„Szatan, szatan, szatan, szatan, oh yeah, oh yeah“. „Szatan, szatan, szatan, szatan, oh yeah, oh yeah“. Z pokoju dobiegał głos Tymona, który często towarzyszył przygotowywaniu grzanek na Fabrycznej. Tym razem pod nieobcność domowników grzanki przygotowywał Falset, który choć nie mieszkał tutaj, to jednak często bywał, bo lubił grzanki, a na Fabrycznej był opiekacz. Falset był także miłośnikiem twórczości Tymona, którego zapoznał kiedyś w rodzinnych Gryficach, do których ściągnął słynny zespół Miłość albo Smoki albo Kury albo któryś z pozostałych pod przewodem Tymona. Falset sam dobrze nie pamiętał, jaki to był zespół, ale zapamiętał na zawsze, żeby nie popijać sałatki śledziowej piwem jabłkowym, bo to się mści.
Władek Łokietek często żartował sobie z Falseta, że tak naprawdę jest Tymonem, tylko się ukrywa przed zazdrosnym Szoł Bizem i udaje Falseta. Faktycznie byli podobni, o czym każdy się mógł naocznie przekonać, oglądając galę wręczania najważniejszych nagród muzycznych w kraju. Nagrody się oczywiście nazywały Fryderyki, bo kiedyś jeden Francuz przez przypadek się urodził w Polsce i zrobił światową karierę. Jak się oglądało tę galę w obecności Falseta, to można było porównać na bieżąco, że wygląda dokładnie tak jak Tymon, myśli dokładnie tak jak Tymon i mówi dokładnie tak jak Tymon. Jedyne co nie pasowało do układnki, to fakt, że przecież Tymon nie mógł być jednocześnie w telewizji i w sali telewizyjnej na Fabrycznej.
Automatykiewicz nie z takimi sprzecznościami sobie radził. Miał w małym palcu wszelkie paradoksy i równania z czterema niewadomymi. Szybko wszystkim wyjaśnił, że Tymon sobie tu spokojnie z nami siedzi, a do telewizji wysłał Falseta, który jednak tak naprawdę nie istnieje, ponieważ jest tylko i wyłącznie negacją Tymona, czyli Nie-Tymonem. Tak czy owak, Falset narobił w tej telewizji dymu, że hej. Powiedział coś w ten deseń, że cały polski show biznes to ściema, tylko ostrzej. Nikt dokładnie nie zapamiętał ani nie usłyszał, ponieważ wszyscy zgromadzeni zaczęli podrzucać w górę prawdziwego Tymona, winszując mu wielkiego sukcesu, czyli zgarnięcia tych wszystkich pięknych statuetek z garbatym nosem. Tymon miał w ustach grzankę, więc się mocno zakrztusił. Do tego stopnia, że najsilniejszy z obecnych, czyli Jodła, musiał go schwycić wpół i wydusić z niego grzankę. Ściśnięty Tymon wypluł grzankę wprost na szalejącego w telewizji Falseta.
Nigdy więcej już Falset nie został zaproszony do telewizji. Wszyscy, którzy wiedzieli, kto w tym duecie jest kim, milczeli jak groby. Szanowali prywatność Tymona i udawali, że tak naprawdę nazywa się Falset i studiuje z nimi jakby nigdy nic fantasmagorię. Żaden też ze znajomych Falseta nigdy się nikomu nie wygadał, że Falset tak naprawdę niewiele wynosi z zajęć. Właściwie, to nikt ich o to nie pytał, bo nikogo to nic a nic nie interesowało. Studia fantasmagoryczne w tym kraju od dawna nie służyły kształceniu, a jedynie utrzymaniu synekur dla kilku zasłużonych profesorów, którzy przez całe życie nie potrafili napisać niczego poza habilitacją oraz kilku uległych i/lub operatywnych doktorów, którzy tej habilitacji nijak nie mogli napisać. Z małymi wyjątkami.
Tych małych wyjątków Falset unikał jak ognia. Przez całe studia starał się trzymać utartego szlaku wiodącego przez gabinety najbardziej opieszałych fantasmagorystów. Ustępował przeto może nieco ogładą intelektualną takim tuzom jak Ferdynand czy Łokietek, jego wiedza nie mogła się równać głębią ezoterycznej erudycji Gustaffsona, a jego inteligencja operacyjna niekoniecznie sięgała zenitu osiągalnego tylko dla Autoamtykiewicza, ale za to zdecydowanie górował nad wszystkimi pewnością, że ma rację. Właściwie nie było takiej osoby, nie było takiego autorytetu, ba, nie było takiego Papieża Polaka, który mógłby mu przemówić do rozumu. Złośliwy Łokietek utrzymywał, że to tylko dlatego, że Falset rozumu nie miał. Łokietka jednak nikt nie brał do końca poważnie, bo wszyscy wiedzieli o jego manii wielkości. Raczej przyjmowano, że Falset po prostu swoje wie i nie chce tego z cudzym mieszać.
