Łokietek zwariował, pomyślał Gustaffson, kiedy już szczęśliwie opuścił Smetanę, w której pozostawił trzech przyjaciół, Brunona Schulza, Witolda Gombrowicza oraz niezliczoną ilość sadystycznie nastawionych do nich kobiet w pończochach samonośnych. Wszystko mu się pomieszało we łbie, ciągnął myśl przecinając ulicę Ratajczaka. Przecież Papież nawet jeśli zna prawdę, to nam jej na tacy nie poda. Prędzej już się Książe dowie, przecież ma takie stosunki. Poza tym Papież nie przyjedzie teraz do Poznania, a my się nie ruszymy stąd, bo nie bardzo jest jak i czym, odkąd Nygus rozbił tort czekaladowy na sygnale.
Tak, biedny Władek stracił kontakt z rzeczywistością, podsumowywał powoli myśl Gustaffson, jednocześnie odkopując na bok zagradzającą mu drogę Smykałkę z nożem w brzuchu. Ech, Smykałka, nie epatuj, rzekł do niej, gdyż był nieczuły na tanie, martyrologiczne sztuczki. Nieczuły skurwiel, wycisnęła przez zęby Smykałka i poczołgała się w stronę Wildy. Widząc, że będzie musiał jakoś się ustosunkować wobec jej czołgania w kierunku, który jego także żywotnie interesował, postanowił zmienić plany i skręcić w ulicę Taczaka, gdzie znajdowały się co najmniej dwa lokale, które darzył sympatią zdecydowanie bardziej szczerą niż koleżankę Smykałkę.
Podsumujmy, kontynuował monolog, fakty. Jest mniej więcej końcówka 1998 roku, ale w gruncie rzeczy poruszamy się dość płynnie po osi czasu, manewrując pomiędzy październikiem 1998 a wrześniem 2001, kiedy to wszystko się rozdupczyło, bo Łokietek został oddelegowany do innych zadań. Formalnie do końca tego cholernego millennium został nam rok z małym fiutkiem. Niektóre sprawy są już jasne jak słońce. Dziś Sid zobaczył pomnik Starego Marycha, który dopiero wszedł w fazę projektu. Można uznać, że jego powstanie jest tylko kwestią tak zwanego czasu. Ergo, świat się nie skończy mimo wszystko ani dziś, ani jutro, ani może nawet przed naszym wejście do Unii Europejskiej.
Nic wielkiego, bo przecież każdy coś tam zawsze do przodu widzi. Mi się też kiedyś przyśniło, deliberował niezmordowany Gustaffson, że GKS Katowice pokona Girondins Bordeaux jeden do zera i awansuje do kolejnej rundy Pucharu UEFA. A w Bordeaux grał wtedy Zidane, więc sen zdawał się mocno naciąganą interpretacją przyszłych wydarzeń. Pomnik Starego Marycha to jednak nie ta para kaloszy, chociaż zdaje się pomnik kalosze ma, a Zidane chyba nie. Z faktu jednak, że pomnik widzieliśmy, można wnioskować, że przejechaliśmy się w czasie po drodze z Wildy. Normalka w sumie, choć Sid nie jest jeszcze na tym stopniu wtajemniczenia, żeby w biały dzień pałętać się po przyszłości. Przecież on nawet z widzeniem teraźniejszości ma niebagatelne kłopoty, nie doceniał przyjaciela Gustaffson patrzący z nieuzasadnioną wyższością na przyjaciół spoza stolicy Wielkopolski.
Czas, zastanawiał się Gustaffson, jest bezwzględny i Łokietek zaczyna mu ulegać. Zbyt się zapatrzył w nagłówki gazet. Nie widzi już rzeczywistości samej w sobie. Przecież jesteśmy tutaj po to, żeby załatwić konkretną sprawę, a nie po to, żeby się przejmować kalendarzem. Przyjedzie Papież, dobre sobie, może przyjedzie jeszcze nie raz, ale to nas nie zbawi. Możemy oczywiście się bawić jakieś tam tymczasowe prowizorki. Możemy pomagać Wendersowi kręcić film albo zastrzelić Kennedy’ego, ale przecież nie na tym polega nasza misja. Nie możemy tracić z oczu celu najwyższego. Nie możemy dopuścić, żeby Kolejorz spadł do II ligi.
