Szukaj w tym blogu

Ładowanie...

poniedziałek, styczeń 11, 2010

5. Osiedle Łokietka


Władek Łokietek jako jedyny ze studentów Instytutu Fantasmagorii miał własne osiedle. Na dalekiej naonczas północy Poznania tuż obok kombinatu rolniczego Naramowice stało dumnie Osiedle Władysława Łokietka. Można tam było łatwo dojechać autobusem 51 spod samego Dworca Głównego. Długo się co prawda jechało, ale bezpośrednio. Zaraz za osiedlem był kawałek lasu. Rezerwat Żurawiniec. W lesie Łokietek się ukrywał, podczas walk dzielnicowych, żeby po ryju czasem nie dostać. Bo Łokietek był królem i nie wypadało mu obrywać od byle kogo.

Łokietek rządził swoim osiedlem mądrze, ale sprawiedliwie. Wrodzona charyzma pomagała mu utrzymać w ryzach nawet najbardziej hardych pretendentów do tronu. Powoli rozszerzał swoje wpływy na inne dzielnice. Pomagał mu w tym wrodzony spryt i rozległa sieć kontaktów. Byli tylko dwaj przeciwnicy, z którymi nie dawał sobie rady. Niska samoocena oraz Osiedle Sarmacka. Pierdolone karki z Sarmackiej, mawiał w porywie goryczy do swego przyjaciela Gustaffsona, znowu podpalili kibel na przystanku. Co ja mam z nimi zrobić? Oni nawet nie przestrzegają zasad gramatyki.

Faktycznie Osiedle Sarmacka nazywało się bardzo niegramatycznie. Do tego składało się z kilkunastu osbnych ulic, z których każda nazywała się Sarmacka. Zarówno równoległe jak i prostopadłe. Bez wyjątku. Nikt o zdrowych zmysłach tam nie wchodził, ale jak już przypadkiem wszedł, to nie wracał zupełnie taki sam. Wracał zupełnie inny. Kompletnie zdezorientowany. Nawet autobus 51 omijał to osiedle szerokim łukiem. Izolacja była atutem, dzięki któremu mieszkańcy utrzymywali absolutną suwerenność i nie uznawali władzy zwierzchniej Łokietka. Łokietka to wkurwiało.

Teraz jednak miał inny babo placek. Zadzwonił do niego Książę i wydał bardzo enigmatyczne rozkazy. Z księciem nie było żartów, Władek wiedział o tym aż za dobrze. Pamiętał co się stało z ministrem Podkańskim, który sobie zażartował, że się chce spotkać z tym Czapskim, a ten Czapski nie dość, że przypadkiem nie żył, to jeszcze za życia był kolegą Księcia. Książę się tak wpienił, że uruchomił wszystkie swoje kontakty. Cały cywilizowany świat szydził z ministra Podkańskiego. Władek na zawsze zapamiętał, że z Księciem nie ma żartów.

Telefon zaskoczył go podczas porządkowania szafek kuchennych. Władek lubił czasem oddzielać ziarna od plew. Przyprawy od dipów. Dipy od fixów. Fixy od zup ekspresowych. Zupy eskpresowe od sosów. Dla świętego spokoju sprawdzał na wszystkich opakowniach daty przydatności. Większość była mocno przekroczona. Władek ratował życie domownikom i usuwał trujaki. I wtedy właśnie zadzwonił telefon.

-    Cholera – zaklął Władek i rzucił z niechęcią trzymane w ręku saszetki. Poszedł bez pośpiechu do telefonu – Halo! – rzucił zniechęconym głosem.
-    Alo, mówi Jerzy Giedroyc z Kultury, z kim mam przyjemność? – zabrzmiał głos w słuchawce na tyle jednak niewyraźnie, że wkurzony Łokietek nie zrozumiał ani słowa poza „kultury“.
-    Proszę mówić głośniej, bo nic nie słyszę! – wrzasnął Łokietek do słuchawki.
-    Alo, co Pan mówi, bo ja mam słaby słuch!? – zaszumiało słabo ale zdecydowanie w słuchawce. Łokietkowi opadły ręce. Spojrzał smutno za okno. Pomyślał, że chciałby teraz zbierać październikowe liście, a nie użerać się z jakimś dziadygą przez telefon.
-    Niech Pan powtórzy, o co chodzi – zawołał z całych sił Władek, nie licząc specjalnie, że coś tym wskóra.
-    Słabo Pana słyszę. Mówi Redaktor Giedroyc. Z Paryża. Chciałem się dowiedzieć co z Pańskim artykułem? – wydukał stary Książe. Łokietek był zaskoczony. Skąd on wie o moim artykule, przecież nikomu jeszcze o nim nie mówiłem. Może blefuje, a może ma kogoś w moim otoczeniu, domniemywał. Zagram na zwłokę, postanowił po krótkim namyśle.
-    Ojca nie ma – odparł spokojnym głosem, po czym szybko odłożył słuchawkę.