Także teraz wiedział, że ostatnia płyta Kur jest naprawdę zajebista i jeżeli grzanki mają być równie zajebiste, to trzeba je posmarować masłem po wierzchu. Automatykiewicz by się kłócił, że jednak lepiej od środka, ale Automatykiewicz to nawet pomidora kroił inaczej niż normalni ludzie. Falset swoje wiedział i smarował po wierzchu. Do środka wkładał ser, pomidor i cebulę. Pomidora kroił normalnie, a nie tak jak Automatykiewicz w poprzek. Miał w tej chwili ten komfort, że nikt mu nie mówił jak ma co robić. Mieszkanie było puste, bo wszyscy gdzieś poszli. Falset nie wiedział gdzie, ale się nad tym nie zastanawiał. Miał swoje życie, swój zespół i tylko grzanki przychodził robić do cudzego mieszkania, bo nie miał opiekacza. Rewanżował się często gęsto seansami filmowymi, które urządzał na zamieszkiwanym przez siebie strychu jeżyckiej kamienicy, z którego było słychać jak się rodzi legenda polskiego hip-hopu.
Jak się grzanki zrobiły, to Falset poszedł z nimi na balkon. Balkon, z którego rozpościerał się widok na wildecki Trójkąt Bermudzki, który kumulował się wokół skrzyżowania wygiętej jak bumerang Fabrycznej i tej drugiej, przy której mieszkał Robson, a której nazwy nikt nie potrafił zapamiętać, ale może to była Prądzyńskiego. Wildecki Trójkąt Bermudzki polegał na tym, że jak się tam weszło, to już można było nie wyjść. Dla większości ludzi to było straszne, ale dla studentów fantasmagorii to było bardzo wygodne. Im się zazwyczaj i tak nie chciało nigdzie wychodzić. Tak jak Falsetowi teraz. Siedział sobie z tymi pysznymi grzankami smarowanymi masłem po wierzchu w pełnym słońcu i skwierczał. Ubrany był jedynie w uniwersalne spodenki kąpielowe, które wkladał, gdy nie wiedział co na siebie włożyć, a nie było w pobliżu nikogo, kto by mu powiedział, czyli praktycznie zawsze, gdy nie było za zimno.
Polał sobie grzanki keczupem i otworzył piwo. Wszystko grało. Tymon radośnie wyśpiewywał „...znowu mam doła, znów pragnę śmierci...“ Falset był w siódmym niebie. Ze znajdującego się naprzeciw sklepu „U Żela“ wychodziła kolejna zmiana pracowników pobliskich zakładów imienia Hipolita Cegielskiego. Pracownicy tych legendarnych zakładów od dawna już nie wchodzili na zakład, ale nadal nie potrafili się otrząsnąć z systemu zmianowego. Czy to był sklepik „U Żela“ czy też sąsiedni bar Kepab, czy też stojący po przeciwnej stronie kiosk z warzywami i winem na szklanki albo znajdujący się na rogu Hetmańskiej i 28 czerwca bar Grzanka, zmieniali się w nich regularnie jak w zegarku. Po poznańsku. Nie umieli inaczej. Każdy musiał zaliczyć wszystkie stacje codziennej drogi krzyżowej. Porządek musi być.
Falset w ogóle nie zauważał w świecie żadnego porządku. Był pozbawiony zmysłu systematyzowania, który był podstawą myślenia większości fantasmagorystów. To go wyróżniało, ale on o tym akurat nie wiedział, bo musiałby sobie zdawać sprawy z możliwości strukturyzacji świata, a przecież nie miał o tym pojęcia. Żył chwilą, korzystał z dnia, jadł grzanki. Kiedy popijał kolejny kęs jego uwagę przykuła oddalająca się sylwetka Robsona. Robson szedł na tramwaj numer siedem. Na tramwaj, którym pojedzie na uczelnię tylko po to, żeby się przespać na zajęciach po ciężkiej nocy. Fakt, że Robson szedł na tramwaj oznaczał, że być może Smykałka została sama.
Smykałka to była wielka miłość Falseta, o której jednak nie mógł nikomu powiedzieć, ponieważ formalnie miał inną dziewczynę. Nieformalnie natomiast kochał Smykałkę na zabój. Smykałka natomiast mieszkała z Robsonem w małej kanciapie w tej samej kamienicy co Gustaffson i reszta, oprócz oczywiście Falseta, który niefartownie osiadł na Jeżycach. Mieszkała z Robsonem, ale to nic nie znaczyło, gdyż kochała tylko Jodłę, który aktualnie gdzieś zniknął. Mówili, że poszedł do wojska, ale to chyba nieprawda była, bo przecież miał kategorię ELESDE. Jej miłość do Jodły się jednak nie liczyła, bo Jodłę kochały wszystkie dziewczyny. Wiadomo, za mundurem panny sznurem.
Falset szybko pobiegł na przeciwległą stronę mieszkania, która wychodziła na podwórko, na którego drugim boku znajdowała się kanciapa Robsona i Smykałki. Niewiele, jak zwykle myśląc, rzucił widelcem w jej okno, ale Smykałka nie otworzyła. Falset rzucił zatem nożem i niefartownie stłukł szybę. Cholera, powiedział do siebie, niedobrze, zbiłem szybę. Ciągle niewiele myśląc pobiegł naprawiać szkody. Założył szybko buty i zbiegł po schodach do bramy, a potem przebiegł ulicą wzdłuż kamienicy do drugiej bramy, w której mieszkała Smykałka. Drzwi jak zwykle były otwarte. Zarówno do bramy jak i do kanciapy. Robson i Smykałka nie przejmowali się zbytnio bezpieczeństwem. Falset wszedł do kanciapy i zamarł.
Na kanapie pod oknem leżała Smykałka przebita na wylot nożem rzuconym przed chwilą przez Falseta. Pierwsza myśl Falseta była prosta. Z seksu nici, pomyślał. Druga myśl Falseta też była prosta. Zabiłem ją, pomyślał. I zemdlał.
CDN.

0 komentarze:
Prześlij komentarz