Szukaj w tym blogu

Ładowanie...

poniedziałek, luty 01, 2010

7. Blubry Olafa Ludwiga

Dziewiątka powoli telepała się Górną Wildą w kierunku Królowej Jadwigi. Na zewnątrz trwała złota polska jesień. Wewnątrz trwała konwersacja dwojga dość świeżych przyjaciół. Jak było wczoraj? Zapytał Gustaffson Sida, wiedząc, że otrzyma odpowiedź mało ciekawą, ale za to wystarczającą do podjęcia dalszej rozmowy. Jak zwykle – odpowiedział bez większego entuzjazmu Sid, bo nie chciało mu się opowiadać o kolejnej imprezie tego samego typu – tylko Jodła styrał Ferdynanda i chyba się nie będą lubić.

Szkoda, lubię Ferdynanda – zasępił się Gustaffson, który nie wiedzieć czemu lubił, żeby wszyscy się lubili – o co poszło? Nic wielkiego, Ferdynand usiadł na lodówce Jodły i zaczął wszystkim tłumaczyć, że jest geniuszem. A Jodła na to, że to świetnie, bo nie miał do tej pory okazji poznać prawdziwego geniusza, że czuje się zachwycony i tak dalej. Ferdynand się obraził. Jodła posprzeczał się też z Robsonem, wytykając, że powinien się umyć zanim wejdzie do jego łóżka.

Robson chciał się przespać z Jodłą? – poprosił o precyzyjniejsze informacje Gustaffson, bo jakkolwiek nauczył się już dostrajać uszy do częstotliwości głosu Sida, to jednak jeszcze nie do końca rozpracował jego skrótową narrację. Sid był znakomitym szachistą, posiadał umysł analityczny, co razem powodowało, że nie zawsze mówił wszystko, co trzeba, aby go dobrze zrozumiano. Nie, upalił się i zasnął w łożku Jodły, a Jodła nawiązał przyjaźń z jedną z dziewcząt i chciał jej przybliżyć swoją bogatą osobowość, zanim wróci jego dziewczyna, która studiuje w innym mieście. Robson mu to skutecznie uniemożliwiał. Stąd niezadowolenie Jodły.

Ale co to ma wspólnego z higieną Robsona? – ciągle dopytywał Gustaffson, który lubił mieć jasność. Dziewczyna powiedziała, że nie wejdzie do łóżka po Robsonie, bo on ma nieumyte włosy, śmierdzące ciuchy i ropne pryszcze na twarzy. Księżniczka – wciął się z komentarzem Gustaffson. Kobiety są dzisiaj wymagające, Jodła dobrze o tym wie – kontynuował Sid – umie do nich podejść – przybliżył postać przyjaciela przyjacielowi nie bez cienia zazdrości. Tak, jest niemal tak skuteczny jak Sztuk i to bez tego całego anturażu artystycznego – docenił przyjaciela przyjaciela Gustaffson.

On je bierze na Hłaskę – próbował pomniejszać możliwości Jodły zazdrosny Sid – w ogóle, mam wrażenie, że jemu się wydaje, że on jest Hłaską. Może jest – powiedział Gustaffson, który nie uważał tego za takie znowu niemożliwe, w odróżnieniu bowiem od Sida posiadał umysł zdecydowanie mniej analityczny, a bardziej metafizyczny. Poza tym, posiadał wyższy stopień wtajemniczenia, dzięki czemu zagadka wędrówki dusz nie stanowiła dla niego aż tak wielkiego problemu. Sid, wbrew stwarzanym przez siebie pozorom, brał rzeczywistość bardzo zdroworozsądkowo. Zbyt bardzo.

Jedynym mankamentem Smetany było jej położenie. W samym centrum miasta, w podwórzu między ulicami Ratajczaka i św. Marcin. Żeby tam dojechać od strony Wildy dziewiątką trzeba było objechać całe centrum miasta. Ulica Półwiejska bowiem, która była naturalnym przedłużeniem Górnej Wildy nie posiadała szyn tramwajowych. Podobnie ulica Ratajczaka będąca przedłużeniem Wierzbięcic, które kończyły się z wielkim hukiem obok międzynarodowego dworca PKS. Wierzbięcicami jeździła dziesiątka. Śmigała szybko, ale za dworcem skręcała w stronę targów, co odbierało jej większość sensu. Bo kto by z normalnych ludzi chciał jechać na Targi? Dziesiątka była przydatna tylko i wyłącznie w momencie, gdy któryś z chłopaków chciał opouścić miasto przy pomocy dworca PKS lub PKP. Zaliczała je oba bez większych ceregieli. Poza tym była bez sensu.

