Strasznie zapuszczony blog. Niedokończona powieść. Porzucone wątki. Wszystko to się dobrze składa do życzeń. Serdecznych. Z wiekiem człowiek zaczyna się cieszyć małymi słowami. Serdecznie się cieszy.
I nawet dla ludzi i dla świąt się robi miły. Uśmiecha się czasem. Byle za blisko nie podchodzić.
Ściskam ser. wszystkich, którzy tu wleźli.
Warzywo
To jest blog literacki raczej. Nie należy z niego wyciągać pochopnych wniosków. Za pisanie odpowiada Marcin Muth, za ilustracje Ania Matykiewicz-Luboch. Jeśli ktoś chce gdzieś dalej wykorzystać cokolwiek z tego bloga, to prosimy pamiętać o prawach autorskich. Szczególnie polecamy powieść, która od roku na bieżąco się ukazuje.
sobota, grudzień 24, 2011
wtorek, lipiec 19, 2011
19. Szaleństwo Króla Władysława
Koniec zabawy, zakrzyknął od progu Łokietek i zdzielił batem grupkę tańczących najbliżej. Ci się rozpierzchli z jękiem, a on omiótł ostrym spojrzeniem całe Kisielice. Przejmuję lokal w imieniu osiedla, dokończył wypowiedź. Jakiego osiedla? Zapytał wyjątkowo trzeźwo barman, a zarazem współwłaściciel. W imieniu mojego osiedla, odparł Łokietek, co właściwie wyjaśniało sprawę. Rekwizycja odbyła się bez dalszego oporu, poza może próbą Kuby Śruby wpłynięcia na Łokietka za pomocą swojego najmocniejszego argumentu.
Sranie w banie, powiedział głośno i dobitnie Śruba. Wcale nie, odparł bez ceregieli Łokietek, który był do granic możliwości rozdrażniony romansem Śruby z Maligną. To się musi skończyć, powtarzał często, myjąc nogi w umywalce. Chciał nawet przeforsować sąd skorupkowy, który skazałby Kubę na banicję, ale przeciwko temu wystąpili właściwie wszyscy, którzy mieli odpowiednie skorupki. Cenimy Twój majestat, kochamy Malignę, ale Kuba to Kuba. Jako jedyny postawił się całym Stanom Zjednoczonym. Nie możemy go teraz wyrzucić.
Chcąc nie chcąc, znosił zatem Łokietek Śrubę, ale przy każdej okazji dawał mu odczuć, że nie liczy się z jego zdaniem, a nawet nim pomiata. Jesteś męską szmatą, chciałby mu powiedzieć. Nie mówił jednak, ponieważ rozumiał, że to może źle wpłynąć na jego odbiór w opinii społecznej, a musiał, choć monarcha, się z tym liczyć. Istniał już jednak w jego głowie plan najazdu Szwedów na Kubę, który miał być zasłoną dymną dla uprowadzenia Maligny z łoża nieprawego. Skąd weźmiesz Szwedów, zapytał kiedyś posiadający umiejętność czytania w myślach przyjaciela Gustaffson. Kupię w Ikei i poskręcam, odparł Łokietek.
To nie był taki głupi plan, myślał Gustaffson, Ikea nawet blisko mieszkania Kuby. Po sąsiedzku zadrażnienia się zdarzają. Drewnianych Szwedów może przecież wkurzyć elastyczny i zakręcony Kuba Śruba. Jak się Łokietkowi uda, kalkulował, będzie trzeba jednak poszukać nowego skrzydłowego do drużyny Franza Schopenhauera. Koszt transportu poskręcanych Szwedów też nie będzie duży, podsumował i przeniósł myśli do Kisielic tamtego dnia, gdy Łokietek stanął w drzwiach i przerwał zabawę.
Możecie iść do Smetany, rzucił za wychodzącymi z lokalu, tam jest Gombrowicz z Schulzem i Ceppellinem, a może i Sztuk Puk jeszcze takoż. Kto to jest Gombrowicz, co to za jeden Schulz? Dało się słyszeć z tłumu. O Ceppellina i Puka nikt nie pytał, bo wszyscy ich świetnie znali. Natomiast znajomość klasyki awangardowej nie licowała częstoktroć ze studiami na wydziałach humanistycznych i artystycznych. Lepiej było pozostać w kręgu realizmu magicznego oraz metafizyki konkretnej Paolo Coelho, względenie Jonathana Carolla.
Po wyjściu osób nieporządanych, czyli wszystkich poza Łokietkiem i Gustaffsonem, król zwołał radę osiedla. Zreferuj porządek obrad, wydał polecenie wiernemu druhowi. Punkt pierwszy: czwarta tajemnica fatimska i jej wpływ na losy osiedla, zaczął wyliczankę Gustaffson. Punkt drugi: sytuacja Lecha Poznań w lidze i jej wpływ na ewentualny spadek w następnym sezonie. Punkt trzeci: rola profesora Szatana w telefonie Księcia. Punkt czwarty: stan psychiczny władcy osiedla, zakończył wyliczankę Gustaffson.
Jaki stan psychiczny? Jaki stan psychiczny? O co ci chodzi? Zamach stanu!? Ty, ty, jesteś w zmowie ze Szwedami! Od razu wiedziałem, że Gustaffson to nie jest polskie nazwisko. Jestem Bambrem, odpowiedział z godnością Gustaffson. Jakim Bambrem!? Jesteś zwykłym, żałosnym Szwedem!!! Nie gadam z Tobą. W ogóle, to nie jesteś mi potrzebny! Rozbeczał się nie na żarty Łokietek. Tak, on zdecydowanie potrzebuje kobiety, powiedział do siebie w duchu Gustaffson.
Na całe szczęście ponad połowa populacji globu to tzw. niewiasty. Gustaffson wystawił głowę z Kisielic i zawołał jedną, co akurat szła na nocny. Była na tyle pijana, że po prostu weszła do lokalu, nie pytając o nic. Na tyle jednak trzeźwa, że się przestraszyła, gdy zobaczyła Łokietka. Co mu jest? Zapytała zaniepokojona. Załamanie nerwowe, przepracowanie, brak kobiety - zreferował krótko Gustaffson. Trzeba go przytulić, dodał szybko. Jak to przytulić? Kim on jest, żebym go przytulała?
On jest królem, powiedział Gustaffson. Szefem całego osiedla. Nazywa się Władek Łokietek. To jest Władek, taki mały? Nie mogła uwierzyć dziewczyna, bo chyba bystra nie była. A jaki ma być Łokietek? Retorycznie zapytał poirytowany Gustaffson. Może po prostu go przytul. Masz ładne piersi, powinno mu być miękko i przyjemnie. Ok, odpowiedziała, ale to będzie kosztowało. Ej, ale mi nie chodzi o nic wielkiego, tylko o przytulenie, tłumaczył Gustaffson. Ej, ale mi też nie chodzi o nic wielkiego, zjadłabym kebaba, odparła nosicielka piersi niezbędnych do naprawy stosunktów na najwyższych szczeblach osiedla. Dobra, zajmij się nim, a ja idę po kebab, powiedział Gustaffson.
Nie w smak mu była wyprawa po kebab, bo w pobliżu już wszystko zamknięte było, ale czego się nie robi dla przyjaciół. Podreptał zatem w kierunku placu Cyryla Ratajskiego, gdzie jeden z najlepszych kebabów, jeśli w ogóle ktoś między tymi wytworami tureckich rąk jakąś różnicę odnajduje, w mieście sporządzano. Zaraz obok był tradycyjny bar mleczny Pod Arkadami, ale teraz to był kompletnie nieczynny, poza tym nieprzydatny, jeśli chodzi o kebaby. Zaraz obok stały panie do wynajęcia, co również było już niepotrzebne, za poza tym zazwyczaj przyjmowały twardszą walutę niż kebab.
