Podnieście go, wydał rozkaz Łokietek. Gustaffson i Sid nie należeli do dobrze zbudowanych ani w ogóle jakoś tam zbudowanych, ale jednak dali radę unieść do góry zemdlonego Falseta, który swoje ważył mimo, że nie jadł w zasadzie mięsa tymczasem. Zaczęli go okładać dłońmi po twarzy w celu ocucenia, nie wiedząc, że przyjaciel jest w tej chwili bardzo daleko i to nie bynajmniej wcale w rodzinnych Gryficach, ale daleko dalej i w innnym kierunku. Zupełnie.
Falset był właśnie na polu namiotowym w Cisnej i uciekał przed goniącą go mamą, krzycząc, że nie będzie się kąpał, bo woda za zimna. Młoda mama goniła małego Falseta w majteczkach moro, chcąc go oczyścić z całodziennej wyprawy na Okrąglik. Synek miał jednak odmienną koncepcję przygotowań do snu. Wolał zaczaić się w chaszczach i podglądać, co robią w namiocie studenci, którzy rozbili się zaraz obok jego rodziców.
Wczoraj zauważył, że młodzi chłopcy nie tylko świetnie grają na gitarach, ale także potrafią namówić koleżanki do bardzo dziwnych czynności. Falset nie do końca rozumiał po co i dlaczego, ale podglądanie ich przez mały lufcik z boku namiotu sprawiało mu jakąś dziwną przyjemność. Mama Falseta oczywiście nie miała pojęcia o co chłopcu chodzi i myślała, że po prostu, jak wielu dziewięciolatków woli brudny iść spać niż się mordować z mydłem, ręcznikiem i tą cholerną wodą. Nie wiedziała, że jej pierworodny syn powziął właśnie decyzję, że zostanie gitarzystą i będzie dzięki temu robił fajne rzeczy z dziewczynami.
Obudź się! Wrzasnął na niego zniecierpliwiony Łokietek, który nie tylko nie cenił twórczości Falseta, ale też był bardzo niecierpliwy w stosunku do niego, gdyż podejrzewał, że jest gejem czyhającym na jego piastowską cnotę. Łokietek nie znosił gejów. Miał wrażenie, że rozbierają go wzrokiem. Robiło mu się niedobrze, kiedy myślał, co by mu zrobili, gdyby im pozwolił. Obudź się, kurwa! Wzmocnił wypowiedź Łokietek.
Falset drgnął. Ale nie twarzą, tylko narządem penis. Najwyraźniej wspomnienie raźnych studentek wpłynęło na niego dodatnio. Niestety, Łokietek wziął to do siebie. Wziął też szybki zamach i z całej epy przywalił Falsetowi w nabrzmiałego penisa. Obudź się, kryptonie, i gadaj co się stało... Łokietek nie dokończył pytania, albowiem Falset mu przerwał stanowczo odmawiając udania się do potoku w celu umycia się do spania. Otworzył jednak przy tym oczy, co pozwoliło mu dostrzec nieadekwatność swoich wypowiedzi. Kurwa, gdzie ja jestem? – zapytał przytomnie.
Łokietek, Gustaffson i Sid spojrzeli na siebie wzajemnie. Łokietek spojrzał na Gustaffsona, a ten na Sida. Sid spojrzał na Gustaffsona, a ten na Łokietka. Kiedy już przerobili wszystkie kombinacje w systemie każdy z każdym, skonstatowali, że nie potrafią odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Gdyby przecież jakimś cudem wiedzieli, gdzie są, to by przecież nie marnowali czasu na studiowanie fantasmagorii. Nie cwaniakuj, to my tu jesteśmy od zadawania pytań, przerwał kłopotliwą i w gruncie rzeczy niepotrzebną zadumę odzyskujący inicjatywę Łokietek.
Tymczasem do Falseta dotarło to, co wcześniej mu sie zapomniało przez sen. Przypomniało mu się niemal natychmiast, że ma krew na rękach. Krew jego ukochanej Smykałki, która zginęła od noża ciśniętego w celu zupełnie innym. W celu zupełnie pokojowym. Falset załamał się na to wspomnienie i zaczął płakać. Przyjaciele osłupieli, bo choć wiedzieli, że ma on duszę artysty, która powoduje często łatwe wzruszenia, to jednak nie mogli pojąć, co wzruszyło go tym razem.
