Robson nie intersował się higieną. Interesował się piłką nożną. Na studia w Instytucie Fantasmagorii ściągnęła go tylko i wyłącznie chęć zgłębienia jednego przedmiotu. Nie krył tego ani przed kolegami, ani przed wykładowcami. Od razu na pierwszych zajęciach zapoznawczych na pytanie pani Prawie Profesor Korybut-Deseń, którą to z pięknych dziedzin filozofii chcielibyście poznać najbardziej, najgłębiej i w ogóle, odpowiedział, że jego tylko i wyjątkowo wyłącznie interesuje teoria poznania piłki nożnej. Cała reszta zagadnień obchodziła go jeszcze mniej niż higiena. Miał priorytety i tyle.
Pani Prawie Profesor Korybut-Deseń była opiekunką roku, na którym studiowali zarówno Robson, jak i Sid Cepellin, jak i Gustaffson, jak i Automatykiewicz, jak i Sztuk Puk, jak i Ferdynand Wspaniały, jak i inni ze szczególnym uwzględnieniem Władysława Łokietka. Bardzo długo żaden z tych wybitnych umysłów nie zdawał sobie sprawy z faktu, że ich rok ma jakiegoś opiekuna i to, żeby było ciekawiej, w postaci kobiety. Kiedy odbywały się zajęcia zapoznawcze, większość z nich była już myślami na innych kierunkach studiów albo nawet w innych czastoprzestrzeniach. Robson był jednym z tych, który z żelazną konsekwencją realizował plan studiów. To znaczy nie uczył się niczego, co nie nawiązywało do teorii poznania piłki nożnej i nie słuchał nikogo, kto nie wnosił czegoś ciekawego do przedmiotu.
Niektórzy koledzy gardzili Robsonem, uważając, że jest niepoważny i urąga wizerunkowi studenta szacownego instytutu. Nie po to, twierdzili, zdawaliśmy egzaminy na studia, żeby siedzieć w ławce z kimś takim. Nie po to! A po co? Pytał wtedy filozoficznie Robson i zatykało krzykaczy, bo nie mogli powiedzieć prawdy, a kłamstwo trzeba by było najpierw wymyśleć, a z myśleniem ta grupa kolegów miała spore kłopoty. Robson wiedział, że nie dorastają mu do pięt. Patrzał na nich z wyższością niepozbawioną jednak wrodzonej czułości. Zdawał sobie sprawę, że te biedne dupki nie wiedzą nawet dlaczego Niemcy pokonali legendarną węgierską złotą jedenastkę w 1954 roku, ani tym bardziej na czym polega pułapka ofsajdowa. To była dla nich wiedza tajemna, a Robson nie zamierzał im tych absolutnych podstaw teorii poznania piłki nożnej tłumaczyć. Na egzaminie mieli przejebane.
Robson cieszył się za to sympatią ścisłej elity intelektualnej wiekopomnego rocznika potencjalnych fantasmagorystów. Nie musiał o nią nawet specjalnie zabiegać. Po prostu pasował do nich. Może byli, chłopaki, trochę bardziej umyci i jakoś tak łatwiej nawiązywali bliskie kontakty z dziewczętami, które to jakoś nie mogły się przełamać w kwestii zapuszczonego Robsona, ale poza tym byli tacy sami jak on. Byli duchowymi olbrzymami. Mahatmami i gurami. Byli koneserami win owocowych oraz świtów spadających nagle na głowę w najmniej sprzyjających okolicznościach. Niektórzy z nich mieli również sporą wiedzę piłkarską. Na przykład Gustaffson.
Robson miał w Gustaffsonie najbliższego sprzymieżeńca. Zawsze mógł liczyć na jego wsparcie w kwestiach zasadniczych. Kwestie zasadnicze były dwie. Jedna to kiedy, z kim i gdzie gramy w piłkę. Druga to kiedy, z kim i za co pijemy winko. Tertium non datur. Absolutnym przypadkiem Robson i Gustaffson mieszkali w tej samej kamienicy. Z tymże, magicznym zrządzeniem losu, Gustaffson mieszkał na ulicy Fabrycznej, a Robson na tej drugiej, której nazwy nikt nie był w stanie zapamiętać. Może to była Prądzyńskiego.
Jedyne co różniło dwóch wytrawnych teoretyków piłki nożnej, to podejście do taktyki. Gustaffson miał podejście, wbrew niemieckiemu pochodzeniu, dość romantyczne. Uwielbiał ataki oskrzydlające i brawurowe szarże. Uważał, że albo się wygrywa wysoko, albo się przegrywa wysoko, albo się wysoko remisuje. Wszystko jedno, jak się mecz skończy, musi być wysoko. Tak, Gustaffson był megalomanem. Wierzący koledzy twierdzili, że miał kompleks Boga. Robson bynajmniej. Robson twardo stąpał po ziemii. Uważał, że przede wszystkim trzeba zadbać o tyły. Jak nic nie stracimy, to na pewno coś strzelimy, cytował klasyków włoskiego cattenaccio. Robson pomimo brytyjsko brzmiącego nazwiska, był typowym włoskim cwaniakiem. Twarda obrona, gra na pograniczu faul, wyszukane inwektywy oraz koronkowe akcje.
Różnili się nie tylko w zagadnieniach praktycznych związanych z taktyką i strategią, ale także w kwestiach teoretycznych. Robson uważał, że świat jest metaforą piłki nożnej, stając tym samym na stanowisku futbolomenologii epistemicznej, podczas gdy Gustaffson twardo obstawał przy ujęciu realistycznym, plasując swoje poglądy między chaotyczną teorią gier a teorią chaosu detrminowanego. W skrócie można powiedzieć, że uznawał piłkę nożną za najlepszą metaforę świata, aczkolwiek nie był do końca pewien czym świat jest. Jenocześnie podnosił ważkość takich zagadnień jak cena wina w stosunku do wyników jedenastki narodowej i/lub klubowej oraz wpływ wczesnych dzieł Norwida na rozwój piłki nożnej we wschodniej Galicji. Śmiał nawet twierdzić, że jeśli komuś uda się rozwiązać węzeł gordyjski sprzeczności interpretacyjnych w tych dwóch kwestiach, to może stać się ojcem przewrotu w fantasmagorii porównywalnego ze słynną przewrotką Marco Van Bastena w meczu z Den Bosch.
Aby w ogóle mogła powstać jedna zwarta drużyna piłkarska na halowe rozgrywki Robson i Gustaffson musieli się podzielić wpływami. Sprawę ułatwiał fakt, że obaj mieli kiepską kondycję. Gustaffson wrodzoną, Robson nabytą. Grali więc każdy po pół meczu, zmieniając się w trakcie co kilka minut. Cały mecz, choć trwał raptem 30 minut, był dla każdego z nich zbyt dużym wyzwaniem. Kiedy na boisku od początku był Robson, drużyna ustawiała się defensywnie, czyhając na okazję do kontry. Jeśli Robson czuł się na tyle dobrze, aby widzieć bramkę, taktyka dawała niewielkie szanse powodzenia. Jeśli czuł się źle, drużyna przegrywała minimalnie. Z kolei, gdy na boisku rządził Gustaffson cała drużyna rzucała się do szaleńczych ataków, pozostawiając na obronie jedynie zgrany team rosłych stoperów wypożyczonych ze skandynawistyki. Jeśli Gustaffson był w fazie manii oraz czuł się na tyle dobrze, żeby przebiec bez zadyszki dwie długości boiska, jego ofensywna taktyka dawała minimalne szanse powodzenia. Jeśli był w fazie depresji i/lub czuł się na tyle źle, że łapał zadyszkę już na pod własną bramką, to drużyna przegrywała wyraźnie.
Reszta drużyny zdecydowanie wolała taktykę Robsona. Była bardziej wyważona i nie wymagała od nich niemożliwego, czyli biegania przez cały mecz w te i wewte. Chłopcy ze wszystkich elementów gry najbardziej lubili stałe fragmenty. Fajkę w przerwie i piwo po meczu. Robson został kapitanem, bo najlepiej wykonywał właśnie te stałe fragmenty. Gwiazdą drużyny był Mano, który co prawda nie studiował fantasmagorii, ale cieszył się wyjątkowym poważaniem ze względu na umiejętność pędzenia wina oraz niebywałe zdolności integracyjne. Mano był prawdziwym fighterem. Nie było meczu, żeby reszta drużyny nie musiała go z całych sił odciągać od przeciwnika, który mu podpadł. Szczególnie cięty był na teologów, bo sam był zadeklarowanym wrogiem drużyn wyznaniowych. Nie powinno się mieszać Boga do piłki nożnej, twierdził stanowczo. Robson i Gustaffson jako wytrawni teoretycy nie mogli się z nim zgodzić. Obecność Boga w piłce była tak samo ważna jak obecność cheerleaderek. Często decydowała o wyniku, czego dowodem okazałe zwycięstwo teologów nad drużyną Robsona.