Łokietek wiedział, że kiedyś to musi nastąpić. Z premedytacją wykorzystał okres smuty po wyjeździe Grupińskiego do Warszawy i Krynickiego do Krakowa. Kiedyś to oni rządzili w Poznaniu oraz, co ważniejsze, na osiedlu. Nikt nie był na tyle zuchwały ani na tyle silny, aby stawić im skuteczny opór. Mieli układy z Księciem, więc nikt im nie fikał. Dopiero jak wyjechali, Łokietek mógł się zacząć rozpychać. Po wyprowadzce wydawnictwa a5 z osiedla, nikt się nie spodziewał, że powstanie tu cokolwiek innego niż market Łokieteks. Kiedy, Władek zaczął wydawać „Bibułę“ najpierw go lekceważono, a gdy urósł w siłę było już za późno. Bez interwencji z zewnątrz, nie można było się go pozbyć.

Nieżyczliwe mu środowiska jednak nie zasypywały gruszek w popiele, wiedział o tym. Dlatego tak zaniepokoił go telefon od Księcia. To Książę bowiem decydował, co można, a czego nie można na osiedlu. Mógł zmieść imperium Łokietka z powierzchni ziemi z palcem w dupie. Ci z Sarmackiej tylko na to czekali. Stary lis z Maisons-Laffitte już zaczął operację „Łokietek“, pomyślał Władek. Muszę szybko działać, dokończył myśl. Chwycił za telefon i wystukał numer Gustaffsona. Ten odebrał natychmiast, bo mu się nudziło.

-    Stary się dowiedział – rzucił rzeczowo Łokietek, licząc na inteligencję przyjaciela.
-    Michnik? – przeliczył się.
-    Nie, on to mi może! – zadufał się w sobie Łokietek
-    To kto? Miłosz? Brzezina? Herling? – zgadywał niezbyt bystro Gustaffson, bo dzień wcześniej był na spontanicznym otwarciu Świetlicy Ludowej Buena Viśta na pobliskiej Kosinie i niewiele, prawdę mówiąc, jarzył.
-    Żeby tam! Sam Perlaszez, proszę ciebie! – krzyczał zdenerwowany ociężałością najbliższego współpracownika Łokietek, nie zapominając jednak o zaszyfrowaniu nazwiska Księcia. Tak na wszelki wypadek. Wiadomo, jak łatwo podsłuchiwać stacjonarne telefony.
-    Cholera – zrozumiał powagę sytuacji Gustaffson
-    Przede wszystkim wszystko zdementuj jak najszybciej. Wydamy numer specjalny. I ani pary z gęby o artykule – wydawał rzeczowo, acz nieostrożnie komendy Łokietek.
-    O jakim artykule? – zapytał Gustaffson, który nic nie wiedział o tajnym artykule naczelnego.
-    Nieważne, jutro ci wszystko wyjaśnię. Przyjdź do Smetany. – zakończył rozmowę Łokietek.

Sukces Łokietka polegał na tym, że był sprytny. Jego „Bibuła“ została pomyślana w taki sposób, żeby być, ale zarazem nie być. Żeby oburzać, ale zarazem uspokajać. Żeby być widoczną, ale zarazem nie rzucać się w oczy. Łokietek musiał oddać sprawiedliwość Gustaffsonowi, że to on wymyślił metodę dementi, bez której już dawno skończyłby w betonowych kapciach na dnie jeziorka w Parku Sołackim. To właśnie szkolny przyjaciel Władka odkrył, że treści kolportowane w „Bibule“ mogą sprowadzić gniew najwyższych autorytetów. Dlatego też zaczął na bieżąco wszystko dementować. W ten sposób, każda treść podana przez Łokietka tonem ostrym i nieznoszącym sprzeciwu, była natychmiast równie stanowczo dementowana przez Gustaffsona. Najważniejsza jest równowaga, powtarzał zawsze przebiegły Gustaffson.

Innym zabezpieczeniem była unikatowa forma wydawnictwa. Było ono wydawane zawsze w tylko jednym egzemplarzu i podawane z rąk do rąk w taki sposób, aby nikt nie wiedział skąd pismo się wzięło i dokąd zmierza. Pismo miało także minimalną objętość, aby w chwili zagrożenia któryś z redaktorów lub czytelników mógł je szybko zjeść bez ryzyka zatrucia. Dzięki aurze tajemniczości „Bibuła“ jeszcze szybciej zdobywała kolejnych czytelników. W ciągu kilku lat istnienia znacząco wpłynęła na kwiat młodzieży wielkopolskiej, a jej twórcy mieli zamiar pójść za ciosem i zdobyć wpływ sięgający daleko dalej niż najdalej wysunięte bloki Osiedla Łokietka.

Gustaffson wiedział, że nie ma czasu do stracenia, poszedł zatem zrobić herbatę. Łokietek dokończył segregowanie saszetek z przyprawami, fixami, tudzież zupami, po czym wypił barszczyk i położył się spać. Śniło mu się, że jest w Ameryce. W jakimś mieście na południu, może w Teksasie. Czai się za wzgórzem. W ręku trzyma strzelbę. W jego głowie jest tylko jedna myśl.

CDN.

1 komentarze: