Szukaj w tym blogu

Ładowanie...

piątek, maj 07, 2010

12. Śledź w Smetanie

Gustaffson nie miał pretensji do Sida, że lepiej gra w szachy. Musi być w czymś lepszy, myślał dobrotliwie o przyjacielu. Gusaffson miał o sobie tak wysokie mniemanie, że mógł sobie pozwolić na wspaniałomyślne gesty wobec kolegów urodzonych pod mniej szczęśliwą gwiazdą. Wszystko wiedział najlepiej, starał się zatem nie zgłębiać kilku dziedzin, na których bardzo zależało przyjaciołom.

I tak, szachy oraz inne gry towarzyskie oddał bez walki Sidowi, teorię chaosu i teorię strun – Automatykiewiczowi, zarządzanie duszami i informatykę – Łokietkowi, wyrywanie dup na Hłaskę – Jodle, narkobiznes i eksperymenty formalne – Sztukowi, a kwestie społeczne i religijne – Lewiatanowiczowi. Sam zajął się ustalaniem ogólnego sensu. Mniej więcej.

Czas sprzyjał jego działalności. Właśnie zmieniały się millennia i ludzie się tym bardzo przejmowali. Jak zwykle zaczęły pojawiać się plotki o końcu świata. Szalała pluskwa milenijna, a po mieście ze zdwojonym animuszem krążyli świadkowie Jehowy. Na Akademii Szamarzewskiej niedawni marksiści szukali w popłochu nowych punktów odniesienia.

Zazwyczaj znajdowali je między nogami co ładniejszych studentek lub też w pubie pod Koroną na Kramarskiej. Co ambitniejsi zaangażowali się w postmodernizm, doprowadzając świat nauki i świat w ogóle na skraj upadku i rozbicia dzielnicowego. Gustaffson patrzał na to wszystko z troską i rosnącym zniechęceniem. Myślał, że na studiach dowie się, kto za to wszystko odpowiada, a jedyne czego się dowiedział, to jak czytać podręczniki fantasmagorii, żeby dostać stypendium naukowe.

Postanowił zatem samemu zgłębić tajemnicę wszechświata, nie oglądając się na starych pierdzieli z Akademii. Oni tylko po to zbierają te tytuły, żeby ruchać co ładniejsze studentki – buntował kolegów, którzy, trzeba przyznać, byli na takie argumenty bardzo podatni. Gustaffson cieszył się mirem wiecznego kontestatora, dzięki czemu z łatwością lewitował ponad głowami kolegów i koleżanek, schodząc tylko czasami z wysokości, żeby się napić.

Wyżej od Gustaffsona lewitował tylko Łokietek, ale on był lżejszy. Gustaffson pozwalał mu latać wyżej, pomny faktu, że każdy Dedal ma swojego Ikarusa. Poza tym, Łokietek niczego specjalnie nie zgłębiał, bo już wszystko wiedział. Jego jedynym celem, było zdobycie wpływu na rzeczywistość. Po co ci ten wpływ? – zapytywał go jeszcze w dawnych, przedakademickich czasach Gustaffson. Jak to po co!? – laski na to lecą – odpowiadał niezmiennie Łokietek, który wzrostu był może nikczemengo, ale buławę marszałkowską nosił wielką i dumną.

Zdaniem starej przyjaciółki i zarazem troskliwej opiekunki obojga fantasmagorystów jeszcze z dawnych, przedakademickich czasów – Alkowy de Champagne – Łokietek bardzo przypominał Woody Allena. Łokietek jak to słyszał, cieszył się jak dziecko, a Gustaffson tylko zagryzał zęby i wyjmował z torby „Die welt als wille und vorstellung“ Schoppenhauera, udając, że nic go to nie obchodzi. Gustaffson był bowiem po cichu zakochany w Alkowie i nie znosił, kiedy jej uwaga była kierowana na jego niewyrośniętego kolegę.

W ogóle, gdyby nie Schoppenhauer, to Gustaffson zostałby wielkim filozofem i protoplastą Nietzschego. Już jako dziecko, siedząc na drzewie w ogrodzie i czekając na powrót rodziców z pracy, skonstruował pesymistyczną wizję świata, która jak się później okazało, została dość dokładnie opisana 150 lat wcześniej, przyczyniając się następnie do śmierci Boga, wielu wojen lokalnych i światowych, Holocaustu oraz pośrednio zdania egzaminów maturalnych przez Gustaffsona i Łokietka. Mając świadomość, że pochodzący z Gdańska niemiecki burżuj odwalił za niego całą robotę, mógł się Gustaffson skupić na poszukiwaniu czegoś nowego. Im bardziej szukał, tym mniej znajdował, ale się nie przejmował.

