Franz Schopenhauer nie osiągał w rozgrywkach zadowalających wyników. Choć wszyscy zawodnicy starali się bardzo, to żadnemu właściwie nie wychodziło. Bywało, że osiągali bardzo przyzwoity rezultat z faworytem rozgrywek, by za chwilę polec z drużyną pozornie słabszą. Wynikało to po części z nieodpowiednio przepracowanego okresu przygotowawczego, a po drugiej części z przerostu ego większości graczy.
Właściwie na każdej pozycji w drużynie grał ktoś, kto myślał, że sam wygrałby każdy mecz, gdyby tylko koledzy z drużyny mu nie przeszkadzali. Mano uważał się za łowcę bramek, Robson za mistrza środka pola, a Gustaffson nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jest kolejną inkarnacją Beckenbauera. Za nic miał nawet fakt, że słynny Niemiec żył sobie nadal w najlepsze i dupczył sekretarki aż miło. Gustaffson wyznawał bowiem wiarę w istnienie inkarnacji równoległych.
Szczególnie źle wypadła inauguracja. Gdy tylko wyszli na parkiet pachnącej świeżością hali przy ulicy Młyńskiej, poczuli się źle. Na boisku było bowiem na tyle tłoczno, że trudno było się przebić ze swoją inicjatywą, ale i na tyle luźno, że przeciwnicy robili co chcieli. Większości członków drużyny Franz Schopenhauer wydawało się, że drużyny przeciwne dwoją się i troją, żeby tylko ich pokonać. Jakby się sprężały bardziej na nich, odpuszczając innym rywalom.
Fakt, że żadna inna drużyna nie miała takich problemów z wyprowadzeniem akcji jak właśnie Franz. Właściwie w pierwszym dniu rozgrywek nie przeprowadzili żadnej udanej akcji, a gdyby nie niezłomna postawa Falseta w bramce, to by i więcej goli stracili niż im się zdawało. A zdawało im się, że tych bramek było kilkadziesiąt. Jak na trzy mecze, które rozegrali, to dość wyśrubowany wynik. Inna sprawa, że tego dnia większość z nich wszystko widziała podwójnie albo potrójnie. Pomagało to jedynie Falsetowi, który dzięki temu łapał więcej strzałów nawet niż powinien.
Jest nas za mało, musimy mieć zmienników. To opinia Gustaffsona, który czuł się wypruty, a przecież nic wielkiego nie osiągnął. Racja, ale poza tym musimy grać bardziej zespołowo, dodał Robson, który chciał zaszczepić kolegom z zespołu swoją metafizyczną ideę catenaccio boglonese, polegającą na równomiernym rozłożeniu akcentów pomiędzy obronę, pomoc, atak oraz posiłek regeneracyjny po meczu. E tam, przegraliśmy, bo dzisiaj jest niedziela, a w niedzielę sędziowie sprzyjają katolikom, podsumował rozważania Mano, który zawsze wszystko wiedział lepiej.
Kremówka Wadowice grupująca kwiat słynnej skądinąd teologii poznańskiej nie dała fantasmagorystom szans. Na nic się zdały powaby skrzydłowych Hermy i Afrodyty. Na nic się zdały, bo dziewczyny nie umiały postępować z przeciwnikiem. Jako zadeklarowane lesbijki brzydziły się spoconymi facetami w czerni i uciekały z nogami, kiedy powinny je podłożyć, słabo się zastawiały oraz grały ciałem w sposób absolutnie niewystarczający. Robson zjebał je równo po meczu, ale Mano bronił ich zaciekle, nie uciekając przed argumentem, że przez Robsona przemawia zwykła szowinistyczna świniość. Mano był postępowy jak skurwysyn.