Cokolwiek się jeszcze nie działo na placu Cyryla Ratajskiego, teraz liczył się tylko kebab. W bułce czy cieście? To było jedno z tych pytań, na które w tej chwili Gustaffson nie potrafił znaleźć odpowiedniej odpowiedzi. Nie wiem, no, nie wiem, kupię w bułce, to ona powie, że je tylko w cieście, a jak odwrotnie, to odwrotnie. Gustaffson bał się, że dziewczyna, gdy nie dostanie odpowiedniego kebaba, zabierze swoje piersi. To mogło na trwałe zaburzyć ład we wszechświecie. Krucha równowaga między Szatanem i Bogiem utrzymywała się tylko dzięki nadpobudliwej aktywonści Łokietka. Jeśli ten straci kontakt z rzeczywistością, to możliwa jest utrata kontaktu z rzeczywistością w ogóle. Metafizyczna równowaga świata zależała od rodzaju pieczywa.
Poproszę taki i taki, zadecydował w końcu Gustaffson. To było kosztowne, ale roztropne posunięcie. Pozwalało uniknąć niezdowolenia niewiasty dysponującej miękką klatką piersiową oraz powtórnej wyprawy na Plac Cyryla Ratajskiego. Zabrał zatem Gustaffson dwa kebaby i pobieżył z powrotem ulicą Ratajczaka na Taczaka. Po drodze jednak musiał się, jak to w takich razach bywa, natknąć się na jednego z przyjaciół. Nie było to w onym czasie trudne, ponieważ wszyscy jego przyjaciele niemal codziennie spędzali czas w jednym z pobliskich lokali. Tym razem jeden z nich wychynął z lewej odnogi Świętego Marcina. I to nie byle kto. Był to bowiem sam Jodła, o którym tyle się jeszcze niedawno mówiło.
Jodła okropnie się ucieszył widząc Gustaffsona. Bardziej właściwie się ucieszył na widok kebabów, ale jednak była to radość niezmiernie szczera. Daj kebab, powiedział bez ceregieli, zakładając nie bez racji, że przyjaciel jeden ma na zbyciu, bo kto widział jeść dwa kebaby? Mogę Ci dać, ale za chwilę. Mam to dla dziewczyny, ale nie wiem który ona chce. O, masz też dziewczynę, ucieszył się Jodła, który właśnie szukał dwóch rzeczy: kebaba i kobiety na najbliżsżą noc. Pewnie chce w cieście, bo bułka jej wejdzie w dupę, fachowo rozpoznał. Pewności jednak nie ma, a ja muszę mieć pewność, odparł Gustaffson. Chodź ze mną, to się okaże i dostaniesz drugiego kebaba, ale za piątaka.
A dorzucisz dziewczynę? Apetyt Jodły rósł w miarę jedzenia. Nie było opcji, żeby kobietę, którą zauważył, zostawił w spokoju. Co najwyżej ona mogła zostawić go w spokoju, ale to się, niewiedzieć dlaczego, rzadko zdarzało. Zobaczy się, jest potrzebna Łokietkowi. Musi go utulić. Posypał się trochę. A co się temu jurnemu brzdącowi stało, zatroskał się Jodła, który był chodzącą apoteozą jowialności i troski. Nic wielkiego, troche za dużo na niego spadło. Wstrzemięźliwość seksualna nie idzie w parze z działalnością publiczną, to się musiało skumulować i wyjść bokiem, wyjaśniał Gustaffson. Ale sytuacja opanowana. O, już jesteśmy, zauważył i otworzył drzwi do Kisielic.
Uważaj tylko na schody, zwrócił życzliwą uwagę Jodle, który jednak usłyszał wszystko zbyt późno. Zbyt późno, aby nie spać na ryj. Leżał zatem, przeklinając pod drzwiami do toalety, podczas gdy Gustaffson szukał już wzrokiem pozostawionego na łasce i niełasce piersiastej dziewczyny Łokietka. Okazało się po chwili, że sytuacja przez tych kilkadziesiąt minut, gdy dreptał cierpliwie po kebaby, nieco się zmieniła. Otóż Łokietek czując miękkość kobiecych gruczołów, szybko doszedł do siebie. Doszedłwszy do siebie, postanowił dojść jeszcze raz. Szybko przeprowadził grę wstępną na tyle wprawnie, że powracający Gustaffson zastał ich in flagranti. Dziewczyna z całkiem ciekawą figurą spoczywała na czterech kończynach mniej więcej jak piesek, a Łokietek natomiast wbijał się z nią z szybkością dzięcioła dużego (Dendrocopos major).
Mały król wywija wielkim berłem, skomentował pozbierawszy się wstępnie Jodła. Może ten kebab już bym zjadł, bo chyba dziewczyna chwilowo zajęta. Tak, zjedzmy, stwierdził Gustaffson, który również nie widział potrzeby opłacania królewskich uciech ze swoich wątłych środków. Teraz będzie już w stanie sam to załatwić, usprawiedliwił konsumpcję i podał Jodle kebaba w bułce, gdyż bał się, że mu wejdzie w dupę. Potrawa, choć już nie najcieplejsza, była jednak pożywna, tak że chłopcy postanowili ją popić pozostawionymi za barem trunkami. Wybór nie był wielki, bo lokal kupował tylko to, na co było stać klientów, głównie studentów. Znalazło się jednak piwo, które delikatnie okrasili wódką i rozlali do szklanek czterech po równo.
Tymczasem Łokietek doszedł do siebie ostatecznie, a i dziewczyna była jakby bardziej zadowolona. Jak masz na imię, zapytał szarmancko król. Żaneta, odpowiedziała dziewczyna. Łokietek, słysząc to, posmutniał. Chętnie bym Ci zaproponował coś więcej niż tylko seks, ale niestety to imię Cię dyskwalifikuje, tłumaczyl. Muszę się liczyć z okolicznościami, które determinuje mój majestat. Jadwiga to jest moje przeznaczenie. Zofia może być, Katarzyna i owszem, ja wiem, Xymena albo nawet Halina, ale Żaneta to się nie godzi. Brzmi zbyt plebejsko. To powiedziawszy, poczuł jak jedna połowa twarzy boli go bardziej niż druga, choć obie bolą bardziej niż przed chwilą. Z jednej bowiem strony przyszedł cios drobnej, choć piersiastej Żanety, a z drugiej ogromnego, choć wrażliwego Jodły.
Cham nie król, powiedział mu w twarz Jodła, przytulając jednocześnie do siebie Żanetę. Zajmę się Twoją ofiarą i módl się, żeby sobie nic nie zrobiła, padalcu. A poza tym wszystko powiedziane Szatanowi. Zaraz z rana pójdę do profesora i opowiem, co wy tu wyczyniacie. To jest nieludzkie. Czas z tym skończyć. Żanetka, ubierz się, jedziemy do mnie, wybełktotał ustami pełnymi surówki. Łokietek przez chwilę stał jak wryty, podczas gdy dziewczyna szybko zbierała garderobę. On sam naciągnął nieodłączne kalesony i podszedł do baru.