Szach mat, powiedział chyba po raz setny tego wieczoru Sid Cepellin, przerywając Gustaffsonowi strumień myśli. Sid powiedział to z satysfakcją, choć nie była to wielka satysfakcja. Zwycięstwa z Gustaffsonem przychodziły mu na tyle łatwo, że trudno było wyciągnąć z nich coś więcej niż płomienny uśmiech samca, który wydawał się już martwy, ale dostał do ręki kilka drewnianych figurek i ożył. Ożył na tyle, żeby poniewierać słownie Gustaffsonem, który nie chciał w żaden sposób nauczyć się choćby najprostszych kombinacji szachowych.

Sid znał dwie kombinacje, dzięki czemu został kiedyś wicemistrzem wojewodztwa szczecińskiego młodzików. Nie było to szczególnie trudne, bo do turnieju zgłosiły się tylko dwie osoby, ale nie umniejszało to wcale sukcesu. Zwłaszcza, że nieczęsto Sid odnosił sukcesy. Nieczęsto także starał się je odnosić. Raczej twardo stąpał po ziemi i nie ubiegał się o zaszczyty. Kiedy jednak czegoś wiekopomnego dokonał, to nie omieszkał o tym lojalnie uprzedzać wszystkich nowo poznanych.

Przyjdzie Sztuk, to sobie wreszcie pogram, z tobą to żadna zabawa, słabo grasz – dokuczał Sid Gustaffsonowi. To nie jest żadna gra, to jakaś żałosna matematyka. Pójdziesz ze mną na piłkę, to zobaczymy jak sobie radzisz z prawdziwie męską grą – wyrwał się z szowinistyczną ripostą Gustaffson. Wcale nie uważał, żeby kobiety były gorsze w grach zespołowych. Właściwie dziwił się, że tak niechętnie w nie grają. Jeszcze jako dziecko kibicował drugoligowej drużynie siatkarek ze swojej rodzinnej miejscowości. Tym razem jednak zagrała w nim szowinistyczna nuta. Zawstydził się i postanowił wypić piwo.

Nie lubię sportu, powiedział mu już przy barze Sid. W Stanach mieliśmy drużynę badmintona. Ogrywaliśmy wszystkich w swoim okręgu. Awansowaliśmy do eliminacji stanowych. Ooo, nieźle ci szło, zauważył z podziwem Gustaffson. Taaa, zaciągnął się papierosem Sid, przyjechała do nas drużyna z koreańskiej szkoły. Każdy z nas marzył tylko, żeby nie dostać lotką w oko. Ha, ha, ha – zaśmiał się Gustaffson, który uwielbiał smutne anegdoty Sida.

Śmiech jego nie wybrzmiał należycie, gdyż w drzwiach stanął energiczny Łokietek z apatycznym Sztukiem owiniętym jakoś tak niemrawo wokół szyi. Od razu zaczął wydawać rozkazy wszystkim zgromadzonym, a szczególnie Milence, która bardzo szybko musiała mu podać bardzo dużo piwa. Milenka ceniła Łokietka, bo podejrzewała, że to on właśnie jest redaktorem naczelnym kultowej „Bibuły“, która była kolportowana także przez jej bar. Ceniła jego teksty i uważała, że choć może nie jest bardzo wysoki, to jednak ma coś w sobie. Jak Woody Allen.

Łokietek odwdzięczył się dziewczynie za szybką obsługę klepnięciem w tyłek i komplementem retorycznym. Fajną masz dupcie, Mała, jak omówimy sprawy, to pójdziemy do kibla. Milenka uśmiechnęła się do Łokietka, choć nie była pewna, czy chce iść z nim do kibla. Miała przecież chłopaka i szacunek do samej siebie. Postanowiła to jeszcze przemyśleć. Łokietek tymczasem zajął się zarządzaniem kryzysowym.