Kiedy Gustaffson wracał do rzeczywistości wyraźnie podupadał na optyzmizmie. Nie lubił rzeczywistości pewnie jeszcze bardziej niż Smykałki. W tym sezonie, owszem, Lech radził sobie nadspodziewanie dobrze i szykował się nawet do walki o europejskie puchary, ale Gustaffson był zbyt wytrawnym fantasmagorystą, by nie dostrzegać powagi sytuacji. Reissa już właściwie sprzedali, reszta pewnie odejdzie po sezonie, kalkulował smutno. Może puchary uratują sytuację? Może tak, może nie, ile to już razy puchary miały nas zbawić. Gustaffson dobrze pamiętał klęski z Goeteborgiem i Spartakiem Moskwa w walce o wejście do Ligi Mistrzów. Dobrze pamiętał wielkiego Lecha początku lat 90. który miał być pierwszą naszą eksportową jedenastką po wprowadzeniu kapitalizmu, a stał się przykładem rozkładu piłkarskiego PGR-u.
Dobrze pamiętał tego Lecha, ale teraz musiał o nim zapomnieć, ponieważ wchodził do Kisielic, gdzie poruszało się zupełnie inne tematy. Był to całkiem, bowiem, nowy lokal, w którym spotykali się studenci i studentki przede wszystkim kulturystyki udający i udające artystów i artystki, albo przynajmniej ich dobrych znajomych. Rozmowy obracały się wokół filmów Jarmusha, przedstawień teatrów alternatywnych, wernisaży, koncertów, wycieczek do Pragi, Berlina na Kreuzberg lub do Krakowa na Kazimierz oraz wokół tego, kogo się fajnie rżnie, a kogo nie. Gustaffson nie lubił specjalnie żadnego z powyższych tematów, lubił natomiast kilka osób, które tu zachodziły.
Wśród nich był oczywiście znamienity muzyk młodego pokolenia, a zarazem wytrawny bramkarz Franza Schpenhauera, czyli po prostu Falset we własnej, niezakłamanej osobie. On nie tyle był w Kisielicach w tym akurat momencie, nie tyle nawet bywał tam często, on tam właściwie mieszkał. Wychodził stamtąd tylko wtedy, gdy w mieście działo się coś szalenie istotnego, albo wyczuł, że na Fabrycznej jest świeży chleb grzankowy. Mogło się także zdarzyć, że wyciągała go z Kisielic jakaś piękna kobieta, ale to się prawie nie zdarzało ku rozpaczy Falseta. Tak czy owak, Falset był w lokalu formalnie na stanie i nie do ruszenia.
Teraz też się nie ruszał, gdyż jeszcze się nie obudził po imprezie z dnia poprzedniego. Obok niego był już jednak nieodłączny Kuba Śruba deklamujący najnowsze wiersze swoje przedniej jakości i pierwszej świeżości. Wokół Kuby był wianek niewiast o różnym potencjale aprobaty. Śruba w odróżnieniu od Falseta cieszył się powodzeniem niesłabnącym nigdy i nigdzie. Właściwie zawsze miał kogo za włosy chwycić i do jaskini zaciągnąć, choć akurat korzystał z tego umiarkowanie, będąc zakochanym do granic niemożliwości w kobiecie jedynej w swoim rodzaju, aczkolwiek prawdopodobnie absolutnie nierealnej w swojej doskonałości. Dość powiedzieć, że jeśli w ogóle istniała to musiała być bardzo malutka, ponieważ prawie nikt jej nigdy nie widział.
W tym momencie dostrzegł ją tylko Gustaffson, który bardzo jej zazdrościł umiejętności niewidzialności. Ba, Łokietek, który wzrostu był przecież nikczemnego, podkochiwał się nawet w pięknej dziewczynie niewidce. Na imię miała adekwatnie do stanu, imała się bowiem Maligna. To że się w niej kochał Łokietek, to nic jeszcze było, to że się z nią prowadzał Śruba, to zaskakującym nie było. Serca mieli bowiem miękkie jak nawierzchnia Alei Niepodległości w letnim upale. Ale to że potrafili dla niej stracić głowę zimnokrwiści Sid jak również Gustaffson, to już świadczyć musiało, że Maligna urok miała nieziemski, a wpływ na rzeczywistość większy niż niejeden Bóg.
