Szukaj w tym blogu

Ładowanie...

sobota, kwiecień 03, 2010

11. Gnoza, groza i wina Wima

Jak to się stało, że powstała Świetlica Ludowa Buena Viśta? Nikt tego nie wiedział. Było kilku świadków, ale każdy widział coś innego, robił coś innego i przeżył coś innego. Wspólne było tylko to, że wszyscy opowiadali o tym wydarzeniu niestworzone historie.

Pamiętnego wieczora, kiedy to Nano i Mano przeprowadzali się z Sołacza na Kosinę, pomagał im w tym Sztuk, a przeszkadzał pędzący na sygnale tort czekoladowy, latające wszędzie miągwy oraz drzwi zamknięte od środka, doszło do wydarzenia o znaczeniu ponadczasowym, które odmieniło nie tylko mieszkanie na Kosinie, ale i całą Wildę wraz z towarzyszącym jej Układem Słonecznym.

Kiedy już chłopcy rozsiedli się na pokojach, a konkretnie na jednym pokoju, co się z niego mieszkanie składało wraz z kuchnią, to zaraz natychmiast się pojawił Gustaffson z dobrosąsiedzką wizytą. Władował się do mieszkania bez wielkich ceregieli, bo dobrze wiedział czego chce. Wracał właśnie niedopity z wykładu doktora Gnoziewicza na temat fantasmagorii średniowiecznej.

Z tych wykładów zawsze wracał niedopity. Zazwyczaj kupowali z Nygusem i Łokietkiem flaszkę wiśniowej nalewki, po czym sączyli ją sobie ze spokojem na tyłach długiej sali wykładowej numer 215. Sala 215 charakteryzowała się tym, że zamiast stanowisk ustawionych w rzędach lub stopniowo, została wyposażona w bardzo długie stoły prezydialne ustawione prostopadle do katedry profesora i równolegle do siebie.

Kiedy było dużo studentów, jak na przykład na wykładach profesora Zucha z bytologii, można było spokojnie raczyć się używkami w tylnym rzędzie bez cienia ryzyka. Kiedy jednak studentów było mniej, jak na wieczornych wykładach doktora Gnoziewicza, wtedy spożywanie ulubionych trunków nastręczało sporo kłopotów, a o zapaleniu blanta można było po prostu zapomnieć.

Tak się nie da studiować, powiedział po dwóch wykładach Nygus i na trzeci przyniósł specjalną rurkę gumową. Po zakupieniu flaszki wiśniowej nalewki w Trzech Beczkach na Dąbrowskiego, przyjaciele otwierali ją jeszcze na dziedzińcu Akademii, po czym pociągali po łyku wstępnym, a następnie umieszczali flaszkę w przepastnej kieszeni wewnętrznej jaskrawo żółtej kurtki polarowej Nygusa. Potem Nygus siadał między Łokietkiem a Gustaffsonem, a rurka wędrowała po cichu od ust do ust.

Cóż jednak znaczyła jedna wiśniowa flaszka wobec skomplikowanych zagadnień fantasmagorii średniowiecznej. Półtorej godziny pieprzenia to było za dużo nawet dla tak cierpliwych studentów jak Łokietek i Gustaffson, a dla mniej cierpliwego Nygusa to były katusze wręcz nie do wytrzymania. Dodatkowo cierpiał przez fakt, że uwielbiał gnozę oraz średniowieczny system wartości i gotów był spłonąć na stosie lub oddać głowę na gilotynie, co zresztą niejednokrotnie czynił, w jego obronie.

To, co z fantasmagorią średniowieczną robił doktor Gnoziewicz, przyprawiało jednak Nygusa o mdłości. Niejednokrotnie próbował mu przeszkadzać w profanowaniu czczonych przez niego zagadnień, ale rzadko był w stanie myśli wyartykułować gładko i sensownie na tyle, aby doktor Gnoziewicz w ogóle je zarejestrował. Chcąc nie chcąc musiał mu przychodzić w sukurs Gustaffson, który nie cierpiał gadać o fantasmagorii, ale wiedział, że Łokietek nie ruszy językiem, żeby ratować honor kolektywu.