Falset natomiast beczał jak Liland Palmer, kiedy zrozumiał, że to on, a nie Świetlicki, jest zabójcą Laury Palmer. Beczał jak baba jakaś i szlochał takoż. Pedał, podsumował mało empatycznie postawę kolegi Łokietek. Nie myśl, że ci odpuścimy, dodał natychmiast dla jasności, zaraz nam wszystko wyśpiewasz. Tak, zabiłem ją, wybeczał na to przesłuchiwany przez nikogo jeszcze jakoś szczególnie nieprzymuszany. Tego już było dla Gustaffsona i Sida za wiele. Nie nadążali za wydarzeniami, więc wyszli na balkon. Sid zapalił papierosa. Odpierdoliło mu, powiedział Gustaffson. Komu? Zapytał niewzruszony Sid.
O czym ty w ogóle gadasz, próbował wyjaśnić sytuację jak zwykle trzeźwy Łokietek, chcemy tylko wiedzieć, gdzie wpierdoliłeś Hirołsów!!!? Zaaabiłeeeem jąąą, jęczał zrozpaczony Falset, zzzaaaabiłeeem. Nic nas to kurwa nie obchodzi, chcemy tylko ponapierdalać na kompie. Muszę trenować! Nie rozumiesz! To jest sprawa wagi państwowej! Ooonnaaaa niieeee żyyyje, buczał kompletnie nie rozumiejący powagi sytuacji Falset. Zrezygnowany Łokietek stracił ochotę na tłumaczenie mu wszystkiego i zwrócił uwagę na niedojedzoną grzankę spoczywającą na podłodze u stóp Falseta.
Nie jesz tego? Zapytał pro forma, po czym, nie czekając na odpowiedź, podniósł grzankę i zaczął ją łapczywie wpierdalać. Łokietek nie był jeźdźcem bez głowy. Don Kiszotem walczącym wbrew rozsądkowi z niesprzyjającymi okolicznościami. Łokietek łapał wiatr w żagle i płynął jak fala niosła. Nie można pograć w Hirołsów, to chociaż coś zjem, kombinował całkiem słusznie. Strasznie ta grzanka ujebana keczupem, co ty z nią robiłeś, mazgaju? Zwrócił się na powrót do Falseta, aby dopiero teraz dostrzec, że przyjaciel cały wysmarowany jest keczupem.
Będzie cię trzeba umyć, skonstatował, tylko nie myśl, że ja to zrobię, zaznaczył natychmiast, musisz poczekać na dziewczyny. Albo, wiesz co, sam idź do wanny i wejdź tak jak stoisz, dobrze ci zrobi zimny prysznic. I posprzątaj potem w pokoju, bo się Gustlik wkurwi, że mu z salonu chlew zrobiłeś. Do Falseta to jakby nie docierało. Zamiast pójść się jakoś ogarnąć, zaczął się tarzać w parkosyzmach i takich tam efektownych określeniach. Ciągle coś dukał, że zabił ją i w ogóle. Nie dało się tego, po prawdzie, słuchać.
Gdzie mogą być ci Hirołsi, kombinował Łokietek, nasyciwszy się nieco. Jego umysł pracował na bardzo wysokich obrotach, ale nie potrafił do niczego dojść. Może Nano zabrał do Kanady, albo Mano wziął ze sobą do domu. Wszystko było możliwe, nawet to, że zaraz przyjdzie Sztuk z baniakiem wina. Albo Lewiatanowicz z ciekawymi wiadomościami, o tym w którą stronę zmierza świat. Tymczasem jednak pojawił się Automatykiewicz z szelmowskim uśmiechem.
W dłoni trzymał tak pożądaną przez wszystkich przyjaciół, poza zasmarkanym Falsetem, płytę. Na płycie byli Hirołsi. Automatykiewicz tryumfalnie podniósł dłoń do góry i zakrzyknął. Specjalnie wziąłem ze sobą na wykłady, żebyście nie zaczęli beze mnie! Był jedyną liczącą się osobą w towarzystwie, która tak wielką wagę przywiązywała nie tylko do wykładów ale i do zasad uczciwej rywalizacji, a także do tego, aby nie zaczynać rzeczy, których się nie da skończyć. A nie da się przecież skończyć gry, jeśli pojawia się nowy potencjalny gracz, który chce dołączyć do gry, choć przyszedł później. W takim przypadku należy rozpocząć nową partię, co powodowało jednak niezadowolenie u tych, którym dobrze szło. Mądry i odpowiedzialny Automatykiewicz oszczędził wielu cierpień swoim przyjaciołom.
Zanim zaczniemy grać, skoczmy jeszcze po Granaty i wafelki, powiedział wracający z balkonu Gustaffson, który wolał mieć pewność, że będą dysponowali odpowiednią ilością pożywnych substancji. Od dziecka był zapobiegliwy, ponieważ dane mu było wychowywać się w czasach wiecznych niedoborów, kiedy to nie tylko tabliczka czekolady, ale nawet głupi chleb był dobrem ściśle reglamentowanym i deficytowym. Pamiętał, że jak się w sklepie pojawiła grodziska woda mineralna z bąbelkami, to się od razu całą skrzynkę kupowało, bo niewiadomo było, kiedy będzie następna. I choć od dziesięciu lat żył już w tak zwanym dobrobycie, zawsze wolał mieć wszystko na zapas.