Teraz jednak po prostu sączyła piwo, smutnym wzrokiem wodząc po Śrubie zakręconym w wianuszek dziewcząt młodych, chętnych i głupich jak się tylko da. Ożywiła się, widząc wchodzącego Gustaffsona, bo wiedziała, że kto jak kto, ale on z pewnością nie zauważy w knajpie nikogo poza nią. Lubiła go właśnie za to, że mogła liczyć na jego zainteresowanie, czego nie można powiedzieć o wielu innych bywalcach Kisielic, jak również innych lokali, w których bywała. Z Gustaffsonem znali się jeszcze ze szkoły, a takie znajomości jak wiadomo ważne są i pomagają przetrwać w nieprzyjaznym świecie.
Zgodnie z przewidywaniami Gustaffson uśmiechnął się szeroko, choć smutno, dostrzegając w tłumie beznadziejnie obojętnych mu osób, swoją drogą koleżankę Malignę. Można powiedzieć, że łączyło ich powinowactwo dusz. Nie było przypadkiem, że spotkali się w podobnym czasie, w podobnym miejscu. Nie było przypadkiem, że obok nich pojawił się Śruba, Łokietek czy Lewiatanowicz. To nie był przypadek, to był kwiat młodzieży wielkopolskiej. Łączyło ich coś więcej niż zamiłowanie do piosenek Nicka Cave’a czy innego Toma Waitsa. Łączyła ich misja.
Teraz jednak nieco się od siebie oddalili. Nie byli już skoszarowani jak jeszcze niedawno. Teraz swobodnie działali na własną rękę. Jak agenci spuszczeni ze smyczy. Zrzuceni na spadochronach w newralgicznych punktach, pozostawali w uśpieniu aż do godziny zero. Oczywiście, byli na tyle blisko, że kontaktowali się ze sobą, ale w kontaktach tych unikali jak ognia tematu choć delikatnie nawiązującego do celu misji. Wyjątkiem były oczywiście spotkania na samym szczycie, w których jednak Maligna nie brała udziału, bo Łokietek powiedział, że nie będzie cudzych dup przyjmował do swojej centrali. Tak, niestety nawet najlepsi z najlepszych nie byli wolni od przyziemnych determinant.
Cześć Gustaff, powiedziała Maligna z uśmiechem jakiego nie powstydziłaby się Julia Roberts. Cześć Mali, powiedział Gustaffson z miną smutnego bobra, której nie powstydziłby się sam Nicholas Cage. Uściskali się serdecznie, a trzeba wiedzieć, że Gustaffson nie ściskał się byle kim, co dodatkowo potwierdzało niepodwarzalną pozycję Maligny w środowisku. Co tam? Zapytała Maligna, wiedząc, jaką odpowiedź otrzyma. Dolina. Odpowiedział Gustaffson, który wiedział dokładnie, jakiej odpowiedzi spodziewa się Maligna. Co u Władeczka? Zapytała o Łokietka, żeby dać Gustaffsonowi chwilę na zebranie myśli. Odjebało mu. Odpowiedział zgodnie z prawdą Gustaffson. Chce wykraść Papieżowi czwartą tajemnicę fatimską, uściślił, żeby nie być gołosłownym.
Jakiemu Papieżowi? Zapytała Maligna, która jako jedna z nielicznych w tym było nie było postępowym towarzystwie, miała szansę być osobą absolutnie nieskalaną religią katolicką ani właściwie żadną inną. W kraju naszym, moja droga, rozpoczął wywód zawsze przygotowany Gustaffson, mamy zaszczyt szczycić się największym na świecie pogłowiem owieczek a także z dumą możemy chwalić się tym, że spośród nas wywodzi się najwybitniejszy pasteż jakiego świat kiedykolwiek widział. Nie lubię rolników, podsumowała wątek Maligna, powiedz Władkowi, żeby w soję wszedł.
W środowisku owszem zaczęły się wtedy szerzyć różne mody niemięsne, ale faktycznie czołówka ruchu była na nie impregnowana. Ani Łokietek, ani Gustaffson nie reflektowali na sojowe przysmaki, choć już Lewiatanowicz deklarował wstrzęmieźliwość kulinarną od niepamiętnych czasów, a możliwe, że mięsa nie jadł nawet w poprzednich wcieleniach. A Falset otarł się nawet o ruch straight edge, choć trzeba przyznać, że szybko się to otarcie zagoiło, a steki zatryumfowały nad tofu w jego jadłospisie.