Mano studiował socjopatię i wierzył tylko w to, co widział. Przegraliśmy, bo ich było więcej, a nie dlatego, że po ich stronie był Bóg. Faktycznie, teologowie, którzy grali pod wszystko mówiącą nazwą Kremówka Wadowice, mieli bardzo długą ławkę rezerwowych. Właściwie mogli wystawić trzy drużyny, podczas gdy drużyna Robsona była bardzo nieliczna, bo każdy z zawodników chciał jak najdłużej przebywać na boisku bez względu na to, jaki jego gra przynosiła efekt. I tak, nigdy nie było więcej niż dwóch rezerwowych, co przy nikczemnej kondycji trzonu zespołu odbijało się na wynikach. Mecze bowiem, jak na złość były rozgrywane tylko w niedzielę i to po kilka z rzędu. Trzeba było mieć zatem żelazne płuca, żeby wytrzymać wszystko od początku do końca i jeszcze coś wygrać. W drużynie Robsona nikt nie miał żelaznych płuc. W ogóle, mało kto miał jeszcze jakiekolwiek płuca.
Drużyna powstała spontanicznie na fali entuzjazmu, gdy na pierwszych zajęciach zapoznawczych, Robson zorientował się, że nie jest sam i może liczyć na wsparcie Gustaffsona. Wspólnie ogłosili rekrutację, która mimo początkowych sukcesów, szła jak po grudzie. Z fantasmagorii udało się wyciągnąć tylko i aż bramkarza. Tylko, bo liczyli na więcej. Aż, bo bramkarz był najtrudniejszy. Kto by chciał wpuszczać te wszystkie gole, które na pewno stracą? Nie ma frajerów. A jednak, okazało się, że ze wszech miar utalentowany kolega Falset, oprócz tego, że jest wirtuozem gitary basowej, to jeszcze renomowanym bramkarzem drużyny piłki ręcznej z zachodniopomorskich Gryfic. Nie tylko, że się zgodził stanąć w bramce drużyny, to nawet sam się dobrowolnie zgłosił. Mając bramkarza, Robson i Gustaffson zaczęli prowadzić bardzo ofensywną politykę transferową. I tak, z socjopatii pozyskali bramkostrzelnego Mano oraz solidnego Pedro. Ze skandynawistyki dwóch postawnych, choć mało zwrotnych stoperów Thorgala i Nyrupa. A z kulturystyki bardzo kreatywne skrzydłowe Hermę i Afrodytę.
Co z tego, że są kobietami? Trzeba przełamywać schematy, twierdził postępowy Gustaffson. Jak ty to sobie w ogóle wyobrażasz, przecież one nie wytrzymają fizycznie, próbował przemawiać Gustaffsonowi do rozumu, ortodoksyjny Robson. Zobacz tylko jak ślicznie wyglądają w getrach naciągniętych aż do kolan. Jak smukłe łanie – nie słuchał kolegi Gustaffson. Dobra, skrzydła to Twoja sprawa, grunt, że mamy solidnych obrońców. Jak się będziemy nazywać? Zapytał zrezygnowany Rosbson. Nie wiem, może Franz Schopenhauer? Zapropnował Gustaffson. To jest jak imię, nie jak nazwa, znowu zaoponował Robson. Nie bądź taki sztywny, przecież nie będziemy ślęczeć godzinami nad jakąś głupią nazwą, chodź na winko. Gustaffson zawsze wiedział jakich argumentów użyć i dlatego miał równie dobre relacje z ludźmi o bardzo różnych poglądach. Idąc po flaszkę, zaprosił do stołu Ferdynanda Wspaniałego oraz zupełnie nie wiedzieć czemu – Nygusa, którego nie cierpiał, acz szanował za absolutny brak konsekwencji w działaniu.
Po zakupieniu wina pożeczkowego o wdzięcznej nazwie Szatan, poszli wszyscy czterej nad Jezioro Rusałka, rozprawiając o niepisanych naukach Platona, niezawodnej taktyce gry w Heroe’s Might’n’Magic oraz oczywiście o dupach, co w sumie interesowało wszystkich najbardziej, poza może Gustaffsonem, który był lekko opóźniony pod tym względem i póki co przejawiał dość umiarkowane zainteresowanie dupami. Zdecydowanie bardziej zajmowała go rekonstrukcja wszechświata.
CDN.

Przyszłam tu dzięki nameste. Faktycznie, było warto. Podoba się.
OdpowiedzUsuń na zawsze