Ponieważ jednak Mano nie miał wiele do gadania w drużynie, a poza tym często zmieniał zdanie, postanowiono jednak pójść za radą kapitanów i zakontraktować nowych zawodników, jak również opracować wytyczne taktyczne, które pozwolą uniknąć dalszych kompromitujących porażek. Tranferami zajął się obrotny jak nigdy Gustaffson, a taktyką wybitny wizjoner oraz przebiegły strateg Robson. Przede wszystkim postanowiono zwiększyć rywalizację na skrzydłach, ponieważ uznano, że reszta pozycji jest obsadzona niemal optymalnie. Falset z teologami puścił kilkanaście bramek, ale mógł puścić więcej. Thorgal i Nyrup dzielnie mu sekundowali w puszczaniu i niepuszczaniu. Robson i Gustaffson byli nie do ruszenia, a Mano był gwiazdą. Tylko dziewczyny dały tak naprawdę dupy, a właściwie nie dały i o to poszło.
Pozyskano dwóch kreatywnych dryblerów studiujących na Akademii Szamarzewskiej kulturystykę. Jizik Koniecpolski był także obiecującym artystą, a ponadto podszyty był zainteresowaniami fantasmagorycznymi. Można go zaliczyć do jednoosobowej grupy stranieri, ponieważ częściowo pochodził z Moraw, a częściowo tylko z Polski. Drugi z pozyskanych kulturystów, Kuba Śruba, był z dziada pradziada patriotą Rataj, a pierwsze piłkarskie kroki stawiał gdzieś pomiędzy osiedlami Rusa i Prusa. We dwójkę mieli stworzyć sprawny dwusów napędzający maszynerię walca Robsona, jak zaczęto nazywać ich drużynę, po drugiej dużo bardziej udanej kolejce.
Przed spotakniami drugiej kolejki Robson wygłosił wykład na temat obmyślonej przez siebie taktyki. Wziąwszy pod uwagę wszystkie elementy, w których jego ekipa jest gorsza od przeciwnika, doszedł do wniosku, że powinni robić na boisku jak najmniej, ponieważ, jak tylko coś zrobią, to zaraz spieprzą. W ten sposób powstała oryginalna wersja słynnego włoskiego catenaccio, określana przymiotnikiem bolognese. Wzięło się to oczywiście od słynnego sosu pomidorowego, którym się polewa spaghetti.
Musicie być jak ten sos, bo przeciwnik jest makaron. On się wślizguje między twarde zęby naszej obrony i przenika aż do wnętrza świątyni Falseta. My musimy być jak sos i oblepić ich akcje w taki sposób, aby straciły impet i pomieszały się ze sobą w jedną wielką gmylę. Wtedy niepostrzeżenie ich nogami będziemy strzelać bramki dla nas. Dziś gramy z geografami, którzy są mocni, bo wygrali wszystkie mecze. Będą jednak podmęczeni po spotkaniu z Kremówką z którą grają o 10. Z nami mają mecz o 11. Jeśli wcielicie moje założenia w życie, to wygramy. Jeśli nie, to chociaż nawpierdalamy się szpageti.
Teologowie stanowili bardzo silny monolit, a jednak dostali od geografów siódemkę do jednego. Ubrani w jednolite czarne stroje prezentowali się niczym armia rycerzy Chrystusa. Gnietli kolejnych przeciwników z naprzyrodzoną energią, aż nie trafili na drużynę Gaspar da Gama. Teologów było chyba ze dwudziestu, choć jednocześnie na boisku mogło przebywać nie więcej niż sześciu. Zmieniali się bardzo sprawnie zyskując nad przeciwnikami przewagę świeżości i szybkości. W pierwszej kolejce odnieśli serię dwucyfrowych pogromów, ale globusom nie dali rady. Globusy bowiem miały zawodników, którzy zbierali szlify w A-klasowych Laserach Suchy Las. Ci piłkarze byli prawie że profesjonalni. Na tyle w każdym razie, żeby skopać tyłki nadwyrężone wcześniej przez wewnętrzny regulamin seminarium duchownego. Piłkarze Franza Schopenhauera oglądali ich klęskę z rosnącym lękiem.