Łokietek miał bowiem tę nieprzyjemną cechę, że był ponad wszelkie spory, pyskówki i relacje międzyludzkie. Był królem i pilnował, żeby się nie poniżać przy poddanych. Gustaffson też miał odpalone na swoim punkcie, ale jednak umiał i nawet lubiał czasem wdać się w jakąś tam maieutykę, elenktykę czy też zwykłą intelektualną pyskówkę. Szczególnie jeśli czuł się w obowiązku wesprzeć przyjaciela. Nawet jeśli tym przyjacielem był Nygus.

I tym razem Nygus popłynął w dyskusji z Gnoziewiczem gdzieś daleko na płytkie morza paradoksów, z którymi borykali się ojcowie kościoła. Widząc, że panowie gotowi za chwilę sięgnąć po miecze dwuręczne, które zapobiegliwie zawsze nosili przy sobie, żeby jednoznacznie rozstrzygnąć spór o uniwersalia, Gustaffson postanowił sprowadzić dyskusję na mniej ryzykowne wody. Za pomocą sobie tylko znanych trików dialektycznych bardzo gładko podciął gardło dyskusji. Ostra jak brzytwa Ockhama paralela między twierdzeniami Orygenesa a wystąpieniami wczesnego Breżniewa sprowadziła wreszcie dyskusję na uchwytne dla wszystkich tory.

Nygus do spółki z Gustaffsonem zabrali Gnoziewiczowi jakieś dwie trzecie wykładu, ale jednocześnie strasznie wysuszyli gardła, podczas gdy przebiegły Łokietek zdążył pochłonąć niemal całą zawartość flaszki, puentując dzieło wymownym „eeeep!“. Zadowolony z siebie wcisnął sobie rurkę gumową do nosa i zasnął wtulony w mężne ramię Nygusa. Nygus wspaniałomylśnie przygarnął przyjaciela i zanucił mu czule do ucha „Nic się nie stało! Łokietek, nic się nie stało!“.

Gustaffson był mniej wspaniałomyślny, a może po prostu bardziej spragniony. Jakoś dotrwał do końca wykładu, aby szybko ulotnić się z nieprzyjaznych murów Akademii na świeże powietrze. Sam nie wiedział jak, ale na pewno piorunem, znalazł się na przystanku tramwajowym, gdzie czekał na niego ulubiony tramwaj linii numer 7. Tramwaj ten nie był zwykłym tramwajem, a Gustaffson wiedział o tym najlepiej, gdyż był etatowym pracownikiem informacji o miejskiej komunikacji.

Nie był to zwykły tramwaj albowiem był to tramwaj niemiecki. Stary, rewitalizowany tramwaj z Dusseldorfu czy innego Hannoweru, który na emeryturę przyjechał do Poznania, aby okazać się niedoścignionym wzorem ergonomii dla swoich polskich kolegów. Dodatkowo niemiecki ten tramwaj zwany ciepło Helmutem jechał po trasie marzeń Gustaffsona, łącząc jego zacną alma mater z wildeckim Trójkątem Bermudzkim, gdzie raczył był rezydować i przyjmować oficjalne delegacje nieoficjalnych środowisk twórczych.

Siódemka była cudowną linią. Omijała centrum miasta. Śmigała beztrosko piękną aleją pomiędzy wartkimi potokami samochodów, nie zważając na korki, przeszkody naturalne ani kolizyjne skrzyżownia. Objeżdżała pół miasta w piętnaście minut, pozwalając Gustaffsonowi na przeczytanie najważniejszych aktualności z Przeglądu Sportowego lub Gazety Wyborczej, ewentualnie przestudiowanie tabel w Piłce Nożnej.