Napił się piwa z wódką i przeszedł do obowiązków służbowych. Sprawy psychicze, stwierdził, uporządkowałem, teraz pozostają kwestie wiodące. Tajemnicę fatimską musimy zdobyć jak najszybciej. Papież jest nieosiągalny, ale mamy swoje dojścia. Spróbuję z Profesorem Bogiem, a jak nie z nim to może ksiądz Brzęcławski pomoże. Kolejorzem ty się musisz zająć. Nie kumam co tam jest grane. Sponsorzy przychodzą i odchodzą, mafia podobno jakaś tam siedzi. To chyba nie ma związku z metafizyką. Natomiast wpływ Szatana na Księcia wydaje mi się mało prawdopodobny. Słuchałeś ostatnio Radia Maryja?
CDN.
czwartek, maj 05, 2011
18. Mano, tekel, fares
Kiedy wyczerpani rozgrywkami zawodnicy Franza Schopenhauera weszli do szatni, czekali już na nich Teologowie. Chłopcy, a szczególnie dziewczęta bali się, że dojdzie do rękoczynów. Żołnierze Pana byli naprawdę mocno zbudowani, a część z nich zdecydowanie nie praktykowała żadnych uciech seksualnych, co mogło ich choć trochę odciążyć od nadmiernej ilości testosteronu.
Fantasmagoryści, jako się rzekło, wytrawni stratedzy, wysłali przodem Mano, który mocny był w gębie oraz nogach. Gdyby się działo coś nie tak, od razu miał powiedzieć coś o życiu i twórczości arcybiskupa poznańskiego, a następnie odsłaniać odwrót całej ekipy. Szczególnie dominacją męskiej płci w szatni zaniepokojone były Herma i Afrodyta, dlatego zdecydowano, że wejdą so szatni dopiero, gdy się wyjaśni, czego chcą chłopcy z seminarium.
Ku zaskoczeniu zawodników Schopenahauera teologowie nie mieli złych zamiarów. Tym razem chcieli tylko pogadać. Wam się wydaje, że ten wynik jest wypadkową waszego zaangażowania i naszej słabości, to jednak nie jest takie proste, powiedział ich kapitan. Był to facet bardzo barczysty, przysadzisty oraz konkretny. Wyglądał jak średniowieczny rycerz. Powała z Taczewa. Metr sześćdziesiąt w kapelutku, ale krzepki, silny, zwarty i zawsze gotowy.
Jeżeli chodzi o zawartość jego głowy, to było mniej więcej takoż. Jego wiedza obejmowała całkiem spory zasięg średniowiecznej scholastyki. Jeśli zaś idzie o wiedzę geograficzną oraz historyczną nawet poza to wykraczała. Oczywiście, że nie jest to takie proste, ponieważ na naszej rywalizacji silnie odciskają swe piętno podziały klasowe oraz światopoglądowe, odpowiedział mu nader dyplomatycznie Mano, którego głowa z kolei zawierała głównie dorobek postoświeceniowy z naciskiem jednak na postkomunistyczny.
Słuchajcie, zwrócił się bezpośrednio do Robsona i Gustaffsona kapitan Kremówki Wadowice, mijając jednocześnie zwodem zaczepnego Mano, wyglądacie rozsądnie, a my nie chcemy się kłócić, potrzebujemy waszej pomocy. Naszej? Wyraził zdziwienie Robson, który jako praktykujący rastafarianin niesepcjalnie interesował się problemami innych wyznań, a właściwie nie interesował się problemami w ogóle.
Tak, waszej, potwierdził poważnie teolog. Wyglądał na człowieka bez poczucia humoru, ale zachowywał się przyjaźnie. No dobra, mówcie, o co biega, zadeklarował zainteresowanie fantasmagorystów Gustaffson. Zawołajcie dziewczyny, powiedział z kolei do Nyrupa i Thorgala. Nie, nie, to męska sprawa, zaoponowali teologowie. Chcecie, żebyśmy wam pomogli, czy będziecie odgrywać jakąś samczą komedię? Ale to są wstydliwe sprawy, zapłąnął rumieńcem barczysty kapitan. Tym bardziej dziewczyny będą bardziej wyrozumiałe, stwierdził Gustaffson i postawił na swoim.
Robson tymczasem usiadł na ławce pod ścianą i wyjął z torby piwo oraz bibułki. Mano nie czekając sięgnął po worek trawy, który wziął specjalnie z myślą o pomeczowej regeneracji. Zanim pojawiły się dziewczyny, fajka pokoju już wędrowała między około dwudzistoma teologami oraz kilkoma fantasmagorystami. Na szczęście towaru było duża, a atmosfera sprzyjała. Dziewczyny szybko się odnalazły, choć początkowo zniechęcił je nieco ostry fetor teologicznych hormonów. Chwilę później czuć już było tylko charakterystyczny zapach pięknej rośliny o jeszcze piękniejszej nazwie "marihuana".
Opowieść kapitana teologów była bardzo smutna, a może nawet żałośnie smutna. Okazało się bowiem, że pod płaszczykiem sprawowania funkcji biskupa, tutejszy notabl kościelny wykorzystuje seksualnie kleryków z seminarium. Niektórzy z nich byli kolegami teologów, ba, niektórzy z teologów byli klerykami. Kapitan nie powiedział tego wprost, ale być może niektórzy ze zgromadzonych mieli za sobą wątpliwą przyjemność pięlęgnowania wymuskanych klejnotów biskupich. Jak się jednak okazało, nie to było najgorsze, że ktoś tam z kimś siusiaka sobie dotyka.
Gorsze, o wiele gorsze, było to, że zagrożony był najwyższy majestat, a przez to i prestiż Papieża Polaka naszego jedynego, gdyż jak się okazało jeden upokorzonych przez biskupa młodych kleryków wykradł mu z nocnej szafki jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic. Omawiany bowiem biskup był niegdyś bardzo wpływową postacią kurii rzymskiej, a dzięki zawartym tam bliskim znajomościom, uzyskał dostęp do wszystkich zakamarków schowka watykańskiego.
Jak to jest, cholera, możliwe, zapytał wzburzony Mano, że taki jeden z drugim klecha może nie tylko wynosić wielkie kościelne tajemnice, a potem jeszcze dymać bezmyślnie młodych adeptów kapłaństwa. Sodoma i Gomora. Bicza bożego na was nie ma! Krzyczał na teologów, jakby to oni temu byli winni. Spokojnie, upokajał Mano Robson, co cię to w ogóle obchodzi!? A właśnie, że obchodzi, my tu walczymy z zabobonem, szerzymy postęp i nie mamy za co towaru kupić, a ci tu sobie dupczenie na koszt podatnika urządzają i jeszcze nie potrafią porządku w szeregach upilnować. To jest, kurwa, skandal!
Nie bluźnij bracie, powiedział poważnie kapitan Kremówki Wadowice, nie nam sądzić bliźnich. No ja mu chyba jebnę... Rozochocił się pomimo spowalniającego działania konopii Mano. Chłopcy już niemal skoczyli sobie do gardeł, gdy niezmiennie pełen refeleksyjnego refleksu Gustaffson skinął na Nyrupa i Thorgala, coby ich zabezpieczyli przed rękoczynami. Gdy skandynawowie odjęli Mano od gardła kapitana teologów, przejęły go dziewczyny, gdyż miały na niego uspokajający wpływ.
Co zginęło z szafki biskupa, zapytała rzeczowo Herma. Coś przez co Szatan może odzyskać panowanie nad światem, odpowiedział mało rzeczowo kapitan Kremówki. Bez przesady z tym Szatanem. Wykłada u nas i nie wygląda specjalnie groźnie, zauważył wyjątkowo trzeźwo Robson. Jesteśmy nawet sąsiadami, bo on też mieszka na Wildzie, potwierdził Gustaffson. Tak, coś o tym słyszałem, powiedział jakby nieobecny kapitan, chyba Grabaż o tym śpiewał, prawda? Tak, było coś takiego, potwierdził udobruchany przez dziewczęta Mano.
