Ranek wildecki przy Rynku Wildeckim miał swój niepowtarzalny urok. Szczególnie, jeśli przypadał w okolicach godziny 15. Takie poranki wzruszały Sida bardzo zwłaszcza w listopadzie. Ale teraz był jednak październik, więc wzruszenie Sida było zupełnie nie na miejscu. Skąd jednak miał biedny zabiegany Sid wiedzieć, że jest dopiero październik? Przecież miał o wiele ważniejsze rzeczy na głowie. Dopiero co uporał się ze śniadaniem i niespodziewaną wizytą Ciotki Mroczka, a już musiał stać w kolejce po czerwone setki Marlboro, które można było kupić tylko w jednym, zaufanym sklepiku u zbiegu Dolnej Wildy i Wierzbięcic.
Co za pojebane nazwy!? Pomyślał sobie Sid, wzruszając się jednocześnie widokiem świtającego ranka wildeckiego. Kiedyś zapytam Gustaffsona, skąd to się wzięło. Gustaffson wie wszystko o wszystkim, a dodatkowo pochodzi z Poznania. Jego drzewo genealogiczne sięga zamierzchłych czasów kolonizacji bamberskiej. Wtedy praojcowie Gustaffsona opuścili przeludnioną Bawarię, by osiąść we wsiach nadwarciańskich naokoło Poznania. Gustaffson nie mógł tego swoim przodkom wybaczyć. Z własnej woli bamberskie łamagi ustawiły się po przegranej stronie frontu na trzysta lat, tłumaczył Sidowi, kiedy się zapoznawali w zadymionej Smetanie.
Ech, co ty wiesz o złej stronie frontu? Pomyślał filozoficznie Sid i wzdrygnął się z powodu dreszczu, który go przeszedł. Zawsze przechodził dreszcz Sida, gdy myślał o pochodzeniu. Nie to, żeby się wstydził, ale miał wyobraźnię. Wyobraźnia unaoczniała mu bardzo wyraźnie, co by musiał przechodzić, gdyby urodził się kilka dziesięcioleci wcześniej. Na myśl o rytualnym odcinaniu napletka, robiło się Sidowi bardzo słabo. Wyobrażał sobie świetnie przeszywający ból i powodowany nim wrzask. Tryskającą krew wstrząsała jego trzewiami. Tak, Sid był z pochodzenia Żydem.
Czerwone setki Marlboro, poproszę! – powiedział Sid najwyraźniej jak umiał. Umiał jednak mało wyraźnie. Mówienie po polsku sprawiało mu wiele trudności. I to nawet nie dlatego, że Sid spędził sporą część dzieciństwa w Ameryce, gdzie raczej mówią słabo po polsku albo zgoła o zgrozo w ogóle. Nie, nie, nie dlatego. Dużą trudność sprawiało mu powtarzenie ciągle tych samych zdań. Nawet jego najbliżsi przyjaciele pytali go często. Co mówiłeś? Możesz powtórzyć? Sid nie rozumiał, dlaczego mu to robią. Przecież mówił po polsku.
Musis poprasowac nad dychkcją – powtarzał mu wielokrotnie przyjaciel z lat szkolnych, a obecnie współlokator Mroczek, który nie był jednak zbyt przekonujący, bo sam mówił jakby miał kluski w megafonie, a przecież chciał i musiał zostać prawnikiem, co wymagało nienagannej wymowy, a nawet swego rodzaju kwiecistości. Spochojna głofa, zosrane radsą prafnym – mówił zawsze niezniechęcony Mroczek, słysząc głosy nieżyczliwych kolegów, co jednak nie przeszkadzało mu wytrwale uczęszczać do logopedy w celu poprawienia jakości mowy. Sid chromolił i nie uczęszczał.
Przepraszam, co? Zapytał sprzedawca w trafice u zbiegu Dolnej Wildy i Wierzbięcic. To co zawsze. Odparł przez zaciśnięte zęby wkurwiony Sid. Sid jak się wkurwił, to potrafił wyjaśnić jednym spojrzeniem o co mu chodzi. Przypominający Harveya Keitela sprzedawca natychmiast położył na ladzie rakietę czerwonych setek Marlboro. Jasne, jasne, już się robi. Gorliwie zapewaniał. Gówno się robi, pomyślał Sid i zapłacił. Ogarnęło go nagłe wzruszenie.
