Szukaj w tym blogu

Ładowanie...

poniedziałek, sierpień 23, 2010

15. Bóg umarł, pokaż cycki

 
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego stulecia Instytut Fantasmagorii Akademii Szamarzewskiej podzielił się na dwie podstawowe części. Schizma przebiegała dokładnie między pokojami kognitywistyków i neoplatoników, które to pokoje stanowiły solidne przedmurza obydwu obozów. Kryterium podziału było absurdalnie nienaukowe, albowiem chodziło o rzecz absolutnie uznaniową. Mianowicie o ewentualne istnienie Absolutu.

Zgromadzeni wokół Profesora Boga wszelkiej maści tradycjonaliści, utrzymywali, że Absolut oczywiście z całą pewnością ewentualnie istnieje. Stojący natomiast za Profesorem Szatanem liberałowie obstawali przy twierdzeniu, że Absolut ewentualnie nie istnieje jak bum cyk. Jedni i drudzy starali się kaptować kolejne roczniki narybku fantasmagorycznego, nie przebierając w środkach i nie cofając się przed najbardziej nikczemnymi praktykami.

Łokietek i jego przyjaciele zdawali sobie sprawę, że będą języczkiem u wagi, który może przechylić szalę zwycięstwa na jedną ze stron. Czuli związaną z tym presję, ale starali się zachować równy dystans do obu stron. Nie bardzo się to niestety udawało, ponieważ niektórzy z nich związali się z konkretnymi obozami już wcześniej. Na przykład Lewiatanowicz był silnie związany z ośrodkiem postmodernistycznym, nad którym pieczę trzymał sam Profesor Szatan, a z kolei Nygus nie ukrywał swoich ciągot gnostycznych jak i mesjanistycznych zarazem.

Rola Łokietka, który sam sympatyzował z ruchem platońskim, musiała polegać na spajaniu tego, co rozłączne i wypełnianiu tego co puste, jak i opróżnianiu tego co pełne. Choć nie był urodzonym dyplomatą, jakoś udawało mu się utrzymać swoją drużynę w równowadze ducha. Lewe skrzydło pod wodzą Lewiatanowicza stanowili Nano, Mano, Falset, Sid, Automatykiewicz oraz dochodzący Robson i Ferdynand, jak również Gustaffson. Natomiast po prawej dominował nieokiełznany Nygus wspierany przez pospolite ruszenie różnej proweniencji, samego Łokietka, jak również Gustaffsona.

Gustaffson posiadał bowiem tę cenną cechę, że potrafił z równym zapałem bronić dowolnej tezy. Nie był to nigdy wielki zapał, ale zazwyczaj wystarczający. Wspomagał zatem różne obozy w zależności od nastroju dnia. Nie lubił, gdy się go nazywało koniunkturalistą lub kunktatorem, ponieważ zazwyczaj wybierał frakcje słabsze, wspomagając je ostrzem swej pięciowartościowej logiki i trójzębnej dialektyki. Wszelkie granice były dla niego tak nieostre, że równie dobrze mógł się zapisać do chóru katedralnego jak i do bojówki anarchistycznej Rzeźnika. Nie uczestniczył w żadnej z nich, bo był ponadto mało angażujący się.

Profesor Szatan mieszkał na Wildzie. To nie była żadna tajemnica, bo śpiewał o tym nawet Grabaż w swojej słynnej piosence, o co, notabene, Profesor miał do niego piekielne pretensje. Upiekło się śpiewakowi tylko dzięki interwencji Mano, który miał dwie podstawowe słabości muzyczne. Chumbawamba z Leeds oraz Pidżama Porno z Poznania grały w jego głowie non stop, chyba że akurat zakradł się tam Mungo Jerry z niezniszczalnym „In the summertime” lub Starsi Panowie z radykalnym utworem fantasmagorycznym „Mambo Spinoza”. W każdym razie Mano ubłagał Profesora Szatana, żeby nie robił krzywdy mistrzowi Grabażowi, jak też nie wykluczał go z Światowej Rady Wildy.

Mieszkanie Profesora znajdowało się w tych samych okolicach co i Świetlica Ludowa Buena Viśta, i Fabryczna, i słynny sklep „U Żela”, gdzie Profesor podobnie jak goście Gustaffsona i sam Gusstaffson zaopatrywali się w wafelki. Mieszkał bowiem Profesor w samym środku wildeckiego Trójkąta Bermudzkiego, który stanowiła zrazu ponuro szara, z czasem wściekle pomarańczowa kamieniczka z oficynką vis a vis kamienicy, w której kwaterę mieli Gustaffson i przyjaciele. Ten niepozorny obiekt krył w sobie wielką tajemnicę bytu. Tak przynajmniej twierdzili wildeccy złomiarze oraz Profesor Szatan. Łokietek nakazał swojej drużynie zachować w tej kwestii daleko idący sceptycyzm.

