Sztuk-Kennedy zignorował pytanie Jackie. Już dawno jej nie kochał. Właściwie kochał ją tylko zanim ją zdobył. Jak każdą kobietę. Normalka. Sztuk-Kennedy to był pies na baby. Lubił podupczyć jak mało kto. Teraz głowę miał zajętą żoną szofera. Arizońską cielęcinką. Ach jakby ją potarmosił. Szkoda, że musi być tym prezydentem. Jeździć limuzynami, machać ręką, wysyłać ludzi na Księżyc i do Wietnamu. Jak ja nienawidzę rządzić tym zapyziałym mocarstwem, mówił do siebie czasem. Jakby to fajnie było by tak się dupczyć całymi dniami, pływać jachtami i pić whiskey z colą. Dobrze by było by tak. Oj tak.
Tak sobie myślał Sztuk-Kennedy, gdy limuzyna z odsłoniętym dachem sunęła przez Dallas ku przeznaczeniu. Sztuk wiedział co się stanie, ale Kennedy nie wiedział. Sztuk rozglądał się nerwowo, ale Kennedy machał jak głupi i wychylał się beztrosko. Sztuk próbował jakoś Kennedy’ego ostrzec, jakoś tak zamknąć w sobie, ukryć w fotelu, ale prezydent wiedział lepiej. Popisywał się przed tłumami jak dzieciak. Machał i śmiał się radośnie. Wiedział, że od jego zachowania zależy, czy babeczki będą na niego leciały tak jak dotychczas. Uwielbiały jego młodzieńczy uśmiech. Mówiły mu to. Zdejmowały majtki nie dlatego, że rządził tym cały syfem, ale dlatego że robiły mu się takie dołeczki w policzkach.
Sztuk już nie mógł słuchać myśli Kennedy’ego. Co za palant, pomyślał Sztuk, spoglądąjąc na odsłonięte kolana Jackie. Dotknę sobie, jego ręką, co mi szkodzi. Położył rękę Kennedy’ego na kolanie jego żony. Żona ucieszyła się nagłym objawem czułości, którego się nie spodziewała. Niech ma, pomyślał Sztuk. Kennedy zaczął tracić pewność siebie. Czuł jakby ktoś nim kierował do środka. Mówił mu co ma robić. Kładł jego rękę na kolanie żony, która aktualnie go nie interesowała bardziej niż zeszłoroczna Zatoka Świń. A jeszcze dodatkowo próbował go zamknąć w sobie i wbić w wygodny fotel limuzyny. To pewnie przemęczenie, pomyślał John, wydupczę wieczorem recepcjonistkę i mi przejdzie. Chciałbym już być w Waszyngotonie. Tam jest mój Arizona Dream. Mniam, mniam.
Pokiwam jeszcze tym z lewej, pomyślał prezydent Kennedy i powtórnie wychylił się z limuzyny. Przyczajony za pobliskim wzgórzem Władek Łokietek tylko na to czekał. Pomimo rozpaczliwych zawodzeń Bogusława Wołoszańskiego, nacisnął spust karabinu. Pif paf. Trafił. Pif Paf. Trafił. Done, powiedział do siebie robiąc szwajcarskim scyzorykiem nacięcie na lufie. Bogusław Wołoszański załamał ręcę i poszedł montować „Sensacje XX wieku“. Prezydent Kennedy stracił głowę i umarł. Jackie wpadła w histerię. Świat zamarł. Doktor Wrzawanowicz skończył międlić Fichtego. Sztuk zanucił swoją ulubioną piosenkę Boba Dylana, która była wyjątkowo adekwatna do sytuacji.