Są bowiem takie chwile, kiedy listopadowy ranek wildecki na Rynku Wildeckim wygląda naprawdę pięknie. Szczególnie o 15 i szczególnie w październiku. Między straganami uwijał się tłum przekupek i chłopów małorolnych oferujących płody rolne oraz chemię gospodarczą przywiezioną z Niemiec śladem Bambrów Bawarskich w tym Gustaffsona. Z Kościoła wybiegają zgodnie księża Brzęcławscy, aby zjeść jeszcze zupę, zanim starszy z nich uda się na uczelnię celem wykładania o zbawieniu lub jego braku w świetle doktryny i wbrew niej. A malowniczym zakolem bruku sunie wartki strumień samochodów i tramwajów, które gładko z Wierzbięcic wpływają w 28 czerwca, gdzie mieszają się z dopływami Dolnej Wildy, Przemysłowej, Jerzego i Czajczej.
Jak to się wszystko ładnie krząta, pomyślał ze wzruszeniem Sid Cepellin zapalając kolejnego papierosa. Zaciągnął się nim głęboko z pełną satysfakcją. Piękny poranek, skonstatował i poszedł złapać tramwaj na uczelnię. Pasowała mu najbardziej dwójka. Jechała co prawda i jechała, ale za to dojeżdżała bezpośrednio na Szamarzewo, gdzie mieściła się alma mater Sida – Akademia Aspołeczna im. Jozefa Pasztu II, w skrócie AA JP II. Kim był Jozef Pasztu nie wiedział nawet Gustaffson, który przecież wiedział wszystko o wszystkim. Ponad wszelką wątpliwość ustalono kiedyś na konsylium w Smetanie, że Jozef Pasztu był jakimś Węgrem. Ta odpowiedź zadowoliła niemal wszystkich i niemal zupełnie, jak się miało później okazać.
Teraz jednak ważne było, że dwójka podjechała, a z niej wysiadł wszechwiedzący Gustaffson z całym swoim bamberskim entuzjazmem. Witaj Sid, miło cię widzieć w tak dobrej formie od rana. Ucieszył się Gustaffson szczerze, bo zawsze się cieszył, gdy widział Sida niezależnie od tego, w jakiej on był formie. Cześć! Odpowiedział mu równie radośnie i nadzwyczaj wyraźnie Sid, którego oczy rozświetliły się niekłamaną nadzieją na szalenie ciekawy bieg wypadków. Nie jedziemy na Szamarzewo – powiedział zgodnie z przewidywaniami Sida, Gustaffson. OK – nie stawiał niespodziewanego oporu Sid – co robimy?
Pojedziemy do Smetany – zaczął Gustaffson, co ucieszyło Sida tak, że prawie zaklaskał uszami. Władzio Łokietek ma nam coś ważnego do powiedzenia. Musimy działać szybko i sprawnie, dokończył Gustaffson, czym nie na żarty przeraził Sida, co natychmiast wyświetliło się w jego oczach jako panika. Spokojnie, najpierw wszystko dokładnie omówimy przy piwku, powiedział Gustaffson, aby uspokoić przyjaciela, potem wpadnie Sztuk i jakoś poleci. O, jest dziewiątka. Chwycił Sida za ramię i wciągnął do tramwaju. Pojechali ku miastu. Sid był w szoku. Mieszkał w Poznaniu już niemal miesiąc, ale nadal nie mógł się przyzwyczaić do sposobu działania miejscowych kolegów. Byli jacyś tacy zasadniczy, precyzyjni i zawsze gotowi trzeźwo ocenić sytuację. Sid podejrzewał, że biorą coś, czym nie dzielą się z nim. Miał zamiar poważnie rozmówić się ze Sztukiem w tej sprawie.
CDN

nice!!!
OdpowiedzUsuń na zawsze