Łokietek mówi, że Szatan nie umie nawet podetrzeć się bez jego wiedzy, więc chyba możemy być spokojni, podsumował dygresję Gustaffson. Pogadam z nim. Powiedz tylko, zwrócił się do nabrzmiałego tajemnicą teologa, co właściwie zginęło. Szatan może nie jest zbyt bystry, ale przebiegły jest na pewno. W życiu nie odda czegoś w ciemno i tylko dlatego, że go o to poprosimy. Musicie nam powiedzieć całą prawdę. Oczywiście, rozumiem, że nie możecie tego zrobić w tak szerokim gronie, dlatego zapraszam na soczek Tymbark. Tu nieopodal jest sklep Żabka.
W Poznaniu przełomu milleniów, można było w ciemno powiedzieć, że gdzieś w pobliżu jest sklep Żabka. Całe miasto było gęsto oplecione siecią małych sklepików spożywczyczo-monopolowych założonych przez kultowego biznesmena miejscowego - Mariusza Świtalskiego. Obok potężnej rodziny Kulczyków był najbardziej wpływową postacią w mieście, a przez to i na świecie. Zarówno Bóg, jak i Szatan musieli szanować jego interesy. Nawet Łokietek raczej nie miał zwyczaju wchodzić mu w drogę, choć jednak wafelki wolał kupować "U Żela".
Zostawiając całą ferajnę, która i tak nie miała świadomości, jak ważkie zagadnienie zostało poruszone, Gustaffson i kapitan teologów, jak się za chwilę okazało, Stefan, poszli na soczek Tymbark do pobliskiej Żabki. Mieściła się ona w narożnej kamienicy, gdzie Młyńska się krzyżowała z nie-Młyńską, a widok się otwierał na sąd oraz areszt śledczy. Stefan powiedział Gustaffsonowi, że naprawdę pomoc fantasmagorystów jest dla niego ostatnią deską ratunku. Wszystko może się posypać, naprawdę, mówił.
Czy się posypie, czy się nie posypie to już od nas mało zależy, uspokajał go Gustaffson. Miętę z jabłkiem, poproszę, zwrócił się do eskpedientki w zielonym uniformie. Dobra, nie musimy się zgadzać w ogółach, ale w szczegółach możecie nam pomóc, pojdenawczo stwierdził Stefan, wiśniowy dla mnie, zwrócił się następnie do tej samej ekspedientki w zielonym uniformie. Po uiszczeniu, wyszli przed sklep. Zimny wiatr rozwiewał ich spocone piłką włosy. Stefan, przedstawił się w końcu. Gustaffson, zrewanżował się Gustaffson. Wypili bruderszaft i od razu się jakoś pogodniej zrobiło.
Gdzieś w połowie butelki, Stefan zdobył się na odwagę, chodzi o czwartą tajemnicę fatimską, wypalił. Kurwa, co!? Gustaffson wypluł połowę łyka na chodnik, bo się aż zakrztusił. Straciliśmy czwartą tajemnicę fatimską, powtórzył dość nerwowo Stefan. Gustaffson spojrzał na niego smutno i wypił duszkiem resztę Tymbarku miętowo-jabłkowego. Wiedział, że właśnie dowiedział się czegoś, czego nie chciał się dowiedzieć. Wiedział, że będzie musiał coś z tym zrobić, chociaż nic mu się akurat z tym nie chce robić. Pomożecie? Zapytał w końcu Stefan. Chyba Cię popierdoliło, odpowiedział Gustaffson i odwrócił się na pięcie.
Odwrócił się i zobaczył napis na ścianie kamienicy. "Mano Tekel Fares", stało jak wół. Gustaffson też stanął jak wół.
CDN.
wtorek, luty 15, 2011
17. Ania z Zielarskiego Wzgórza
Po dyskusji z Katamaran Nygus był zbyt zmęczony, aby wpierdolić Góralowi z marszu. Gdzieś mu się zresztą w zamieszaniu zapodział miecz dwuręczny. Bez miecza, nie ma chuja, zwykł mawiać o Nygusie Łokietek i rację miał absolutną. Katamaran natomiast wzmocniona sukcesem swojej oracji oraz rozpierana dumą z przejęcia władzy nad Klubem Kalifornia, postanowiła zdrowo przyjebać Góralowi. Energicznie, acz z godnością, zeszła po stopniach trybuny Golęcińskiego Klubu Sportowego, aby kopnąć swoją długą a umięśnioną kończyną Górala prosto w jaja.
Masz, ciulu, powiedziedziała wbijając łokieć w jego pochylone plery, gdy ten zwijał się po pierwszym ciosie. Góral osunął się na żużlową bieżnię stadionu, kwiląc z bólu. Zwariowałaś, Kata? – wyskomlał pytająco – ja tylko żartowałem. Z miłością nie ma żartów, odpowiedziała stanowczo Katamaran, jako miłośnik prozy dla dorastających dziewcząt, powienieneś świetnie sobie z tego zdawać sprawę. Nie pamiętasz jak ważne było dla niegłupiej przecież Ani Shirley potwierdzenie jej pozycji społecznej poprzez stosunek płciowy z Gilbertem? Ale przecież, ty mu po prostu robiłaś loda, to nie ma nic wspólnego z miłością, próbował wykrztusić idealistyczną linię obrony Góral.
Nie możesz czytać książek pisanych przez kobiety dosłownie. Tam większość treści chowa się między wierszami, tłumaczyła cierpliwie Katamaran, kopiąc jednocześnie Górala po klacie, w której już przecież brakowało jednego płuca. Jakbyś czytał ze zrozumieniem, to byś wiedział, że tam na co dziesiątej stronie odchodzi fellatio, masturbatio albo chociaż fides et ratio. Na szczęście posiadam akurat przy sobie egzemplarz „Ani z Avonlea”. Poczytam ci. No chodź, popędziła Górala, jednocześnie chwytając go za rękę. Ok, ok, już idę, powiedział ugodowo, ale za późno, bo już wlokła go na okoliczny wzgórek zadrzewiony, za którym skrywała się romantyczna pętla autobusu 64.
Nygus obserwował całą scenę niczym wytrawny wódz ze wzgórza, którym była tymczasem trybuna stadionu Golęcińskiego Klubu Sportowego Olimpia. Jak to zwykle po zbliżeniu z osobą płci odmiennej, nic mu się specjalnie nie chciało. Patrzył na przyjaciół z życzliwą obojętnością oraz zdumieniem narastającym szczególnie w momentach, gdy zaczęły pojawiać się nieznane mu absolutnie wątki literackie. Gały wychodziły mu na wierzch ponieważ należał do literackich ignorantów. Szczególnie proza kobieca XX stulecia pozostawała mu absolutnie obca. Nie podzielał ani zachwytów Górala nad powieściami Małgorzaty Musierowicz, ani też nie przyłączył się do drugiego obiegu czytającego po kątach poezje Kazimiery Iłłakowiczówny. Postanowił pozostać na nieprzejednanym stanowisku męskiej dominacji.
Dominował zatem nad kobietami wyraźnie, ale z jakotaką empatią. Robiąc mu loda, niejedna piękna dziewczyna była przekonana, że w tym właśnie momencie jej życie nabiera sensu, a obecność gdzieś pomiędzy Wielkim Wybuchem a Apokalipsą staje się bardziej uzasadniona. Nie bardzo było wiadomo, jak Nygus to robi, ale kobiety do niego lgnęły. Ani nie był szczególnie bystry, ani przystojny. Kolegom wydawał się nawet dość głupkowaty w swojej sarmackiej pyszałkowatości, ale babeczki, co musieli przyznać nawet najwięksi oponenci, jadły mu z ręki albo z tego, co akurat do jedzenia wystawił. Eliza Orzeszkowa by tego nie opisała, zwykł bezradnie komentować potencjał kolegi zazdrosny Łokietek.
Hebel za Hegla! – rozległo się tymczasem w niecce stadionu gromkie wołanie trzech znajomych Nygusowi głosów. Łokietek, Gustaffson, Falset i Sid Cepellin nadchodzili od strony boiska lekkoatletycznego. Było ich czterech, ale głosy słyszalne jedynie trzy, albowiem Sid postanowił nie zabierać głosu. Zostawił go w szatni na uczelni, żeby na darmo nie zużywać nadwątlonego organu. Chłopcy szli dość pewnie, ale każdy jednak zupełnie inną trajektorią.
Łokietek zapylał jak strzała, charakterystycznie przebierając krótkimi nóżkami. Biegł całą epą wprost w otwarte ramiona Nygusa. Gustaffson szedł z fałszywym uśmiechem pewnie, ale z godnością. Nie przyspieszał i nie zwalniał, ale raz za razem znajdował jakąś szalenie inspirującą kępkę trawy, którą se tam kopnął. Falset szedł frywolnie, zaglądając wszędzie, gdzie się zajrzeć dało i szukając wszystkiego, co się znaleźć nie dało. Spoglądał na korony drzew, kontemplował prostokątne bramki, oceniał fachowo resztki drewnianych ławek, po czym zaczął oddawać mocz z zewnętrznej skarpy prosto na pędzący pociąg relacji Poznań-Szczecin. Sid natomiast starał się nie potknąć o poły długaśnego płaszcza jak również nie zaplątać w torbę zwisającą gdzieś pomiędzy nogami, rękami a resztą Sida. Po prostu uważał.
Podczas gdy Łokietek tonął w objęciach Nygusa, Falset sikał na pociąg, Sid uważał a Gustaffson zmierzał z godnością, nad stadionem pojawił się obiekt latający na razie jeszcze nie zidentyfikowany. Najpierw zauważył go Gustaffson, który tylko szukał jakiegoś pretekstu, żeby nie witać się zbyt wylewnie z Nygusem, któremu wiele rzeczy miał za złe. Spojrzał zatem w niebo, szukając tam jakiegoś rozwiązania niewygdonej sytuacji. O, popatrzcie, coś leci, wskazał kolego punkcik na niebie. Nie bez ociągania spojrzał w niebo Sid, ale że nie zabrał głosu, to i nic nie powiedział. Z kolei Falset z wrodzonym niepokojem spojrzał w górę natychmiast, co zaskutkowało obsikaniem lewej nogawki spodni. Kurwa, powiedział Falset, po czym wyrównał strumień przed siebie. Tonący w uściskach wzajemnych Łokietek i Nygus już mieli zacząć całować się z języczkiem, ponieważ jak niemal wszyscy macho mieli tendencje kryptogejowskie, gdy przywołał ich do rzeczywistości okrzyk Gustaffsona.
Łokietek puścił Nygusa, poprawił poły czarnej bluzy, z którą się nie rozstawał od czasu pierwszej komuni i spojrzał fachowym wzrokiem w niebo. Znał się bowiem na lotnictwie bardzo dobrze, dzieckiem w kolbce sklejał już modele zakupywane w składnicy harcerskiej na Św. Marcinie lub w Panterze na Paderewskiego. Miał nawet kiedyś udać się do szkoły orląt w Dęblinie, ale wolał nie. Tak czy owak odróżniał B-52 od ważki, co innym w tym gronie mogło sprawić spore kłopoty. To nie jest samolot, powiedział pewnie. To nie jest też owad, wykluczył. To jest coś pomiędzy, uściślił, znajdując uznanie czekających w napięciu przyjaciół. Może to zrzut dla powstańców, powiedział niepewnie Nygus, który już zdążył zaciągnąć się skrętem, którego w milczeniu piorunem wykręcił Sid. Dla jakich, kurwa, powstańców, trzeźwo zapytał Gustaffson, który miał awersję do martyrologii oraz również do Nygusa. Wielkopolskich, hyhyhyhyhy – zarechotał powracający z sikania Falset.
Cicho, zakończył swary dworzan Łokietek, musimy się skoncentrować i jakoś przyjąć niespodziewany dar niebios. Rozciągnijmy płaszcz Sida, żeby to coś bezpiecznie wylądowało, rozkazał, więc Sid się podporządkował, choć zadowolony nie był. Koledzy rozciągnęli płaszcz i zaczęli biegać po boisku w celu złapania obiektu, który jakoś tak dziwnie zaczął lawirować jak lewoskrzydłowy, który chce kiwnąć obrońcę, zejść do środka pola i oddać strzał. Po prostu obiekt chciał ich wykiwać. Łokietek nie takie jednak obiekty w ręce łapał. Na przykład cycki księżnej Konarzewskiej w pałacu w Jankowicach, które uciekały mu przez zakręcone korytarze, rozległe piwnice i parkowe aleje, zanim je dopadł zdyszany monarcha. Teraz równie żwawo biegał, w charakterystyczny sposób wyginając nóżki, za przyjaciółmi rozciągającymi do niemożliwości płaszcz Sida.
Żeby było śmieszniej obiekt nagle się rozdzielił. Jedna jego połowa leciała w dół jak kamień, a druga zaczęła majtać nogami i odpinać spadochron. Łokietek szybko zdecydował, że skupią się na łapaniu części, która nie ma nóg i spadachronu. Najpierw inwalidę, krzyknął do chłopaków, którzy już nieźle zasapani biegali oszalali z płaszczem Sida. Nagle trach, nagle bum. Jest, na samym środku boiska dopadła ich wielka kwadratowa paczka. Ręce się dzielnym fantasmagorystom zgięły, bo ciężka to paczka była, a szara cała. Sznurkiem powiązana, znaczkami ostemplowana i zaadresowana. Adres brzmiał: Klub Kalifornia, Jeżyce, Polska. To do mnie, powiedział dumnie Nygus, pewnie od Bosmana Szkwa... Nie dokończył jednak przechwałki, gdyż na głowę spadła mu druga część obiektu, pozbawiając go na chwilę i na szczęście świadomości.
„Learning to fly” z „ A Momentary Lapse of Reason”, zagrał na harmonijce w sobie tylko wiadomy sposób Łokietek, aby uświetnić niespodziewaną przygodę odpowiednią ścieżką dźwiękową. Gustaffson natomiast rzeczowo podsumował wydarzenie. Panowie, spadło na nas 40 kilogramów przedniej kolumbijskiej marihuany oraz kolega Lewiatanowicz, który zapewne za chwilę nam to wszystko racjonalnie wyjaśni. Owszem, owszem, powiedział nadzwyczaj trzeźwo odpinający spadochron Lewiatanowicz, już wyjaśniam. To jest dar od wielkiego cesarza Hajle Selasje, który przesyła braciom w wierze wyrazy szacunku oraz mgnienie pukla włosów swoich z łona narodu jamajskiego. „Everything will gonna be all right”, zanucił budzący się z omdlenia były słowik Kurczewskiego, prezes Klubu Kalifornia oraz posiadacz miecza dwuręcznego oraz przyrodzenia nad wyraz przez dziewczęta lubianego, jego elokwencja Nygus.