Co innego dziewiątka, którą jechali właśnie Sid z Gustaffsonem. Jechała tą samą trasą, co dwójka, ale zamiast zawozić ludzi do Szamarzewa, gdzie czekały nudne wykłady i stracone godziny, skręcała na Moście Teatralnym w kierunku urokliwego Parku Sołackiego, gdzie można było spędzić czas miło i pożytecznie przy piwie, albo czymś mocniejszym. Co ciekawe Park Sołacki posiadał tajemne połączenie z Szamarzewem, o którym wiedzieli tylko wytrawni bywalcy i nie przechwalali się tą wiedzą specjalnie.

Teraz jednak dziewiątka miała dojechać tylko do Empiku, spod którego do Smetany było pięć kroków. Co z nią się będzie działo dalej, nikogo ważnego nie obchodziło. Gdzieś na wysokości Placu Wiosny Ludów, Sid odważył się zadać Gustaffsonowi pytanie, które dręczyło go od jakiegoś czasu. Skąd te wszystkie głupie nazwy ulic i placów? – wykrztusił z siebie. Z tradycji – odpowiedział  z dumą w głosie Gustaffson, poznaniak z dziada pradziada. Ale co to są te Wierzebięcice? Kim była Wilda? To jakaś saga skandynawska czy zaginione dzieci Tolkiena?

Sid nie miał pojęcia, co to tradycja. Pochodził ze Szczecina. Tam się wszystko zaczęło niedawno i nie wiadomo czy długo potrwa. Niemcy nie zasypiają gruszek w popiele, jak mawiała jego bardziej polska babcia, która pamiętała odbijanie prapolskiego Szczecina z rąk niemieckich najeźdźców. Ze Szczecina do Berlina jakaś godzinka autostradą. Sid mało się tym interesował. Był obywatelem świata. Część życia spędził w Kalifornii, a część właśnie zaczynał spędzać w Poznaniu. Chłonął mieszczańską atmosferę, która była dla niego zjawiskiem nowym i dość kiszonym. Kiszonym jak ogórki. Sid nie lubił kiszonych ogórków. Lubił coś innego.

Teraz patrzał przez okno na pominik tajemniczego cyklisty. Dziada z rowerem właściwie. Musiał to być ktoś znaczny, skoro go postawiali u wylotu popularnego deptaku. Może to był ktoś w rodzaju pierwszego handlarza? Poznań słynie przecież z żyłki do interesów, a na końcu deptaku jest stadion, przy którym Sid widział morze straganów. Widocznie, facet tym rowerem woził towar na stragan i wszyscy go tak zapamiętali, że aż pomnik postawili. Tradycja zna takie przypadki. Sid starał się szanować tradycję, choć jej nie rozumiał. Szurkowski? – rzucił w stronę poznańskiego kolegi, wskazując na pomnik.

Gustaffson nie znosił, jak się przyjezdni naigrywali z symboli poznańskich. Sam miał do nich stosunek ambiwalentny. Doceniał rolę tradycji oraz siłę folkloru miejskiego, nie miał jednak entuzjazmu do gwary poznańskiej oraz specyficznego sposobu bycia mieszkańców miasta, w którym pruski dryl mieszał się ze swojską dulszczyzną. Gustaffson aż się wzdrygnął, bo nie cierpiał słowa „dulszczyzna“ jeszcze bardziej niż gwary pozańskiej. Nie, Olaf Ludwig – odpowiedział równie złośliwie co się Sid zapytał.

Gustaffson się wychował na NRD-owskich kolarzach. Zawsze wygrywali z naszymi Wronami, Jaskułami, Piątkami i Mierzejewskimi. Jeden Halupczok ich pokonywał, ale jakim kosztem. Polskie kolarstwo się nie umywało. Sid nie wiedział natomiast nic o kolarstwie poza Szurkowskim. Ani o polskim, ani tym bardziej o NRD-owskim. Był z innego świata. W ogóle udawał, że Niemców nie ma. Pomnik Starego Marycha zniknął im z pola widzenia. Sid nie dowiedział się, że to bohater popularnego słuchiwska poznańskiego pisarza Juliusza Kubla pod znamiennym tytułem „Blubry Starego Marycha“. Nigdy się już tego nie dowie. Nie będzie cierpiał z tego powodu. Będzie cierpiał jak już, to z powodu starej marychy. Juliusz Kubel pozostanie dla niego postacią anonimową, a pomnik na zawsze utkwi w pamięci jako monument upamiętniający Pierwszego Handlarza Szurkowskiego. I dobrze mu tak – pomyślał z satysfakcją wszechwiedzący Gustaffson.