Pan wybaczy, Profesorze, ale to co pan mówi o tej kamienicy, wydaje mi się nadto sensacyjne, aby mogło być prawdą, mawiał zatem każdorazowo z całą swoją wytworną dyplomacją Gustaffson, kiedy tylko Profesor zaczynał swój ulubiony temat. Opowiadał naprawdę niestworzone historie, że Michał Archanioł leży związany w kiblu na półpiętrze, a pod zlewem trzyma taśmę video z materiałami obciążającymi jednego z najbliższych współpracowników Papieża Polaka. No mówię Wam, chłopaki, on był w Hitlerjugend. Tak tak, odpowiadali poklepując Szatana po plecach, a następny papież będzie Murzynem.

Chłopcy nie dlatego uznawali rewelacje Szatana za wyolbrzymione, że nie szanowali jego dorobku i postawy życiowej. To swoją drogą, ale ważniejszy powód był taki, że polityka Łokietka tego wymagała. Zdanie Łokietka święta rzecz, mawiał Gustaffson, który zdawał sobie sprawę ile znaczy autorytet władcy w czasach kompletnego bezhołowia. Profesor Szatan liczył, że łatwo przeciągnie to libertyńskie towarzystwo na swoją stronę. Przecież oni myślą bardzo podobnie do mnie, kalkulował, nic ich nie łączy z Bogiem i tą jego hałastrą. Podsunę im kilka kwitów i będzie po sprawie.

Nie wziął jednak pod uwagę, że Łokietek po rozmowie z Giedroyciem zrobił się bardzo ostrożny. Postanowił chwilowo nie forsować reform i trzymać się twardo kursu platońskiego. Wiedział bowiem, że jeśli zacznie nadawać na tych samych falach co reszta establishmentu fantasmagorycznego, straci swoją jedyną i niepowtarzalną pozycję, a co za tym idzie zostanie zmarginalizowany. Michnik tylko czeka, żeby na moje miesjce wsadzić jakiegoś swojego pupilka. Kadry już są przygotowywane, mówił do Gustaffsona, jeden nasz błąd i po nas.

Nieufność Łokietka wobec Szatana miała swoje podstawy. Szatan nie wydawał się być poważnym partnerem. Kiedyś Łokietek dał mu szansę. To było jeszcze w czasach, kiedy współpracował z CIA, sprzątając komunistycznych agentów we władzach USA. Szatan natomiast zaczynał wtedy swoją karierę pseudonaukową w Polsce. Pod przykrywką egzystencjalizującego matematyka wpisał się w nurt umiarkowanie lewicujących fantasmagorystów. To był jedyna droga, żeby nie dać się wciągnąć w dogmaty marksistowskie. Wbrew pozorom bowiem Szatan nie lubił się z Marksem. Uważał go za niebezpiecznego marzyciela i uzurpatora.

Szatan wtedy zajmował się wprowadzaniem elementów logiki do metodologii nauk humanistycznych. Inspirował działania, które sprawiły, że w Poznaniu powstał bardzo silny ośrodek metodologiczny wpływający na sposób prowadzenia badań nie tylko w krajowych ośrodkach. Właściwie spod jego wpływu wyłączone zostałe jedynie ośrodki sponsorowane bezpośrednio przez Watykan. Mucha nie siada, nieźle to zakręciłeś, powiedział wtedy Łokietek do Szatana. Wykorzystałeś okazję idealnie, mam w związku z tym do ciebie prośbę. Niebawem robimy zamach na  Kennedy’ego i potrzebujemy pewnej informacji.

Ale co ja mam z tym wspólnego, żachnął się wtedy Szatan, róbcie swoje, ja nie przyłożę do tego ręki. Bez ciebie nie damy rady. Potrzebujemy ważnej informacji, do której tylko ty masz dostęp. Dusił Łokietek. Ja nic nie wiem, o czym ty w o ogóle gadasz? Szczerze mówił Szatan. Biurko Ajdukiewicza, powiedział twardo Łokietek. W nim jest to, czego szukam. Co takiego? Tajemnica, odparował zamachowiec, mogę ci tylko powiedzieć, że Kennedy był w Polsce tuż przed wojną i ukrył tutaj ważne dokumenty. Dlaczego akurat tutaj? Przecież wiedział, co tu będzie się działo. Trzeźwo zauważył Szatan.