Hajle Selasje nie żyje, zauważył Gustaffson, coś kręcisz. Masz, odpowiedział ręką Sid, weź macha, wręczając koledze świeżo skręconego blanta. Nie do Ciebie mówię, żachnął się Gustaffson, do Lewiatanowicza mówię, Hajle nie żyje i tyle. Hajle Rama, Hajle Krschna, wyśpiewywać zaczął wniebogłosy Falset, który jak zwykle rozumiał piąte przez dziesiąte. Hajle jest wieczny, odparł z dumą i obrazą w głosie Lewiatanowicz, Hajle wie wszystko, widzi wszystko i rucha żaby. Acha, poddał się Gustaffson, zaciągając jednocześnie się blantem Sida. Chłopaki, nie kłóćcie się zaapelował z wyżyn majestatu Nygus, z nieba nam ten towar spadł i trzeba to jakoś uczcić. Proponuję bankiet w Schizowni! Aklamacja zgodziła się z prezesem Klubu Kalifornia i zasępiła się nad sposobem transportu towaru.
Zasępieni siedzieli przy wielkiej pace marihuany kolumbijskiej przedniej i dumali, jak by to dziadostwo stąd ruszyć. Swoją drogą, zauważył Lewiatanowicz, chyba nie jesteśmy w stanie wypalić 40 kilogramów stuffu. W jedną noc pewnie nie, zgodził się Nygus. Rozłożomy to na raty, możemy przechować na Fabrycznej, poddał myśl Gustaffson. Tak zrobimy, podjął decyzję jedyny upoważniony czyli Łokietek, który notabene nie używał narkotyków poza alkoholem i nie uważał fascynacji przyjaciół za coś pozytywnego absolutnie nie. Już, już miał im wygłosić połajankę, ale zaszły wydarazenia, które go wytrąciły z równowagi już zupełnie. Zaszły go od tyłu. Zaszły go na słoniach.
Najpierw był przenikliwy krzyk Katamaran, a następnie nie mniej przenikliwy wrzask Górala. Potem były ich machające wszystkim co mieli sylwetki biegnące pędem ku kupie marihuany i znajomych fantasmagorystów. Słonie, wrzeszczeli, Słonie! Dużymi literami wrzeszczeli i biegli. Spokojnie, panowie, komendę przejął Nygus. Formujemy żółwia, chronimy towar, stoimy twardo. No pasaran, dodał zdeterminowany Lewiatanowicz, Maria o muerte! ..., niemo acz stanowczo podsumował mobilizację Sid. Słonie były coraz bliżej, ziemia dudniła, drżała i w ogóle była coraz mniej stabilna. Sylwetki potworów już już przesłaniać zaczynały słońce. Klub Kalifornia z aliantami zwarł szeregi. Łokietek wezwał posiłki przez podręczny telepatefon. Prezydent Clinton zwołał radę bezpieczeństwa narodowego. Salman Radujew wylądował na stole operacyjnym w oczekiwaniu na wszczepienie tytanowych płytek.
Sytuacja była coraz groźniejsza, słonie już bowiem ryły murawę stadionu Golęcińskiego Klubu Sportowego Olimpia, rada bezpieczeństwa wydała rozkaz poderwania myśliwców F-16 z bazy w Rammstein. Szykowała się solidna napierdalanka na szczeblu ponaddzielnicowym. Łokietek rozpaczliwie starał się panować nad stytuacją. Sio, sio, sio! Biegał, charakterystycznie przebierając krótkimi swoimi nóżkami i wymachując pałkami nunczaku jako pasterz witką brzozową wymachuje. Chciał przegonić złe słonie ze swojego podwórka zanim one przegonią jego lub też zanim zryją boisko pociski z amerykańskich myśliwców. Wracaj do żółwia, Łokietek, wracaj do żółwia – zaintonowali zaniepokojeni przyjaciele na tyle głośno, aby obudzić śpiących kierowców skrytych za uszami spasionych czworonogów.
Sie macie, powiedział zaspanym głosem Sztuk Puk, wychylając się zza uszu pierwszego słonia. Śpiewacie sobie, zauważył Mano, który spał za uszami drugiego słonia. Wesoło co? Pytająco zagaił Robson ledwo trzymający się na grzbiecie trzeciego słonia. Kawaleria przyjechała, kawaleria! Podkoczył uradowany Nygus, opuszczając zbędnego już żółwia. Ładujemy towar i na Schizownię, zakomenderował Łokietek, nie ma czasu do stracenia.
CDN
Masz, ciulu, powiedziedziała wbijając łokieć w jego pochylone plery, gdy ten zwijał się po pierwszym ciosie. Góral osunął się na żużlową bieżnię stadionu, kwiląc z bólu. Zwariowałaś, Kata? – wyskomlał pytająco – ja tylko żartowałem. Z miłością nie ma żartów, odpowiedziała stanowczo Katamaran, jako miłośnik prozy dla dorastających dziewcząt, powienieneś świetnie sobie z tego zdawać sprawę. Nie pamiętasz jak ważne było dla niegłupiej przecież Ani Shirley potwierdzenie jej pozycji społecznej poprzez stosunek płciowy z Gilbertem? Ale przecież, ty mu po prostu robiłaś loda, to nie ma nic wspólnego z miłością, próbował wykrztusić idealistyczną linię obrony Góral.
Nie możesz czytać książek pisanych przez kobiety dosłownie. Tam większość treści chowa się między wierszami, tłumaczyła cierpliwie Katamaran, kopiąc jednocześnie Górala po klacie, w której już przecież brakowało jednego płuca. Jakbyś czytał ze zrozumieniem, to byś wiedział, że tam na co dziesiątej stronie odchodzi fellatio, masturbatio albo chociaż fides et ratio. Na szczęście posiadam akurat przy sobie egzemplarz „Ani z Avonlea”. Poczytam ci. No chodź, popędziła Górala, jednocześnie chwytając go za rękę. Ok, ok, już idę, powiedział ugodowo, ale za późno, bo już wlokła go na okoliczny wzgórek zadrzewiony, za którym skrywała się romantyczna pętla autobusu 64.
Nygus obserwował całą scenę niczym wytrawny wódz ze wzgórza, którym była tymczasem trybuna stadionu Golęcińskiego Klubu Sportowego Olimpia. Jak to zwykle po zbliżeniu z osobą płci odmiennej, nic mu się specjalnie nie chciało. Patrzył na przyjaciół z życzliwą obojętnością oraz zdumieniem narastającym szczególnie w momentach, gdy zaczęły pojawiać się nieznane mu absolutnie wątki literackie. Gały wychodziły mu na wierzch ponieważ należał do literackich ignorantów. Szczególnie proza kobieca XX stulecia pozostawała mu absolutnie obca. Nie podzielał ani zachwytów Górala nad powieściami Małgorzaty Musierowicz, ani też nie przyłączył się do drugiego obiegu czytającego po kątach poezje Kazimiery Iłłakowiczówny. Postanowił pozostać na nieprzejednanym stanowisku męskiej dominacji.
Dominował zatem nad kobietami wyraźnie, ale z jakotaką empatią. Robiąc mu loda, niejedna piękna dziewczyna była przekonana, że w tym właśnie momencie jej życie nabiera sensu, a obecność gdzieś pomiędzy Wielkim Wybuchem a Apokalipsą staje się bardziej uzasadniona. Nie bardzo było wiadomo, jak Nygus to robi, ale kobiety do niego lgnęły. Ani nie był szczególnie bystry, ani przystojny. Kolegom wydawał się nawet dość głupkowaty w swojej sarmackiej pyszałkowatości, ale babeczki, co musieli przyznać nawet najwięksi oponenci, jadły mu z ręki albo z tego, co akurat do jedzenia wystawił. Eliza Orzeszkowa by tego nie opisała, zwykł bezradnie komentować potencjał kolegi zazdrosny Łokietek.