Puk! Puk! Puk! Pukając do nieba bram. Puk! Puk! Puk! Pukając do nieba bram. Nucił ciągle sobie Sztuk idąc na tramwaj, lubił bowiem, jak nie wiem co, te wszystkie hipisowskie kolędy. Żal mu też było Johna, zdążył się z nim zżyć. Czy mogłem mu jakoś pomóc, pytał sam siebie, czy mogłem zrobić więcej? Zadręczał się tymi pytaniami tylko z czystej przyzwoitości. Nie miał złudzeń, znał zasady. Od biedy mógł się przemieszczać w czasie, ale nie wolno mu było pod żadnym pozorem nic zmieniać. Narobi się burdel nie do odkręcenia, mówił mu zawsze Autoamtykiewicz, który był wybitnym znawcą teorii chaosu oraz porządku w tricepsach. Gustaffson też był zdania, że nie powinni się mieszać w sprawy zwykłych ludzi. Oni to jakoś sobie poukładali i musimy to szanować, powtarzał zawsze, pewnych rzeczy nie możemy przeginać.
Los Kennedy’ego był przesądzony. Ani Sztuk, ani nawet Władek Łokietek nie mogli nic zrobić. Daremne żale Wołoszańskiego, nie oni przecież ustalali zasady. Oni tylko wykonywali rozkazy. Porządek musi być. Historycy mogą tego nie rozumieć. Ich interesują tylko fakty i gdybania. My, fantasmagoryści musimy brać odpowiedzialność za bieg wypadków. Przecież co by to było, gdyby taki Newton wyszedł przed szereg i od razu zapodał Ogólną Teorię Względości? Skończyłby u czubków jak ten nieszczęśnik Nietzsche. Nie wolno, pod żadnym pozorem, się wychylać. Puk! Puk! Pukając do nieba bram. Sztuk nie przestawał nucić pomimo tych wszystkich naciąganych usprawiedliwień, co je na poczekaniu wymyślał. Jednak wiedział, że zawalił sprawę. Mógł skręcić blanta wcześniej. Teraz poczuł się jakiś nieswój.
Tramwajów na Ogrodach stało od cholery. Kolorowe i wesołe jak siuśki Sztuka. Sztuk wybrał dwójkę, żeby się dostać jak najszybciej do Collegium Alchemicum na Grunwaldzkiej. Wezmę dzisiaj więcej towaru, bo a nuż spotkam Sida albo Falseta albo kogokolwiek innego, kto się będzie chciał przyłączyć. Jak pomyślał tak zrobił. Nie wdając się w zbędne ceregiele, wziął od Kolegów Sztuka cały słoiczek rożowego. Różowe rozjaśni ci we łbie, bo jakiś, widzę, nieswój jesteś – powiedział mu jeden z Kolegów Sztuka. Kennedy nie żyje – powiedział smutno Sztuk i poszedł, nie czekając na odpowiedź. I tak by się nie doczekał, bo Kolegi Sztuka tylko wzruszyły ramionami i wróciły do swoich pipet.
Dobrze, że są ludzie, którzy potrafią robić jeszcze pożyteczne rzeczy, cieszył się Sztuk, idąc w kierunku Smetany, gdzie zamierzał spotkać kogoś, kto pomoże mu dojść do siebie po przeżyciach na ćwiczeniach z fantasmagorii niemieckiej. Ten Fichte mnie wykończy, mówił do siebie Sztuk. Co za zakuta, pruska pała. Ja. Nie ja. Ja. Nie ja. Jaja nie ja. Nie wiem, kto mu, kurwa, dał dyplom. Sztuk powoli zaczynał się wściekać. Na szczęście na horyzoncie zajaśniała znana mu sylwetka. Nie dość, że znajoma, to jeszcze kobieca. Zdecydowanym krokiem młodej, ambitnej, świadomej swej wartości kobiety szła ku niemu Afrodyzja.
Szła pięknie na wysokich obcasach i długich nogach, kolebiąc się na boki zmysłowo. Włosy jej powiewały na wietrze, a piersi spięte ciasnym stanikiem podskakiwały nieznacznie na nierównościach. Całe niemałe misiowate ciało Sztuka przeszedł dreszcz uwielbienia. Oto piękna dziewczyna moja zbliża się ku mnie absolutnym przypadkiem. Zapewne idzie na uczelnię, aby grzecznie uczyć się pożytecznej wiedzy, jak się postaram, to odwiodę ją od tego. Mam przecież odpowiednie argumenty jak również determinację znaczną. Pewny siebie Sztuk postanowił nie owijać w bawełnę.