Przegrali przecież z Kremówką stosunkiem dwucyfrowym raptem dwa tygodnie wcześniej, a dziś mieli się zmierzyć z pogromcami swoich pogromców. Głowa mi pęka, powiedział Kuba Śruba, który dzień wcześniej świętował po raz kolejny już otwarcie nowego lokalu kulturalnego o wdzięcznej nazwie Kisielice. Przyszedł prosto z imprezy, bo nie chciał zawieść przyjaciół, a poza tym kochał futbol prawie tak jak swoją drugą, o wiele lepszą połowę. Weź się w garść, usłyszał od Nyrupa, który czasem w zastępstwie kapitana Robsona, próbował zaprowadzić dyscyplinę w drużynie, wyjdziesz w pierwszym składzie. Dziewczyny nie dadzą rady zawodowcom, dodał uśmiechając się szyderczo w kierunku Hermy, z którą kiedyś coś próbował, a ona mu włożyła palec w tyłek i powiedziała, że tylko tak może mu dogodzić, co ubodło jego męską godność, która jak się okazuje, była akurat tam zlokalizowana.
Kiedy stanęli naprzeciw pogromców czarnej kohorty, wyglądali jak ten mały, biedny Dawid przy sterydzie Goliacie. Czuli się przypadkową zbieraniną, którą nawet ich kapitan porównać umiał jedynie do zawiesistej mazi pomidorowej. To zmyliło geografów. Uskrzydleni zwycięstwem nad najsilniejszym rywalem w grupie, myśleli, że nastukają fantasmagorystom kilkanaście brameczek, nie tracąc specjalnie sił przed meczem z mocniejszymi ekipami. Oj, nie docenili przebiegłej taktyki Robsona oraz pozornie niewidocznej motywacji jego kolegów. Nie docenili możliwości drzemiących w skacowanym Śrubie i przebiegłym Jiziku, którzy chcieli pokazać się z jak najlepszej strony w debiucie.
Już pierwszy kontakt z piłką pokazał, że mecz ten nie będzie spacerkiem dla doświadczonej drużyny Gaspar da Gama. Mano, dokonując kopnięcia inicjującego grę ze środka boiska, rzucił w stronę przeciwnika niewinną zaczepkę. No to jedziemy, koniki Przewalskiego! A potem dodał jeszcze kilka prychnięć oraz klasknięć imitujących ruszającego z kopyta konika. Patataj, patataj, podchwycili Kuba Śruba i Jizik Koniecpolski, po czym przeprowadzili akcję oskrzydlającą wszystko, co się tylko dało. Zacentrowali jednocześnie z dwóch stron prosto na głowę Mano w pełnym galopie. Bramka stała się faktem.
Natychmiast po zdobyciu gola cała drużyna Franza stanęła na swojej połowie i czekała, co będzie. Wkurwieni, jak załoga Santy Marii na środku Atlantyku, geografowie ruszyli na nich z furią. Robson, widząc co się święci, nakazał Mano zejście na ławkę. Jego miejsce zajął wyrachowany Gustaffson, który potrafił dyplomatycznie załagodzić atmosferę. Z wdziękiem odbierał argumenty przeciwnika i wykopywał je celnie pod nogi Śruby lub Jizika, ewentualnie podawał do snującego się obok Robsona. Falset uwijał się bramce niczym Aborygen na zakupach. Sekundował mu stanowczo Nyrup, który twardo rozbijał ataki przeciwnika, których wcześniej nie powstrzymali Robson z Gustaffsonem lub Jizik ze Śrubą.
Zarówno Robson jak i Gustaffson posiadali cenną umiejętność utrzymywania się przy piłce oraz przeglądu pola. Dużo gorzej było z kondycją. Dlatego też problem zaczął się pojawiać w momencie, gdy opadali z sił. A z sił opadali niemal natychmiast, choć defensywna taktyka bardzo im służyła. Rozkładali akcje rywali na czynniki pierwsze, jednocześnie szukając wzrokiem ruchliwych napastników, którzy mieli obiecane, że jak będą biegać jak pojebani, to po przerwie zmienią ich dziewczyny. No to biegali siejąc zamieszanie w szeregach obrońców Gaspara. Zasiali tego zamieszania tyle, że bramkarz mógł skręcić solidnego blanta.