W siódemce można było spotkać cały kwiat szamarzewskiej awangardy. Korzystali z niej w różnym stopniu zarówno Nano jak i Mano oraz Robson, a potem także przygarnięci przez Gustaffsona kolejni fantasmagoryści. Siódemka, można śmiało powiedzieć, to była linia kultowa. Szczególnie kultowa dla Lewiatanowicza, który odważnie praktykował satanizm w miejscach publicznych, a pewnego dnia odkrył, że jedna z siódemek została przez dział taboru oznaczona numerem 666. Od tej pory, w tajemnicy przed przyjaciółmi Lewiatanowicz urządzał sobie kursy od pętli do pętli z recytacją biblii La Veya oraz ścieżką dźwiękową „Dziecka Rosemary“.

Tym razem jednak jechał siódemką jedynie Gustaffson. Wkurwiony i spragniony Gustaffson. Wracał do mieszkania na Fabrycznej, które jeszcze było martwe, jeszcze nie nabrało słynnego później klimatu. Było dopiero miejscem z potencjałem, ale bez śladów choćby pobieżnej realizacji. Jedyne co świadczyło o mających nadejść złotych czasach to zupa pomidorowa w słoiku. Zupa, którą jednak Gustaffson postanowił zjeść jutro, aby dziś uświetnić przeprowadzkę Nano i Mano na sąsiednią Kosinę.

Wziął zatem i poszedł Gustaffson na Kosinę, gdzie zastał rozjebanych jak paczka dropsów przyjaciół. Sztuk dłubał w nosie, a co wydłubał, układał starannie w kopczyk. Nano wpierdalał miągwy, a Mano mieszał kijem wino w wielkim baniaku. Macie coś do picia? – nie owijał w bawałnę Gustaffson – przyniosłem kubek. Był słynny z tego, że zawsze na wszelki wypadek brał ze sobą kubek, żeby nie było niepotrzebnych kłopotów z szukaniem naczynia dla niego.

Mamy młode winko, powiedział gościnnie Mano, nie wiedząc, że sproawadza na swój dom nieszczęście. Ok, Gustaffson podał kubek, który natychmiast napełnił się ciemnoczerwonym płynem z domieszką zielonego osadu. To zielone to co? – zapytał Mano. Nie wiem, odpowiedział przyjaciel, nie jestem chemikiem. Gustaffson postanowił nie wnikać dalej i po prostu wypił z dobrodziejstwem inwentarza. Opłacało się. Niemal natychmiast odpłynął daleko od brzegu, nie widząc nawet, że przyjaciele również zaczęli się raczyć winkiem.

Wszyscy razem spotkali się po chwili w pokoju telewizyjnym, który nie wiedzieć w jaki sposób wyrósł między pokojem, w którym się znajdowali a kuchnią, w której znajdowały się sprzęty kuchenne. W pokoju telewizyjnym czekał na nich sprzęt telewizyjny najwyższej klasy oraz najwyższej klasy reżyser filmowy Wim Wenders. Cześć chłopaki, powiedział, chciałem wam pokazać mój najnowszy film. A to będzie coś w rodzaju Lisbon Story czy raczej znowu jakiś pseudointelektualny bełkot, zapytał bez ogródek Mano.

To dokument o muzyce kubańskiej, powiedział Wim, po prostu o muzyce. Ray mnie namówił, prawda Ray? Tak było, Wim – powiedział facet siedzący pod ścianą z gitarą. Odkurzyliśmy kilka przedrewolucyjnych gwiazd. Fenomenalni goście, posłuchajcie. Ray zaczął wymiatać na gitarze, a do pokoju wszedł starszy pan w kaszkiecie i zaczął śpiewać po hiszpańsku. Bardzo się to przyjaciołom spodobało, więc poczęstowali gości winem. Rum lepszy, powiedział dziarski staruszek, ale to też może być. Obejrzyjmy film, zaproponował Wim, który znany jest z tego, że przynudza w kółko.