Ech, Maligna, jaka ty szczęśliwa jesteś, będąc wolną od tych wszystkich kulturowych powikłań, westchnął Gustaffson. Możesz nie wiedzieć, kto to Papież, możesz nie jeść schabowych. Właściwie możesz nawet nie oglądać skoków narciarskich. Czytasz sobie Hrabala, oglądasz Sveraka, Menzela, jeździsz do Pragi zamiast do Warszawy. Czeski sen, normalnie. Maligna miała bowiem urocze czeskie pochodzenie, co zaczynało być dla wielu podejrzane, bowiem jak to możliwe, że czeskie ślady nagle na przełomie wieków tak mocną zaznaczają się na mapie Poznania?
Pytanie takie, owszem, może się zrodzić, ale jedynie w głowie kompletnych ignorantów. Tych, którzy nie wiedzą o sięgającej zamierzchłego średniowiecza tradycyji kontaktów czesko-wielkopolskich. Maligna, jak i Smetana czy Milenka, jak również Jizik Koniecpolski, byli bowiem kolejnym ogniwem długiego łańcuszka współpracy, którą zapoczątkowała żona Mieszka Dobrawa, która nie tylko dała mu syna, ale jeszcze nawróciła go na jedynie słuszną religię, dzięki czemu Papież Polak mógł w ogóle zostać papieżem. Wiedział o tym dobrze Łokietek i dlatego parł więc ze wszystkich sił witalnych do zawarcia związku małżeńskiego z Maligną w celu stworzenia dynastii na miarę Nowej Europy Środkowej.
Gustaffson znał plany Łokietka, ale nie puszczał pary z gęby. Był taktowny jak mało kto i nie mieszał się w związki przyjaciół oraz współpracowników czy współtowarzyszy broni. Tymczasem obudził się Falset. Otworzył oczy, wstał i zaczął tańczyć. Był to szalony taniec. Z głośników runął na wszystkich David Bowie. Zewsząd pojawiły się nogi i ręce Falseta. Let’s dance. Po chwili wianuszek bachantek przepłynął od deklamującego Kuby Śruby do szalejącego Falseta. Maligna utonęła w ramionach opuszczonego poety, Gustaffson zamówił Wściekłego Psa. Od wejścia dobiegł stanowczy głos Łokietka.
CDN
Tak, biedny Władek stracił kontakt z rzeczywistością, podsumowywał powoli myśl Gustaffson, jednocześnie odkopując na bok zagradzającą mu drogę Smykałkę z nożem w brzuchu. Ech, Smykałka, nie epatuj, rzekł do niej, gdyż był nieczuły na tanie, martyrologiczne sztuczki. Nieczuły skurwiel, wycisnęła przez zęby Smykałka i poczołgała się w stronę Wildy. Widząc, że będzie musiał jakoś się ustosunkować wobec jej czołgania w kierunku, który jego także żywotnie interesował, postanowił zmienić plany i skręcić w ulicę Taczaka, gdzie znajdowały się co najmniej dwa lokale, które darzył sympatią zdecydowanie bardziej szczerą niż koleżankę Smykałkę.
Podsumujmy, kontynuował monolog, fakty. Jest mniej więcej końcówka 1998 roku, ale w gruncie rzeczy poruszamy się dość płynnie po osi czasu, manewrując pomiędzy październikiem 1998 a wrześniem 2001, kiedy to wszystko się rozdupczyło, bo Łokietek został oddelegowany do innych zadań. Formalnie do końca tego cholernego millennium został nam rok z małym fiutkiem. Niektóre sprawy są już jasne jak słońce. Dziś Sid zobaczył pomnik Starego Marycha, który dopiero wszedł w fazę projektu. Można uznać, że jego powstanie jest tylko kwestią tak zwanego czasu. Ergo, świat się nie skończy mimo wszystko ani dziś, ani jutro, ani może nawet przed naszym wejście do Unii Europejskiej.