Hebel za Hegla! – rozległo się tymczasem w niecce stadionu gromkie wołanie trzech znajomych Nygusowi głosów. Łokietek, Gustaffson, Falset i Sid Cepellin nadchodzili od strony boiska lekkoatletycznego. Było ich czterech, ale głosy słyszalne jedynie trzy, albowiem Sid postanowił nie zabierać głosu. Zostawił go w szatni na uczelni, żeby na darmo nie zużywać nadwątlonego organu. Chłopcy szli dość pewnie, ale każdy jednak zupełnie inną trajektorią.
Łokietek zapylał jak strzała, charakterystycznie przebierając krótkimi nóżkami. Biegł całą epą wprost w otwarte ramiona Nygusa. Gustaffson szedł z fałszywym uśmiechem pewnie, ale z godnością. Nie przyspieszał i nie zwalniał, ale raz za razem znajdował jakąś szalenie inspirującą kępkę trawy, którą se tam kopnął. Falset szedł frywolnie, zaglądając wszędzie, gdzie się zajrzeć dało i szukając wszystkiego, co się znaleźć nie dało. Spoglądał na korony drzew, kontemplował prostokątne bramki, oceniał fachowo resztki drewnianych ławek, po czym zaczął oddawać mocz z zewnętrznej skarpy prosto na pędzący pociąg relacji Poznań-Szczecin. Sid natomiast starał się nie potknąć o poły długaśnego płaszcza jak również nie zaplątać w torbę zwisającą gdzieś pomiędzy nogami, rękami a resztą Sida. Po prostu uważał.
Podczas gdy Łokietek tonął w objęciach Nygusa, Falset sikał na pociąg, Sid uważał a Gustaffson zmierzał z godnością, nad stadionem pojawił się obiekt latający na razie jeszcze nie zidentyfikowany. Najpierw zauważył go Gustaffson, który tylko szukał jakiegoś pretekstu, żeby nie witać się zbyt wylewnie z Nygusem, któremu wiele rzeczy miał za złe. Spojrzał zatem w niebo, szukając tam jakiegoś rozwiązania niewygdonej sytuacji. O, popatrzcie, coś leci, wskazał kolego punkcik na niebie. Nie bez ociągania spojrzał w niebo Sid, ale że nie zabrał głosu, to i nic nie powiedział. Z kolei Falset z wrodzonym niepokojem spojrzał w górę natychmiast, co zaskutkowało obsikaniem lewej nogawki spodni. Kurwa, powiedział Falset, po czym wyrównał strumień przed siebie. Tonący w uściskach wzajemnych Łokietek i Nygus już mieli zacząć całować się z języczkiem, ponieważ jak niemal wszyscy macho mieli tendencje kryptogejowskie, gdy przywołał ich do rzeczywistości okrzyk Gustaffsona.
Łokietek puścił Nygusa, poprawił poły czarnej bluzy, z którą się nie rozstawał od czasu pierwszej komuni i spojrzał fachowym wzrokiem w niebo. Znał się bowiem na lotnictwie bardzo dobrze, dzieckiem w kolbce sklejał już modele zakupywane w składnicy harcerskiej na Św. Marcinie lub w Panterze na Paderewskiego. Miał nawet kiedyś udać się do szkoły orląt w Dęblinie, ale wolał nie. Tak czy owak odróżniał B-52 od ważki, co innym w tym gronie mogło sprawić spore kłopoty. To nie jest samolot, powiedział pewnie. To nie jest też owad, wykluczył. To jest coś pomiędzy, uściślił, znajdując uznanie czekających w napięciu przyjaciół. Może to zrzut dla powstańców, powiedział niepewnie Nygus, który już zdążył zaciągnąć się skrętem, którego w milczeniu piorunem wykręcił Sid. Dla jakich, kurwa, powstańców, trzeźwo zapytał Gustaffson, który miał awersję do martyrologii oraz również do Nygusa. Wielkopolskich, hyhyhyhyhy – zarechotał powracający z sikania Falset.
Cicho, zakończył swary dworzan Łokietek, musimy się skoncentrować i jakoś przyjąć niespodziewany dar niebios. Rozciągnijmy płaszcz Sida, żeby to coś bezpiecznie wylądowało, rozkazał, więc Sid się podporządkował, choć zadowolony nie był. Koledzy rozciągnęli płaszcz i zaczęli biegać po boisku w celu złapania obiektu, który jakoś tak dziwnie zaczął lawirować jak lewoskrzydłowy, który chce kiwnąć obrońcę, zejść do środka pola i oddać strzał. Po prostu obiekt chciał ich wykiwać. Łokietek nie takie jednak obiekty w ręce łapał. Na przykład cycki księżnej Konarzewskiej w pałacu w Jankowicach, które uciekały mu przez zakręcone korytarze, rozległe piwnice i parkowe aleje, zanim je dopadł zdyszany monarcha. Teraz równie żwawo biegał, w charakterystyczny sposób wyginając nóżki, za przyjaciółmi rozciągającymi do niemożliwości płaszcz Sida.
Żeby było śmieszniej obiekt nagle się rozdzielił. Jedna jego połowa leciała w dół jak kamień, a druga zaczęła majtać nogami i odpinać spadochron. Łokietek szybko zdecydował, że skupią się na łapaniu części, która nie ma nóg i spadachronu. Najpierw inwalidę, krzyknął do chłopaków, którzy już nieźle zasapani biegali oszalali z płaszczem Sida. Nagle trach, nagle bum. Jest, na samym środku boiska dopadła ich wielka kwadratowa paczka. Ręce się dzielnym fantasmagorystom zgięły, bo ciężka to paczka była, a szara cała. Sznurkiem powiązana, znaczkami ostemplowana i zaadresowana. Adres brzmiał: Klub Kalifornia, Jeżyce, Polska. To do mnie, powiedział dumnie Nygus, pewnie od Bosmana Szkwa... Nie dokończył jednak przechwałki, gdyż na głowę spadła mu druga część obiektu, pozbawiając go na chwilę i na szczęście świadomości.
„Learning to fly” z „ A Momentary Lapse of Reason”, zagrał na harmonijce w sobie tylko wiadomy sposób Łokietek, aby uświetnić niespodziewaną przygodę odpowiednią ścieżką dźwiękową. Gustaffson natomiast rzeczowo podsumował wydarzenie. Panowie, spadło na nas 40 kilogramów przedniej kolumbijskiej marihuany oraz kolega Lewiatanowicz, który zapewne za chwilę nam to wszystko racjonalnie wyjaśni. Owszem, owszem, powiedział nadzwyczaj trzeźwo odpinający spadochron Lewiatanowicz, już wyjaśniam. To jest dar od wielkiego cesarza Hajle Selasje, który przesyła braciom w wierze wyrazy szacunku oraz mgnienie pukla włosów swoich z łona narodu jamajskiego. „Everything will gonna be all right”, zanucił budzący się z omdlenia były słowik Kurczewskiego, prezes Klubu Kalifornia oraz posiadacz miecza dwuręcznego oraz przyrodzenia nad wyraz przez dziewczęta lubianego, jego elokwencja Nygus.