Nie nudź, powiedział bezpośredni jak zwykle Mano, zrobimy winko, to obejrzymy. Wim jednak nie poddawał się. Uparty Niemiec zapuścił swoje dzieło, a oni chcąc nie chcąc, zaczęli oglądać. Jak zwykle było to dużo za długie i zdecydowanie za mało treściwe. Mógłbyś się dynamiki akcji od Jarmusha uczyć, zażartował Sztuk, który nie mógł się nadziwić, że można było zrobić tak nudny dokument o tak pięknym miejscu i tak żywiołowej muzyce. Z jakiej części Niemic pochodzisz? – zapytał Wima Gustaffson.

Z Düsseldorfu, a co? Odpowiedział zaczepnie Wenders. Eee, właściwie to nic, ja pochodzę z Bambergu. Od razu się rzuca w oczy brak w Twoim filmie ethosu bawarskiego chłopa. Stąd wyciągnąłem wniosek, ciągnął Gustaffson, że pochodzisz z Nadrenii-Palatynatu albo nawet Saksonii-Anhalt. Albo ze Szlezwiku-Holsztynu, rzucił drwiąco bezpośredni jak zwykle Mano. Gdzie!? Gdzie!? – zaniepokoił się nie na żarty Sztuk, w którego krwi była domieszka jednego z dzielnych obrońców Westrerplatte. 

Sztuk często budził się z krzykiem i karabinem w ręce, ponieważ nawiedzały go złe sny o beznadziejnej obronie składnicy broni. Tym razem również przeraził się nie na żarty słysząc złowrogą nazwę niemieckiego pancernika. Przyjęte wcześniej substancje sprawiły bowiem, że bardzo wyraźnie stanęła mu przed oczami skierowana na jego osobę faszystowska kanonada. Nie strzelać! Ratunku! Nie strzelać! – zerwał się z fotela Sztuk i wybiegł z mieszkania. Zbiegł po schodach i wypadł na ulicę. Popędził w kierunku schronu.

Niewiele rozumiejący z bieżących wydarzeń Ray Cooder chwycił za gitarę i zagrał utwór, który z pewnością nie pomógł Sztukowi dojść do siebie. Biegnącego wildeckimi ulicami wystraszonego mężczyznę trzymającego się oburącz za głowę i krzyczącego wniebogłosy, żeby nie strzelać, ścigała niczym przeznaczenie fraza wyśpiewywana przez Ibrahima Ferrera. Candela, candela – powtarzało się jak mantra w refrenie, a Sztuk myślał, że to w niego ten karaibski ogień jest skierowany.

Nano zamknął drzwi wejściowe i zapalił papierosa. Przesadziłeś chyba trochę, zwrócił się do brata, jeszcze sobie krzywdę chłopak zrobi. Nic mu nie będzie, uspokoił wszystkich Gustaffson, musi wybiegać tę traumę. Zabija go poczucie winy. Jeden jego dziadek strzelał do drugiego. Jeden był na pancerniku, drugi był na Westerplatte. Teraz obaj siedzą w jego głowie i do siebie strzelają. Trauma pogranicza. Wojna genów.

Wim Wenders nie był zadowolony z oceny swojego filmu. Naprawdę wam się nie podoba? Zapytał z nadzieją, że chłopaki tylko się zgrywają. Stary, Kieślowski by wykrzesał z tego więcej energii, zmarnowałeś zajebisty temat. Myśli wszystkich podsumował Nano. Cześć chłopaki, deus ex machina pojawił się w drzwiach Lewiatanowicz, dlaczego Sztuk biega po Wildzie z rękoma na głowie i krzyczy? Walczy ze sobą, odpowiedział na powitanie Gustaffson. Będziemy montować Wimowi film, przyłączysz się?

Jasne. Powiedział Lewiatanowicz, na co wszyscy liczyli, bo tylko on miał w tym towarzystwie jako takie pojęcie o montażu. Zapalę tylko coś, Ibrahim daj ognia.

CDN.

0 komentarze:

Prześlij komentarz