Nic wielkiego, bo przecież każdy coś tam zawsze do przodu widzi. Mi się też kiedyś przyśniło, deliberował niezmordowany Gustaffson, że GKS Katowice pokona Girondins Bordeaux jeden do zera i awansuje do kolejnej rundy Pucharu UEFA. A w Bordeaux grał wtedy Zidane, więc sen zdawał się mocno naciąganą interpretacją przyszłych wydarzeń. Pomnik Starego Marycha to jednak nie ta para kaloszy, chociaż zdaje się pomnik kalosze ma, a Zidane chyba nie. Z faktu jednak, że pomnik widzieliśmy, można wnioskować, że przejechaliśmy się w czasie po drodze z Wildy. Normalka w sumie, choć Sid nie jest jeszcze na tym stopniu wtajemniczenia, żeby w biały dzień pałętać się po przyszłości. Przecież on nawet z widzeniem teraźniejszości ma niebagatelne kłopoty, nie doceniał przyjaciela Gustaffson patrzący z nieuzasadnioną wyższością na przyjaciół spoza stolicy Wielkopolski.
Czas, zastanawiał się Gustaffson, jest bezwzględny i Łokietek zaczyna mu ulegać. Zbyt się zapatrzył w nagłówki gazet. Nie widzi już rzeczywistości samej w sobie. Przecież jesteśmy tutaj po to, żeby załatwić konkretną sprawę, a nie po to, żeby się przejmować kalendarzem. Przyjedzie Papież, dobre sobie, może przyjedzie jeszcze nie raz, ale to nas nie zbawi. Możemy oczywiście się bawić jakieś tam tymczasowe prowizorki. Możemy pomagać Wendersowi kręcić film albo zastrzelić Kennedy’ego, ale przecież nie na tym polega nasza misja. Nie możemy tracić z oczu celu najwyższego. Nie możemy dopuścić, żeby Kolejorz spadł do II ligi.
Kiedy Gustaffson wracał do rzeczywistości wyraźnie podupadał na optyzmizmie. Nie lubił rzeczywistości pewnie jeszcze bardziej niż Smykałki. W tym sezonie, owszem, Lech radził sobie nadspodziewanie dobrze i szykował się nawet do walki o europejskie puchary, ale Gustaffson był zbyt wytrawnym fantasmagorystą, by nie dostrzegać powagi sytuacji. Reissa już właściwie sprzedali, reszta pewnie odejdzie po sezonie, kalkulował smutno. Może puchary uratują sytuację? Może tak, może nie, ile to już razy puchary miały nas zbawić. Gustaffson dobrze pamiętał klęski z Goeteborgiem i Spartakiem Moskwa w walce o wejście do Ligi Mistrzów. Dobrze pamiętał wielkiego Lecha początku lat 90. który miał być pierwszą naszą eksportową jedenastką po wprowadzeniu kapitalizmu, a stał się przykładem rozkładu piłkarskiego PGR-u.
Dobrze pamiętał tego Lecha, ale teraz musiał o nim zapomnieć, ponieważ wchodził do Kisielic, gdzie poruszało się zupełnie inne tematy. Był to całkiem, bowiem, nowy lokal, w którym spotykali się studenci i studentki przede wszystkim kulturystyki udający i udające artystów i artystki, albo przynajmniej ich dobrych znajomych. Rozmowy obracały się wokół filmów Jarmusha, przedstawień teatrów alternatywnych, wernisaży, koncertów, wycieczek do Pragi, Berlina na Kreuzberg lub do Krakowa na Kazimierz oraz wokół tego, kogo się fajnie rżnie, a kogo nie. Gustaffson nie lubił specjalnie żadnego z powyższych tematów, lubił natomiast kilka osób, które tu zachodziły.
Wśród nich był oczywiście znamienity muzyk młodego pokolenia, a zarazem wytrawny bramkarz Franza Schpenhauera, czyli po prostu Falset we własnej, niezakłamanej osobie. On nie tyle był w Kisielicach w tym akurat momencie, nie tyle nawet bywał tam często, on tam właściwie mieszkał. Wychodził stamtąd tylko wtedy, gdy w mieście działo się coś szalenie istotnego, albo wyczuł, że na Fabrycznej jest świeży chleb grzankowy. Mogło się także zdarzyć, że wyciągała go z Kisielic jakaś piękna kobieta, ale to się prawie nie zdarzało ku rozpaczy Falseta. Tak czy owak, Falset był w lokalu formalnie na stanie i nie do ruszenia.