Wy w tym czasie ustawcie grę, rzucił w stronę Sida i Łokietka, którym się nie chciało iść. Zabrał ze sobą dużą torbę i Automatykiewicza i poszedł. Po wafelki się chodziło do Żela, bo miał świeższe. Lepiej rotują pewnie, zauważył bystro Automatykiewicz, kiedy oczekiwali, aż postawna pani w niebiesko-białym fartuchu odważy ile trzeba, czyli dużo. Potem musieli się udać po Granaty aż na główną ulicę całej Wildy, czyli 28 czerwca 1956 roku. Było to całe sto metrów od skrzyżowania, na którym się znajdowało mieszkanie Gustaffsona i sklep Żela. We dwójkę jednak szło się raźniej.
Do sklepu prowadził szpaler cherlawych, ale zaczepnych autochtonów. Gustaffson nigdy nie został przez nich zaczepiony, ale zdecydowanie pewniej czuł się, gdy idąc między nimi miał przy sobie obstawę. Najlepiej jak to był Jodła, ale w ostateczności nadawał się i Automatykiewicz, który nie stronił od siłowni, choć posturę miał niemal tak mikrą jak Łokietek, a może i mniejszą o to.
Tym razem także nic złego nie zaszło im drogi, więc szybko i bezpiecznie dotarli do sklepu Delikatesy 24h. Weszli do środka i nie tracąc czasu obstawili ladę główną, za którą znajdowały się wszystkie alkohole, a wśród nich Granaty. Poprosili dwanaście, na co zaufana ekspedientka powidziała z przykrością, że ma tylko sześć, bo przed chwilą była pani, która wzięła aż dziesięć. Szlag by trafił, zaklął niepocieszony Gustaffson, mogła pani schować dla nas, dodał z wyrzutem. Następnym razem, proszę pod ladę schować, a tymczasem niech będzie wódka z czerwona kartką i sok z czarnej pożeczki.
Czerwone i czarne to był ulubiony drink wszystkich Fabryczan w przypadku, gdy nie było pod ręką Granatów. Chłopcy wracali szczęśliwi do mieszkania, choć ciężko im było. W drzwiach przywitał ich radosny dźwięk ustalania scenariusza gry. Łokietek dziarsko dobierał kolejne opcje, jednocześnie wymachując nunczaku. Zawsze w takich razach miał wielką radość, gdyż skakała mu adrenalina. Sobie wybrał oczywiście miasto umarłych, Automatykiewiczowi - podziemia, Gustaffsonowi - zamek, a Sidowi - miasto elfów. Falsetowi nic nie wybrał, bo ten się dziś do niczego nie nadawał.
Każdy z przyjaciół miał swoją taktykę. Łokietek chodził po planszy, rozwalał wieśniaków i kolekcjonował kościotrupy. Jak miał ich tysiąc, to rozwalał wszystkich jak leci. Automatykiewicz wszystko starannie przeliczał, kalkulując co mu się bardziej opłaci. Prawdziwy Clausewitz popadłby w kompleksy, gdyby mógł zobaczyć, co ten cwany fantasmagorysta wyczynia. Gustaffson stosował taktykę improwizowaną. Starał się w miarę racjonalnie reagować na wydarzenia w grze, nie tracąc z oczu spraw najważniejszych, czyli wielkiej metafory życia. Z kolei Sid z wdziękiem ćmy barowej snuł się po mapie, spuszczając od niechcenia wpierdol każdemu, kto mu stanął na drodze.
Gra miała tak wysoki poziom, że właściwie nie mogła się skończyć jednoznacznym rozstrzygnięciem. Na szczęście, przyjaciele wybierali zawsze tak ogromne plansze, że nigdy nie dochodziło do ostatecznych rozwiązań. Właściwie, gdzieś około północy każdy z nich grał już na zupełnie innej mapie, tocząc zacięte boje z samym sobą. Nie najważniejsze było jednak to co się dzieje na plnaszy, istotne znaczenie dla losów świata miało przełożenie tych wydarzeń na świat realny.