Hej Afro – powiedział zdrobniale do Afrodyzji, czym ją wstępnie acz niechcący, wpienił – cho do Smetany, mam fajne landryny. Nie owijasz w bawełnę, kochanie – zorientowała się Afrodyzja, gdyż to bystra baba była – ale chyba wiesz co myślę o tych twoich landrynach. Afrodyzja musiała być mocno wkuta, bo mówiła do Sztuka „kochanie“ tylko i wyłącznie w chwilach skrajnego zdenerwowania, którego nawet nie starała się ukryć. Masz okres? – zapytał Sztuk, który nie lubił specjalnie drążyć nieprzyjemnych tematów, a lubił mieć jasność, z kim można a z kim nie można się dzisiaj zabawić. Spierdalaj – powiedziała Afrodyzja i poszła z tym całym swoim tyłkiem, nogami i cyckami uczyć się jakiejś nikomu niepotrzebnej wiedzy.
Sztuk pogapił się za dziewczyną chwilę, bo lubił na nią patrzeć jak idzie wkurwiona. Jej ciało było wtedy takie jędrne i naprężone. Mniam, mniam – zamlaskał Sztuk, po czym wzruszył ramionami, odwrócił się i poszedł ku Smetanie nucąc swój ulubiony szlagier Boba Dylana. Puk! Puk! Puk! Pukając do nieba bram.
CDN
To jest blog literacki raczej. Nie należy z niego wyciągać pochopnych wniosków. Za pisanie odpowiada Marcin Muth, za ilustracje Ania Matykiewicz-Luboch. Jeśli ktoś chce gdzieś dalej wykorzystać cokolwiek z tego bloga, to prosimy pamiętać o prawach autorskich. Szczególnie polecamy powieść, która od roku na bieżąco się ukazuje.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Marcin oharyzm juz sie skończył, dawno temu, razem z kill them all! zrób coś z tym! Masz talent, ale idziesz na łatwiznę! Nie zadajesz pytań, tylko udzielasz odpowiedzi.
OdpowiedzUsuń na zawszeCholera, nikt mi nie mówił, że oharyzm się skończył. Nikt mi nawet nie powiedział, że się zaczął.
OdpowiedzUsuń na zawszeMogę tylko się odżegnać od oharyzmu na wszelki wypadek. Do głowy mi to nie przyszło. Nawiązań i cytatów jest w tym pisaniu owszem sporo, ale z różnych bajek.
Ktoś powie Ohara, a ktoś powie Stachura. Ktoś nic nie powie. Napiszę co tam mam do napisania i sam/sama zobaczysz, czy to oharyzm czy inny helleryzm.
Ja tam bym chciał, żeby ludzie się śmiali:)
E, sprawdziłem ten o'haryzm cały. Lipa. Gdyby tylko o takie pierdy chodziło, to bym nie pisał.
OdpowiedzUsuń na zawszea może to choleryzm ?
OdpowiedzUsuń na zawszeo'choleryzm.
OdpowiedzUsuń na zawszeMarcin, nie chodzi o to co piszesz, ale jak.
OdpowiedzUsuń na zawszeTa konwencja jest zamierzona. Może chybiona. Prawdopodopodobnie chybiona, bo z Nike nikt do mnie nie biegnie. Ale jak się coś wymyśliło tak, to się nie napisze inaczej. Komuś się spodoba, komuś się nie spodoba. Style to się będą w tej opowieści przeplatać, a o'haryzm to chyba jednak uproszczenie. Nie powiem, że krzywdzące, ale jednak bolesne. Dzięki jednak za merytoryczny komentarz. Może kiedyś dojrzeję do napisania czegoś, co Ci się spodoba.
OdpowiedzUsuń na zawsze