Teraz też się nie ruszał, gdyż jeszcze się nie obudził po imprezie z dnia poprzedniego. Obok niego był już jednak nieodłączny Kuba Śruba deklamujący najnowsze wiersze swoje przedniej jakości i pierwszej świeżości. Wokół Kuby był wianek niewiast o różnym potencjale aprobaty. Śruba w odróżnieniu od Falseta cieszył się powodzeniem niesłabnącym nigdy i nigdzie. Właściwie zawsze miał kogo za włosy chwycić i do jaskini zaciągnąć, choć akurat korzystał z tego umiarkowanie, będąc zakochanym do granic niemożliwości w kobiecie jedynej w swoim rodzaju, aczkolwiek prawdopodobnie absolutnie nierealnej w swojej doskonałości. Dość powiedzieć, że jeśli w ogóle istniała to musiała być bardzo malutka, ponieważ prawie nikt jej nigdy nie widział.
W tym momencie dostrzegł ją tylko Gustaffson, który bardzo jej zazdrościł umiejętności niewidzialności. Ba, Łokietek, który wzrostu był przecież nikczemnego, podkochiwał się nawet w pięknej dziewczynie niewidce. Na imię miała adekwatnie do stanu, imała się bowiem Maligna. To że się w niej kochał Łokietek, to nic jeszcze było, to że się z nią prowadzał Śruba, to zaskakującym nie było. Serca mieli bowiem miękkie jak nawierzchnia Alei Niepodległości w letnim upale. Ale to że potrafili dla niej stracić głowę zimnokrwiści Sid jak również Gustaffson, to już świadczyć musiało, że Maligna urok miała nieziemski, a wpływ na rzeczywistość większy niż niejeden Bóg.
Teraz jednak po prostu sączyła piwo, smutnym wzrokiem wodząc po Śrubie zakręconym w wianuszek dziewcząt młodych, chętnych i głupich jak się tylko da. Ożywiła się, widząc wchodzącego Gustaffsona, bo wiedziała, że kto jak kto, ale on z pewnością nie zauważy w knajpie nikogo poza nią. Lubiła go właśnie za to, że mogła liczyć na jego zainteresowanie, czego nie można powiedzieć o wielu innych bywalcach Kisielic, jak również innych lokali, w których bywała. Z Gustaffsonem znali się jeszcze ze szkoły, a takie znajomości jak wiadomo ważne są i pomagają przetrwać w nieprzyjaznym świecie.
Zgodnie z przewidywaniami Gustaffson uśmiechnął się szeroko, choć smutno, dostrzegając w tłumie beznadziejnie obojętnych mu osób, swoją drogą koleżankę Malignę. Można powiedzieć, że łączyło ich powinowactwo dusz. Nie było przypadkiem, że spotkali się w podobnym czasie, w podobnym miejscu. Nie było przypadkiem, że obok nich pojawił się Śruba, Łokietek czy Lewiatanowicz. To nie był przypadek, to był kwiat młodzieży wielkopolskiej. Łączyło ich coś więcej niż zamiłowanie do piosenek Nicka Cave’a czy innego Toma Waitsa. Łączyła ich misja.
Teraz jednak nieco się od siebie oddalili. Nie byli już skoszarowani jak jeszcze niedawno. Teraz swobodnie działali na własną rękę. Jak agenci spuszczeni ze smyczy. Zrzuceni na spadochronach w newralgicznych punktach, pozostawali w uśpieniu aż do godziny zero. Oczywiście, byli na tyle blisko, że kontaktowali się ze sobą, ale w kontaktach tych unikali jak ognia tematu choć delikatnie nawiązującego do celu misji. Wyjątkiem były oczywiście spotkania na samym szczycie, w których jednak Maligna nie brała udziału, bo Łokietek powiedział, że nie będzie cudzych dup przyjmował do swojej centrali. Tak, niestety nawet najlepsi z najlepszych nie byli wolni od przyziemnych determinant.