Słuchacze Radia Maryja z Torunia ani podjerzewali, że właśnie w wesołym mieszkaniu gdzieś przy ulicy Fabrycznej tuż pod okiem aktywu reakcji katolickiej, czterej przyjaciele w mniej lub bardziej skoordynowany sposób zarządzali wszechświatem. Łokietek śledził na bieżąco audycje konkurencyjnej grupy mitomanów, wiedział zatem świetnie, że ani się spodziewają ciosu z jego strony. Dla nich był absolutnie niewidoczny. Przezroczysty wręcz. Zapatrzeni w brukselską masonerię i pentagonalnego lewiatana, przeoczyli wyrastającą im tuż pod bokiem piątą kolumnę.
W zdrowym ciele Chrystusa Narodów wyrósł bowiem zdradziecki hubal kosmopolitycznego patriotyzmu wspartego libertyńskim pantareizmem oraz mocno osadzoną w wierzeniach ludów Burkina Faso synkretyczną doktryną legumistyczną. A wszystko pod płaszczykiem niewinnej gry w Hirołsów przerywanej czasami na wykłady z fantasmagorii. Oddział był doborowy i oddany idei. Nikt się nie wyłamywał, a jak się nawet wyłamał na chwilę, to na jego miejsce wchodził następny i następny i następny.
Tak właśnie na miejsce Mano wszedł Automatykiewicz, gdy tamten pojechał sprawdzić, czy Kanada naprawdę pachnie żywicą, jak pisał niezapomniany Arkady Fiedler i po co. Pojawił się w samą porę, gdyż jego ultralogiczna technologia myślenia stanowiła brakujące ogniwo niezbędne do zamknięcia pierścienia okrążenia paradygmatu monistycznego w refleksji egzystencjalnej i w’ogle. W’ogle to w ogóle było słowo klucz do całej filozofii Łokietka, którą wcielała w życie mniej lub bardziej świadomie cała grupa najtęższych młodych umysłów Europy Środkowej i Wschodniej.
Każdy ruch na monitorze komputera umieszczonego w pokoju na wprost drzwi wejściowych do mieszkania, był zarazem ruchem w realnym świecie. Kolejne plansze to były misje, jakie trzeba było wykonać, aby doprowadzić do ostatecznej syntezy wszystkiego z niczym i odwrotnie. Specjalnie opracowany przez Automatykiewicza logarytm pozwalał w łatwy sposób zarządzać dość skomplikowaną materią wszechświata z poziomu średnio rozbudowanego peceta. Ekipa bardzo była za to wdzięczna, bo jedną z cech ich wiążących ze sobą było absurdalne lenistwo.
Gustaffson był tak leniwy, że zrezygnował z propnowanego mu stypendium interdyscyplinarnego tylko dlatego, że nie chciało mu się dopytywać w dziekanacie, co i jak trzeba zrobić. Sid Ceppelin chcąc uniknąć trudnych egzaminów z fantasmagorii, dostał się w trybie pilnym na medycynę, co spotkało się z uznaniem wielu koleżanek i zazdrością co niektórych kolegów, którzy jednak nie byli poważani w środowisku. Łokietek był tak leniwy, że przestał rosnąć, bo mu się nie chciało.
Kiedy jednak mieli przed sobą otwarty nowy scenariusz Hirołsów wszystko szło jak z płatka. Rozwiązywali najbardziej zawiłe paradoksy rzeczywistości jak i fantazji. Nie musieli nic specjalnie robić. Wystarczyło, że myśleli i jedli wafelki. Cała reszta dzięki tajemniczemu logarytmowi poruszała odpowiednie kostki domina, a te waliły się gdzie trzeba i komu trzeba na pusty łeb. Zobaczycie, że zrobię z tego przymuła prezydenta Stanów Zjednoczonych, mówił na przykład Łokietek, ładując na koń bohatera, którego nazywał dla jaj George Bush. Łokietek był bowiem fanem Pustynnej Burzy i Rambo. Nie lubił natomiast Ruskich z wyjątkiem pierogów. Pierogów nie lubił Gustaffson.
Śmiało, dawaj, ośmielali Gustaffsona przyjaciele, gdy zastanawiał się, czy wypada zaatakować bezmyślną masę wieśniaków stojących mu na drodze do chatki szpiega. Gustaffson po chwili wahań spuścił wieśniakom wpierdol, po czym poszedł umyć zęby oraz zrobić herbatę zmęczonym graczom. W radio usłyszał, że holenderski parlament planuje zalegalizować eutanazję. Mówisz, masz, zasępił się młody fantasmagorysta. Otworzyłem chyba puszkę z pandorą, powiedział do wchodzącego Automatykiewicza. To zrób mi też grzankę, odparł kolega o umyśle ścisłym, a przy tym doskonale impregnowanym na typowo humanistyczne dylematy. Gustaffson został sam z dylematem i chlebem grzankowym.
CDN

0 komentarze:
Prześlij komentarz