie. Nie bez ociągania spojrzał w niebo Sid, ale że nie zabrał głosu, to i nic nie powiedział. Z kolei Falset z wrodzonym niepokojem spojrzał w górę natychmiast, co zaskutkowało obsikaniem lewej nogawki spodni. Kurwa, powiedział Falset, po czym wyrównał strumień przed siebie. Tonący w uściskach wzajemnych Łokietek i Nygus już mieli zacząć całować się z języczkiem, ponieważ jak niemal wszyscy macho mieli tendencje kryptogejowskie, gdy przywołał ich do rzeczywistości okrzyk Gustaffsona.

Łokietek puścił Nygusa, poprawił poły czarnej bluzy, z którą się nie rozstawał od czasu pierwszej komuni i spojrzał fachowym wzrokiem w niebo. Znał się bowiem na lotnictwie bardzo dobrze, dzieckiem w kolbce sklejał już modele zakupywane w składnicy harcerskiej na Św. Marcinie lub w Panterze na Paderewskiego. Miał nawet kiedyś udać się do szkoły orląt w Dęblinie, ale wolał nie. Tak czy owak odróżniał B-52 od ważki, co innym w tym gronie mogło sprawić spore kłopoty. To nie jest samolot, powiedział pewnie. To nie jest też owad, wykluczył. To jest coś pomiędzy, uściślił, znajdując uznanie czekających w napięciu przyjaciół. Może to zrzut dla powstańców, powiedział niepewnie Nygus, który już zdążył zaciągnąć się skrętem, którego w milczeniu piorunem wykręcił Sid. Dla jakich, kurwa, powstańców, trzeźwo zapytał Gustaffson, który miał awersję do martyrologii oraz również do Nygusa. Wielkopolskich, hyhyhyhyhy – zarechotał powracający z sikania Falset.

Cicho, zakończył swary dworzan Łokietek, musimy się skoncentrować i jakoś przyjąć niespodziewany dar niebios. Rozciągnijmy płaszcz Sida, żeby to coś bezpiecznie wylądowało, rozkazał, więc Sid się podporządkował, choć zadowolony nie był. Koledzy rozciągnęli płaszcz i zaczęli biegać po boisku w celu złapania obiektu, który jakoś tak dziwnie zaczął lawirować jak lewoskrzydłowy, który chce kiwnąć obrońcę, zejść do środka pola i oddać strzał. Po prostu obiekt chciał ich wykiwać. Łokietek nie takie jednak obiekty w ręce łapał. Na przykład cycki księżnej Konarzewskiej w pałacu w Jankowicach, które uciekały mu przez zakręcone korytarze, rozległe piwnice i parkowe aleje, zanim je dopadł zdyszany monarcha. Teraz równie żwawo biegał, w charakterystyczny sposób wyginając nóżki, za przyjaciółmi rozciągającymi do niemożliwości płaszcz Sida.

Żeby było śmieszniej obiekt nagle się rozdzielił. Jedna jego połowa leciała w dół jak kamień, a druga zaczęła majtać nogami i odpinać spadochron. Łokietek szybko zdecydował, że skupią się na łapaniu części, która nie ma nóg i spadachronu. Najpierw inwalidę, krzyknął do chłopaków, którzy już nieźle zasapani biegali oszalali z płaszczem Sida. Nagle trach, nagle bum. Jest, na samym środku boiska dopadła ich wielka kwadratowa paczka. Ręce się dzielnym fantasmagorystom zgięły, bo ciężka to paczka była, a szara cała. Sznurkiem powiązana, znaczkami ostemplowana i zaadresowana. Adres brzmiał: Klub Kalifornia, Jeżyce, Polska. To do mnie, powiedział dumnie Nygus, pewnie od Bosmana Szkwa... Nie dokończył jednak przechwałki, gdyż na głowę spadła mu druga część obiektu, pozbawiając go na chwilę i na szczęście świadomości.

„Learning to fly” z „ A Momentary Lapse of Reason”, zagrał na harmonijce w sobie tylko wiadomy sposób Łokietek, aby uświetnić niespodziewaną przygodę odpowiednią ścieżką dźwiękową. Gustaffson natomiast rzeczowo podsumował wydarzenie. Panowie, spadło na nas 40 kilogramów przedniej kolumbijskiej marihuany oraz  kolega Lewiatanowicz, który zapewne za chwilę nam to wszystko racjonalnie wyjaśni. Owszem, owszem, powiedział nadzwyczaj trzeźwo odpinający spadochron Lewiatanowicz, już wyjaśniam. To jest dar od wielkiego cesarza Hajle Selasje, który przesyła braciom w wierze wyrazy szacunku oraz mgnienie pukla włosów swoich z łona narodu jamajskiego. „Everything will gonna be all right”, zanucił budzący się z omdlenia były słowik Kurczewskiego, prezes Klubu Kalifornia oraz posiadacz miecza dwuręcznego oraz przyrodzenia nad wyraz przez dziewczęta lubianego, jego elokwencja Nygus.