Cześć Gustaff, powiedziała Maligna z uśmiechem jakiego nie powstydziłaby się Julia Roberts. Cześć Mali, powiedział Gustaffson z miną smutnego bobra, której nie powstydziłby się sam Nicholas Cage. Uściskali się serdecznie, a trzeba wiedzieć, że Gustaffson nie ściskał się byle kim, co dodatkowo potwierdzało niepodwarzalną pozycję Maligny w środowisku. Co tam? Zapytała Maligna, wiedząc, jaką odpowiedź otrzyma. Dolina. Odpowiedział Gustaffson, który wiedział dokładnie, jakiej odpowiedzi spodziewa się Maligna. Co u Władeczka? Zapytała o Łokietka, żeby dać Gustaffsonowi chwilę na zebranie myśli. Odjebało mu. Odpowiedział zgodnie z prawdą Gustaffson. Chce wykraść Papieżowi czwartą tajemnicę fatimską, uściślił, żeby nie być gołosłownym.
Jakiemu Papieżowi? Zapytała Maligna, która jako jedna z nielicznych w tym było nie było postępowym towarzystwie, miała szansę być osobą absolutnie nieskalaną religią katolicką ani właściwie żadną inną. W kraju naszym, moja droga, rozpoczął wywód zawsze przygotowany Gustaffson, mamy zaszczyt szczycić się największym na świecie pogłowiem owieczek a także z dumą możemy chwalić się tym, że spośród nas wywodzi się najwybitniejszy pasteż jakiego świat kiedykolwiek widział. Nie lubię rolników, podsumowała wątek Maligna, powiedz Władkowi, żeby w soję wszedł.
W środowisku owszem zaczęły się wtedy szerzyć różne mody niemięsne, ale faktycznie czołówka ruchu była na nie impregnowana. Ani Łokietek, ani Gustaffson nie reflektowali na sojowe przysmaki, choć już Lewiatanowicz deklarował wstrzęmieźliwość kulinarną od niepamiętnych czasów, a możliwe, że mięsa nie jadł nawet w poprzednich wcieleniach. A Falset otarł się nawet o ruch straight edge, choć trzeba przyznać, że szybko się to otarcie zagoiło, a steki zatryumfowały nad tofu w jego jadłospisie.
Ech, Maligna, jaka ty szczęśliwa jesteś, będąc wolną od tych wszystkich kulturowych powikłań, westchnął Gustaffson. Możesz nie wiedzieć, kto to Papież, możesz nie jeść schabowych. Właściwie możesz nawet nie oglądać skoków narciarskich. Czytasz sobie Hrabala, oglądasz Sveraka, Menzela, jeździsz do Pragi zamiast do Warszawy. Czeski sen, normalnie. Maligna miała bowiem urocze czeskie pochodzenie, co zaczynało być dla wielu podejrzane, bowiem jak to możliwe, że czeskie ślady nagle na przełomie wieków tak mocną zaznaczają się na mapie Poznania?
Pytanie takie, owszem, może się zrodzić, ale jedynie w głowie kompletnych ignorantów. Tych, którzy nie wiedzą o sięgającej zamierzchłego średniowiecza tradycyji kontaktów czesko-wielkopolskich. Maligna, jak i Smetana czy Milenka, jak również Jizik Koniecpolski, byli bowiem kolejnym ogniwem długiego łańcuszka współpracy, którą zapoczątkowała żona Mieszka Dobrawa, która nie tylko dała mu syna, ale jeszcze nawróciła go na jedynie słuszną religię, dzięki czemu Papież Polak mógł w ogóle zostać papieżem. Wiedział o tym dobrze Łokietek i dlatego parł więc ze wszystkich sił witalnych do zawarcia związku małżeńskiego z Maligną w celu stworzenia dynastii na miarę Nowej Europy Środkowej.
Gustaffson znał plany Łokietka, ale nie puszczał pary z gęby. Był taktowny jak mało kto i nie mieszał się w związki przyjaciół oraz współpracowników czy współtowarzyszy broni. Tymczasem obudził się Falset. Otworzył oczy, wstał i zaczął tańczyć. Był to szalony taniec. Z głośników runął na wszystkich David Bowie. Zewsząd pojawiły się nogi i ręce Falseta. Let’s dance. Po chwili wianuszek bachantek przepłynął od deklamującego Kuby Śruby do szalejącego Falseta. Maligna utonęła w ramionach opuszczonego poety, Gustaffson zamówił Wściekłego Psa. Od wejścia dobiegł stanowczy głos Łokietka.
CDN
0 komentarze:
Prześlij komentarz