Jest dym, panowie – zaczął Łokietek – dzwonił Giedroyć i mnie zjebał, że jeszcze nie przesłałem artykułu. Starałem się grać na zwłokę, ale wiecie, jaki wuja jest. Strasznie srogi dla tych, co mu fikną. Z Herlingiem już mamy pyte, z Herbertem nie gadamy, a Michnik ostatnio wpierdalał sajgonki z Urbanem w chińskiej restauracji, musimy się z Księciem jak z jajem obchodzić.

To prześlij mu ten artykuł – zdroworozsądkowo odparł Sid, który w skupieniu obserwował zachowanie Sztuka pełzającego wzdłuż krawędzi blatu z miną Bruno Schulza maltretowanego przez postawne kobiety w pończochach samonośnych. Sid był na tyle doświadczonym obserwatorem Sztuka, aby bez trudu zorientować się, że przyjaciel przyjął jakąś nową, nieznaną mu jeszcze substancję.

Nie mogę mu wysłać tego pieprzonego artykułu – powiedział głośno i zdecydowanie Łokietek, jednocześnie strącając z blatu pełzającego Sztuka, który aż zawył z rozkoszy. Dlaczego? – zapytał znudzony Sid, który nie interesował się życiem duchowym narodu, bo to nie jego naród w sumie był. Interesował się natomiast bardzo Sztukiem i tym, co w tej chwili Sztukiem powodowało. Bo go, kurwa, nie napisałem – wykrzyknął wyraźnie zniecierpliwiony Łokietek. To napisz – powiedział na odczepnego Sid, po czym spełzł na podłogę w poszukiwaniu Sztuka.

Łokietek lekko się podłamał i wziął bardzo głęboki łyk piwa. Właściwie całą szklankę wlał w siebie. Jesteśmy zdani na własne siły, nowy narybek nie zdaje egzaminu, podsumowował naradę zwracając się do Gustaffsona. Musimy zdobyć twarde dowody, że mamy rację, kontynuował. Niebawem do Polski przyjedzie On. Kto znowu? – zapytał lekko znudzony Gustaffson. On! Papież Polak w swojej cudownej jupce, wrzeszczał już niemal Łokietek. Co to jest jupka? – dopytywał Gustaffson. Czapeczka, kurwa, czapeczka – walnął pięścią w stół Łokietek po czy się trochę uspokoił ale nie za bardzo znowu.

Mówi się, że ma ogłosić czwartą tajemnicę fatimską. Musimy przechwycić tę informację zanim jej użyje. Ona może mieć niebagatalne znaczenie dla losów świata. Którego świata? – zapytał trzeźwo Gustaffson, który lubił wszystko uściślać, żeby potem nie było pretensji. Tego – powiedział konfidencjonalnie Łokietek zakreślając palcem wokół siebie szaloną elipsę – tego między florą a fauną.

Łokietek odpłynął natychmiast po wydaniu rozkazów. Przy drugim piwie porzucił zapał organizacyjny i ideologiczny na rzecz zamordyzmu. Wyjął z plecaka nunczaku i wskoczył na krzesło. Zaczął nim okładać pełzającego wokół Sztuka oraz Sida, który już zdołał wykraść Sztukowi trochę magicznej substancji, dzięki czemu wraz z nim przeniósł się do kanciapy nauczyciela rysunków w drohobyckim gimnazjum.

Wokół roiło się od smukłych kobiet z pejczami. Okładały pełzających po podłodze mężczyzn. Sid w jednym z nich rozpoznał Bruno Schulza a w drugim Witolda Gombrowicza. Kim do cholery ja jestem!? – zapytał na głos. Jesteś śmierdzącym śledziem w Smetanie – wrzasnął na niego lecący ze stołu z prędkością światła Łokietek, po czym zdzielił go pałkami z całej siły w plecy. Łokietek nie cierpiał bezideowych przybyszów z Ziem Odzyskanych, a szczególnie ze Szczecina, gdyż bardziej od niego ceniono tam jego lekkomyślnego dziada – tego słynnego Wała Chrobrego.

Zabawa rozkręcała się w najlepsze, Gustaffson postanowił pójść gdzieś indziej. Nie cierpiał bowiem, jak impreza szła za dobrze. Nie pasowało mu to do koncepcji. Więc poszedł gdzieś indziej. Konkretnie, w stronę Wildy. Ale tam nie doszedł, bo spotkał go nadzwyczajny... CDN.

0 komentarze:

Prześlij komentarz