Wysiadamy – rozkazał spontanicznie apodyktyczny Gustaffson – jesteśmy na 27 grudnia. A co się stało 27 grudnia? – dopytywał nieświadomy niczego Sid. Wygraliśmy powstanie, powiedział z dumą świadomy wszystkiego Gustaffson. Przecież powstań się nie wygrywa – odparł nie bez racji Sid. Tutaj jest inaczej – uświadomił koledze wyjątkowość swojego rodzinnego miasta Gustaffson – porażki za dużo kosztują. Ale przecież powstania zostały wymyślone po to, żeby je przegrywać – nie dawał za wygraną Sid – chodzi o idealizm, nie rozumiecie? Nie – potwierdzil Gustaffson. Nie jesteście prawdziwymi Polakami – podsumował Sid o korzeniach żydowskich. Nie – potwierdził Gustaffson o korzeniach niemieckich – prawdziwi Polacy mieszkają tylko na Zaolziu i w Kanadzie.

Kto to był Ratajczak? – zapytał Sid idąc ulicą Ratajczaka. Bohater, pierwsza ofiara wygranego powstania – cierpliwie tłumaczył Gustaffson, który miał już jednak trochę dosyć dociekliwości kolegi. A po której stronie był twój dziadek? – dopytywał Sid przyjaciela. To nie jest śmieszne – zakończył rozmowę Gustaffson, przeklinając dzień, w którym jego przodkowie przybyli z Bambergu do Poznania. Po kim ja mam tę dociekliwość? – zapytywał natomiast, nie bez autoantysemickiej nuty, siebie Sid Cepellin, bo zorientował się, że dotknął czułej struny w delikatnej kompozycji psychicznej Gustaffsona. Odpuścił sobie zatem pytania o Świętego Marcina i jego związki z Poznaniem. Na dziś wystarczy, powiedział do siebie w duchu.

Smetana stała i czekała na przyjaciół zmierzających do niej z całego miasta. Właściwie nie stała, a raczej wyrastała jak huba z przyziemia ogromnej kamienicy. Ukryta była w bramie, a dodatkowo schodziło się do niej po kilku schodkach w dół. Dojść do niej można było albo od Świętego Marcina, albo od Ratajczaka. Obie drogi były krótkie, ale za to dziwne. Od Ratajczaka się szło dookoła szlabanu, od Marcina natomiast tunelem pozbawionym światełka na końcu. Zamiast światełka była pomalowana w żółto-czarne pasy przybudówa sutereny, czyli Smetana.

Założenie było takie, że to czeski pub. Na czym polegała jego czeskość najstarsi czescy marynarze nie pamiętają. Fakt faktem, że często tam obsługiwała Milenka, która trochę czeskiej krwi miała. Przetoczyli jej w ramach ratowania życia, gdy towarzysząc dobrze się zapowiadającym poznańskim artystom broniła w Pradze honoru polskiej sztuki, spożywając alkohol nienajwyższej jakości. Musiano ją ratować tranfuzją, bo robiła głowę o kamienie w Wełtawie. Krew czeska zastąpiła w niej polską. Odtąd Milenka była dużo bardziej wyluzowana. Nie wdawała się w bójki o honor. Zdecydowanie postawiła na humor. Teraz też była w dobrym humorze, a co najważniejsze w Smetanie.

Cześć, powiedzieli Sid i Gustaffson, dwa piwa. Akurat ci chłopcy nie należeli do ulubionych klientów Milenki. Obaj byli mrukliwi i oszukiwali na herebacie. Bo herbata w Smetanie była za „co łaska“. Dostawało się pyszną herbatkę z cytrynką, a nie płaciło się nic, tylko wrzucało ile się chciało do puszki. Takiej podobnej jak Wielka Orkiestra Owsiaka miała. Sid i Gustaffson często pili herbatę, a wrzucali same miedziaki. Gustaffsona jeszcze można było zrozumieć, bo był z Poznania, ale Sid powinien mieć większy gest. Milenka nie wiedziała o jego prawdziwym pochodzeniu. Chcąc nie chcąc dała im piwa, za które uczciwie zapłacili. Usiedli w kącie i zaczęli grać w szachy. Sid wygrywał raz za razem. Czasami w trzech ruchach, przeważnie w dwóch. Sid był nie tylko mistrzem śniadań, ale także wicemistrzem szachów.

CDN.

0 komentarze:

Prześlij komentarz