Kiedy jednak opadł z sił Robson, na boisko musiał wejść Thorgal, który był kopią Nyrupa. Grał tak samo. Był twardy i dobrze odbierał piłkę, ale umiał ją jedynie wykopnąć przed siebie. Często przed nim było gęsto i piłka wracała jak bumerang. Kurwa, krzyczał wtedy Thorgal i rozpaczliwie starał się ją wykopnąć po raz kolejny. Nie zawsze się to udawało, oj, nie zawsze. Często przechwytywali ją chytrzy przeciwnicy i strzelali bramkę. Gustaffson mając w szyku defensywnym dwie tykające bomby, musiał dwoić się i troić, co zmęczyło go niemal natychmiast. Opuścił boisko niedługo po Robsonie. Była połowa pierwszej połowy. Za niego wszedł Mano, który natychmiast wysunął się na szpicę. Taktyka się rozjechała jak tramwaje po Kaponierze.
Okazało się nagle, że stroną atakującą jest Franz Schopenhauer, a Gaspar da Gama gra z kontry. Było to jawne samobójstwo. Dwóch rosłych i mocnych, ale za to mało zwrotnych i kumatych obrońców nie mogło powstrzymać ułańskich szarży rozpędzonych geografów. Z kolei Śruba, Jizik i Mano nie wracali pod własną bramkę, stwarzając nieodpowiedzialną atmosferę zagrożenia. W ostatnich minutach pierwszej połowy zakotłowało się pod bramką Falseta. Sunął atak za atakiem, piłka obijała słupki i poprzeczki. Tak, tak, poprzeczki były dwie, jedna niżej a druga wyżej zawieszona. To pomysł Robsona, który chciał zdopingować Falseta do jeszcze lepszej gry.
Sytuacja zrobiła się nieciekawa. Robson nie mógł na to patrzeć, więc poszedł na fajkę. Gustaffson próbował przemówić do rozumu Mano, ale chyba nie do końca było do czego przemawiać. Mano tracił rozum na boisku, grał sercem. A serce kazało mu strzelać bramki. Mano kochał gole. Tak jak w życiu nie przepuścił żadnej dziewczynie, tak na boisku nie odpuszczał żadnej bramce. Gol jest gol, mówił, albo go zdobywasz albo jesteś pizda. Prawdziwy sęp pola karnego. Jak już strzelił, to do bólu skutecznie. Słupki i poprzeczki wyzwalały w nim prasamczy instynkt. Ten sam, który wyzwalały w nim długie i zgrabne nogi koleżanek ze studiów zwieńczone wysoko malowniczym krajobrazem jędrnych pośladków. Ach młodość, wzdychał sam do siebie Mano, dobrze jest być młodym, pięknym i jurnym.
Jurny, ale durny, przeklinał w myślach Gustaffson, widząc, że Mano nie ma zamiaru cofać się po piłkę na własną połowę. Osamotnieni skandynawowie długo się nie utrzymają. Wkurzony Gustaffson postanowił dokonać zmiany i wejść za Mano, aby wzmocnić jednak blok defensywny. Już, już miał wchodzić, gdy okazało się, że psu na budę takie wchodzenie, bo Gaspar da Gama strzelił gola Franzowi Schopenhauerowi. I to w sposób urągający stawce meczu. Nyrup tak bowiem nieszczęśliwie wykopywał piłkę, że trafił w plecy stojącego tuż przed nim Thorgala. Mocno kopnięta piłka nabrała rotacji wstecznej i bez problemu wpadła do bramki zdezorientowanego Falseta. Zaraz potem zagwizdał gwizdek sędziego. Połowa zakończyła się remisem.