Hajle Selasje nie żyje, zauważył Gustaffson, coś kręcisz. Masz, odpowiedział ręką Sid, weź macha, wręczając koledze świeżo skręconego blanta. Nie do Ciebie mówię, żachnął się Gustaffson, do Lewiatanowicza mówię, Hajle nie żyje i tyle. Hajle Rama, Hajle Krschna, wyśpiewywać zaczął wniebogłosy Falset, który jak zwykle rozumiał piąte przez dziesiąte. Hajle jest wieczny, odparł z dumą i obrazą w głosie Lewiatanowicz, Hajle wie wszystko, widzi wszystko i rucha żaby. Acha, poddał się Gustaffson, zaciągając jednocześnie się blantem Sida. Chłopaki, nie kłóćcie się zaapelował z wyżyn majestatu Nygus, z nieba nam ten towar spadł i trzeba to jakoś uczcić. Proponuję bankiet w Schizowni! Aklamacja zgodziła się z prezesem Klubu Kalifornia i zasępiła się nad sposobem transportu towaru.

Zasępieni siedzieli przy wielkiej pace marihuany kolumbijskiej przedniej i dumali, jak by to dziadostwo stąd ruszyć. Swoją drogą, zauważył Lewiatanowicz, chyba nie jesteśmy w stanie wypalić 40 kilogramów stuffu. W jedną noc pewnie nie, zgodził się Nygus. Rozłożomy to na raty, możemy przechować na Fabrycznej, poddał myśl Gustaffson. Tak zrobimy, podjął decyzję jedyny upoważniony czyli Łokietek, który notabene nie używał narkotyków poza alkoholem i nie uważał fascynacji przyjaciół za coś pozytywnego absolutnie nie. Już, już miał im wygłosić połajankę, ale zaszły wydarazenia, które go wytrąciły z równowagi już zupełnie. Zaszły go od tyłu. Zaszły go na słoniach.

Najpierw był przenikliwy krzyk Katamaran, a następnie nie mniej przenikliwy wrzask Górala. Potem były ich machające wszystkim co mieli sylwetki biegnące pędem ku kupie marihuany i znajomych fantasmagorystów. Słonie, wrzeszczeli, Słonie! Dużymi literami wrzeszczeli i biegli. Spokojnie, panowie, komendę przejął Nygus. Formujemy żółwia, chronimy towar, stoimy twardo. No pasaran, dodał zdeterminowany Lewiatanowicz, Maria o muerte! ..., niemo acz stanowczo podsumował mobilizację Sid. Słonie były coraz bliżej, ziemia dudniła, drżała i w ogóle była coraz mniej stabilna. Sylwetki potworów już już przesłaniać zaczynały słońce. Klub Kalifornia z aliantami zwarł szeregi. Łokietek wezwał posiłki przez podręczny telepatefon. Prezydent Clinton zwołał radę bezpieczeństwa narodowego. Salman Radujew wylądował na stole operacyjnym w oczekiwaniu na wszczepienie tytanowych płytek.

Sytuacja była coraz groźniejsza, słonie już bowiem ryły murawę stadionu Golęcińskiego Klubu Sportowego Olimpia, rada bezpieczeństwa wydała rozkaz poderwania myśliwców F-16 z bazy w Rammstein. Szykowała się solidna napierdalanka na szczeblu ponaddzielnicowym. Łokietek rozpaczliwie starał się panować nad stytuacją. Sio, sio, sio! Biegał, charakterystycznie przebierając krótkimi swoimi nóżkami i wymachując pałkami nunczaku jako pasterz witką brzozową wymachuje. Chciał przegonić złe słonie ze swojego podwórka zanim one przegonią jego lub też zanim zryją boisko pociski z amerykańskich myśliwców. Wracaj do żółwia, Łokietek, wracaj do żółwia – zaintonowali zaniepokojeni przyjaciele na tyle głośno, aby obudzić śpiących kierowców skrytych za uszami spasionych czworonogów.

Sie macie, powiedział zaspanym głosem Sztuk Puk, wychylając się zza uszu pierwszego słonia. Śpiewacie sobie, zauważył Mano, który spał za uszami drugiego słonia. Wesoło co? Pytająco zagaił Robson ledwo trzymający się na grzbiecie trzeciego słonia. Kawaleria przyjechała, kawaleria! Podkoczył uradowany Nygus, opuszczając zbędnego już żółwia. Ładujemy towar i na Schizownię, zakomenderował Łokietek, nie ma czasu do stracenia.

CDN

2 komentarze:

  1. Czy literatura na pewno jeszcze żyje? I co to jest za życie? Czasem mam dysonans emocjonalno-poznawczy. A autor?

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Mam ogromny dysonans emocjonalno-poznawczy. Od kilku lat rozmyślam nad tym, czy literatura jeszcze żyje i czy żyć będzie kiedyś tam w przyszłości. Ostatnio zaczynam się przekonywać naocznie, że ludzie coraz mniej potrzebują fabuły, a nawet nie używają już związku przyczynowo-skutkowego. To może nie być tylko śmierć literatury, ale powolna śmierć człowieka w ogóle. Z wrodzonej przyzwoitości i chorobliwej ciekawości staram się ten proces jakoś zbadać i zrelacjonować. Tym samym robię coś lietraturopodobnego, ale się nie upieram przy określaniu tego tak. Może to takie epitafium wiejskiego filozofa:)

    OdpowiedzUsuń na zawsze