A powiedziałeś mu, że wszystko jest ukartowane i Polska nie ma szans? Zapytał Łokietek, wiedząc, że tamten zaprzeczy. No nie, odparł zgodnie z przewidywaniami Szatan. A widzisz, ja mu też nie powiedziałem, ani nikt inny z naszego obozu. Bidak miał niepełne informacje, podobnie jak teraz, he he – zatarł śmiejąc się szyderczo Łokietek, wiedząc, że dni JFK zostały dokładnie policzone. Ale co ma do tego biurko Kazia Ajdukiewicza, dopytywał Szatan, nadal nic nie rozumiejąc. Spotkali się w Warszawie, w lipcu 1939 i Kennedy przekazał Ajdukiewiczowi ważne informacje, które miał od Russella. Co w nich było? Dopytywał ciekawski Szatan.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, zaśmiał się Łokietek i pogroził palcem Szatanowi. Nie mógł wyjawić Szatanowi tego, co było w dokumentach, bo wtedy straciłby przewagę nad nim, a tym samym inicjatywę. Sytuacja jest taka, powiedział do Szatana, że albo dasz mi dostęp do biurka Ajdukiewicza, albo też będę musiał te wiadomości wydobyć od niego osobiście. Nie będę ci ułatwiał zadania, Łokietek. Powiedział z nienawiścią Szatan i poszedł na wykład. Działo się to dokładnie 10 kwietnia 1963 roku. Dwa dni później legendarny polski logik i filozof Kazimierz Ajdukiewicz zmarł nagle na atak serca. Kilka miesięcy później, w listopadzie John Fitzgerald Kennedy zmarł nagle na atak zamachowca.

Łokietek wiedział kto zabił Kennedy’ego, ale nie wiedział, co się naprawdę stało z autorem jego ulubionego podręcznika do fanstasmagorii pt. „Zagadnienia i kierunki filozofii” wydanego w 1949 roku, zanim jeszcze Kołakowski z drużyną zaczęli robić porządek na odcinku. Dopóki trwała zimna wojna niewiele mógł wyjaśnić. Zarobiony był. Zamach na Kennedy’ego otworzył prawdziwą puszkę już nawet nie Pandory, ale wręcz Paprykarza Szczecińskiego. Wszyscy się wściekli, bo nikt nie wiedział, co się tam stało. Łokietek zrobił to na własną rękę, nie dostarczając nikomu niezbitych dowodów. Nie można było postawić przysłowiowej kropki nad i.

Ofensywa hippisowska, którą przeprowadził w tym czasie Szatan, nie ułatwiła życia Łokietkowi. CIA było na niego wściekłe za to, że zlikwidował kolesia, który miał im zapewnić spokojne działanie na lata. Przez ciebie te lewaki zdobywają teren, JFK byłby dla nich świetnym katalizatorem. Zepsułeś, kurwa, nasz cały misterny, kurwa, plan. Spoko, luzik, wiem co robię, mówił im Łokietek. Ale oni go już nie słuchali. John McCone, ówczesny szef tajnych służb, chciał mu nawet obciąć jaja. Na szczęście skończyło się na zesłaniu Łokietka w czarną dupę. To znaczy do Afryki. Miał tam dopilnować, żeby wszystkie państwa nie tylko odzyskały niepodległość, ale jeszcze odzyskały ją po właściwej stronie barykady.

Teraz to już były stare dzieje, ale Łokietek wiedział z kim ma do czynienia. Odwrotnie jak Szatan, który nie poznał Łokietka i myślał, że ma do czynienia z niewinną grupą entuzjastów postmodernistycznej wolności. Szybko przeciągnął na swoją stronę Lewiatanowicza, który lobbował potem w towarzystwie za trwałym sojuszem z Szatanem. Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn łeb użyna, powiedział Łokietek, robiąc dłonią charakterystyczny znak podcinania gardła. Kęsim, kęsim, dodał i zarechotał donośnie.

Intytut Fantasmagorii nie spodziewał się, że przyjmując Łokietka napyta sobie aż takiej biedy. Nie spodziewał się tego ani Profesor Szatan, ani Profesor Bóg ciągnący z tyłu za sznurki, ani Wielki Strażnik Trajektorii Lotu Profesor Zuch. Gdy się zorientowali było już za późno. Walka między gigantami musiała się odbyć. Ciężkozbrojni jeźdźcy Apokalipsy już ubijali ziemię na strzeszyńskich nieużytkach. Tymczasem jednak, wszyscy spokojnie pili herbatę i oglądali pornografię na świeżo zakupionych komputerach pracowni internetowej.

CDN



0 komentarze:

Prześlij komentarz