Gustaffson wiedział, że ten mecz muszą wygrać, żeby w ogóle było po co grać dalej w turnieju. Odsunął na bok Robsona, mówiąc, że taktykę trzeba zmienić, bo nie mają wystarczającej ilości wykonawców, a bramki strzelać trzeba. Zrobimy tak, Herma i Afrodyta wchodzą za Jizika i Śrubę, ja za Thorgala, a ty za Nyrupa. Będziemy rozgrywać piłkę z pozycji ostatnich obrońców, dziewczyny będą śmigać skrzydłami, a Mano będzie pykał brameczki. Chociaż raz musi się udać. Jest ryzyko, ale się zgadzam, potrzeba nam więcej odpowiedzialności w obronie, poparł wyjątkowo kolegę Robson.
Zwrot taktyczny w przerwie znowu zaskoczył geografów, którzy myśleli, że rozjadą przestraszonych Franzów. Oni czuli się lepsi, bo grali w Laserach Suchy Las, gdzie bili się z prawdziwymi drużynami o prawdziwe awanse i spadki. A tutaj grali tylko dla zabawy. Ich przeciwnicy nie przedstawiali żadnej wartości sportowej przecież. To jakaś zbieranina, w której nawet dziewczyny mogą grać. Całkiem niczego sobie laski, ale bez walorów typowo piłkarskich jak się zdaje. Jedna miała nawet fajny biust, co zauważył kapitan geografów. Nie mógł biedak widzieć, że to push-up kupiony za składkowe pieniądze całej drużyny Franza. Chodziło o to, żeby cycki Afrodyty odwracały uwagę od piłki. Zgodnie z hałem reklamowym biustonoszy wanderbra, skaczą tylko piłki, a zgdonie z przebiegłą logiką Gustaffsona, skaczą nie tylko piłki i chuj.
Dość powiedzieć, że kapitan Gaspara da Gama został przez Afrodytę wyłączony z gry. Owinęła go sobie wokół palca już pierwszym dryblingiem w taki sposób, że potem mógł tylko w niemym zachwycie obserwować, jak ta smukła łania cudownie unosi się nad wystawionymi nogami jego kolegów, pędząc ku bramce z szybkością nieosiągalną dla żadnego z graczy. Niestety także dla żadnego z piłkarzy Franza Schopenhauera, którzy jak jeden mąż biegli wiele kroków za Afrodytą, co bardzo utrudniało wykończenie akcji. Gdy Afrodyta była już w rogu boiska i wiedziała, że musi dośrodkowywać z radością przypomniała sobie o Mano, który jak zwykle nigdzie nie biegał, tylko pilnował pola karnego przeciwników. W sobie tylko wiadomy sposób, Afrodyta wykręciła pirueta i dośrodkowała w pełnym biegu prosto na głowę kolegi, który po raz drugi upokorzył bramkarza geografów z najbliższej odległości.
Radości z gola nie było końca, zwłaszcza, że każdy z kolegów chciał wyściskać Afrodytę jak najdokładniej. Jej partnerka z przeciwległej strony boiska, a także życiowa, wepchnęła jej głęboko język do gardła, żeby jednak nikt nie miał wątpliwości czyją dupą jest Afrodyta, a do kogo się jedynie wdzięczy dla dobra drużyny. Prowadzenie dwa do jednego w pełni zadowalało drużynę Schopenhauera, zaczęli więc z upodobaniem grać na czas. Dziewczyny konstruowały koronkowe akcje, których koronkowość polegała bardziej na prześwitywaniu koszulek oraz kusości spodenek, spod których widoczne były oryginalne ściegi bielizny niż na walorach czysto piłkarskich. Tak czy owak, absorbowały one przeciwnika znacznie. Korzystyny wynik został dowieziony w całości do końca.
A po ostatnim gwizdku chłopcy i dziewczęta poszli do szatni, gdzie czekała na nich delegacja drużyny teologów z porpozycją nie do odrzucenia. Propozycja wykraczała daleko poza ramy tego turnieju, który z kolei jak się w szatni okazało wykracza także daleko poza ramy rywalizacji czysto sportowej. Był to bowiem turniej życia i śmierci.
CDN

zaprenumeruję sobie ciąg dalszy :)
OdpowiedzUsuń na zawsze