Hajle Selasje nie żyje, zauważył Gustaffson, coś kręcisz. Masz, odpowiedział ręką Sid, weź macha, wręczając koledze świeżo skręconego blanta. Nie do Ciebie mówię, żachnął się Gustaffson, do Lewiatanowicza mówię, Hajle nie żyje i tyle. Hajle Rama, Hajle Krschna, wyśpiewywać zaczął wniebogłosy Falset, który jak zwykle rozumiał piąte przez dziesiąte. Hajle jest wieczny, odparł z dumą i obrazą w głosie Lewiatanowicz, Hajle wie wszystko, widzi wszystko i rucha żaby. Acha, poddał się Gustaffson, zaciągając jednocześnie się blantem Sida. Chłopaki, nie kłóćcie się zaapelował z wyżyn majestatu Nygus, z nieba nam ten towar spadł i trzeba to jakoś uczcić. Proponuję bankiet w Schizowni! Aklamacja zgodziła się z prezesem Klubu Kalifornia i zasępiła się nad sposobem transportu towaru.
Zasępieni siedzieli przy wielkiej pace marihuany kolumbijskiej przedniej i dumali, jak by to dziadostwo stąd ruszyć. Swoją drogą, zauważył Lewiatanowicz, chyba nie jesteśmy w stanie wypalić 40 kilogramów stuffu. W jedną noc pewnie nie, zgodził się Nygus. Rozłożomy to na raty, możemy przechować na Fabrycznej, poddał myśl Gustaffson. Tak zrobimy, podjął decyzję jedyny upoważniony czyli Łokietek, który notabene nie używał narkotyków poza alkoholem i nie uważał fascynacji przyjaciół za coś pozytywnego absolutnie nie. Już, już miał im wygłosić połajankę, ale zaszły wydarazenia, które go wytrąciły z równowagi już zupełnie. Zaszły go od tyłu. Zaszły go na słoniach.
Najpierw był przenikliwy krzyk Katamaran, a następnie nie mniej przenikliwy wrzask Górala. Potem były ich machające wszystkim co mieli sylwetki biegnące pędem ku kupie marihuany i znajomych fantasmagorystów. Słonie, wrzeszczeli, Słonie! Dużymi literami wrzeszczeli i biegli. Spokojnie, panowie, komendę przejął Nygus. Formujemy żółwia, chronimy towar, stoimy twardo. No pasaran, dodał zdeterminowany Lewiatanowicz, Maria o muerte! ..., niemo acz stanowczo podsumował mobilizację Sid. Słonie były coraz bliżej, ziemia dudniła, drżała i w ogóle była coraz mniej stabilna. Sylwetki potworów już już przesłaniać zaczynały słońce. Klub Kalifornia z aliantami zwarł szeregi. Łokietek wezwał posiłki przez podręczny telepatefon. Prezydent Clinton zwołał radę bezpieczeństwa narodowego. Salman Radujew wylądował na stole operacyjnym w oczekiwaniu na wszczepienie tytanowych płytek.
Sytuacja była coraz groźniejsza, słonie już bowiem ryły murawę stadionu Golęcińskiego Klubu Sportowego Olimpia, rada bezpieczeństwa wydała rozkaz poderwania myśliwców F-16 z bazy w Rammstein. Szykowała się solidna napierdalanka na szczeblu ponaddzielnicowym. Łokietek rozpaczliwie starał się panować nad stytuacją. Sio, sio, sio! Biegał, charakterystycznie przebierając krótkimi swoimi nóżkami i wymachując pałkami nunczaku jako pasterz witką brzozową wymachuje. Chciał przegonić złe słonie ze swojego podwórka zanim one przegonią jego lub też zanim zryją boisko pociski z amerykańskich myśliwców. Wracaj do żółwia, Łokietek, wracaj do żółwia – zaintonowali zaniepokojeni przyjaciele na tyle głośno, aby obudzić śpiących kierowców skrytych za uszami spasionych czworonogów.
Sie macie, powiedział zaspanym głosem Sztuk Puk, wychylając się zza uszu pierwszego słonia. Śpiewacie sobie, zauważył Mano, który spał za uszami drugiego słonia. Wesoło co? Pytająco zagaił Robson ledwo trzymający się na grzbiecie trzeciego słonia. Kawaleria przyjechała, kawaleria! Podkoczył uradowany Nygus, opuszczając zbędnego już żółwia. Ładujemy towar i na Schizownię, zakomenderował Łokietek, nie ma czasu do stracenia.
CDN
piątek, luty 04, 2011
Gzik tropikalny
Pojawił się nowy cykl felietonów Marcina Mutha. Na stronie my-poznaniacy.org. Głównie o Poznaniu jest pisane, ale w ujęciu, powiedzmy, bardzo uniwersalnym. Przy okazji chciałem poinformować, że istnieje jeszcze jeden Marcin Muth z Poznania, który pisze wiersze, ale nie jest z Warzywem związany. Jest osobisty i inny zupełnie. Warto podkreślić, że tym razem to nie żart i ta osoba naprawdę istnieje. Istnieje i niepokoi redaktora Mutha z Warzywa. Niepokoi egzystencjalnie. Coraz częściej słyszy bowiem, że pisze wiersze, a przecież wierszy nie pisze. Może kłopoty z tożsamością redaktora Mutha są bardziej zaawansowane niż się jemu samemu wydawało? Póki co, drodzy czytelnicy, zachęcamy do traktowania tych bytów jednak osobno. Redaktora Mutha od poety Marcina Mutha można odróżnić po rodzaju uprawianej literatury. Jeden pisze jednak prozę, drugi jednak poezję. To się trochę różni.
wtorek, grudzień 14, 2010
16. Maligna w Kisielu
Łokietek zwariował, pomyślał Gustaffson, kiedy już szczęśliwie opuścił Smetanę, w której pozostawił trzech przyjaciół, Brunona Schulza, Witolda Gombrowicza oraz niezliczoną ilość sadystycznie nastawionych do nich kobiet w pończochach samonośnych. Wszystko mu się pomieszało we łbie, ciągnął myśl przecinając ulicę Ratajczaka. Przecież Papież nawet jeśli zna prawdę, to nam jej na tacy nie poda. Prędzej już się Książe dowie, przecież ma takie stosunki. Poza tym Papież nie przyjedzie teraz do Poznania, a my się nie ruszymy stąd, bo nie bardzo jest jak i czym, odkąd Nygus rozbił tort czekaladowy na sygnale.
Tak, biedny Władek stracił kontakt z rzeczywistością, podsumowywał powoli myśl Gustaffson, jednocześnie odkopując na bok zagradzającą mu drogę Smykałkę z nożem w brzuchu. Ech, Smykałka, nie epatuj, rzekł do niej, gdyż był nieczuły na tanie, martyrologiczne sztuczki. Nieczuły skurwiel, wycisnęła przez zęby Smykałka i poczołgała się w stronę Wildy. Widząc, że będzie musiał jakoś się ustosunkować wobec jej czołgania w kierunku, który jego także żywotnie interesował, postanowił zmienić plany i skręcić w ulicę Taczaka, gdzie znajdowały się co najmniej dwa lokale, które darzył sympatią zdecydowanie bardziej szczerą niż koleżankę Smykałkę.
Podsumujmy, kontynuował monolog, fakty. Jest mniej więcej końcówka 1998 roku, ale w gruncie rzeczy poruszamy się dość płynnie po osi czasu, manewrując pomiędzy październikiem 1998 a wrześniem 2001, kiedy to wszystko się rozdupczyło, bo Łokietek został oddelegowany do innych zadań. Formalnie do końca tego cholernego millennium został nam rok z małym fiutkiem. Niektóre sprawy są już jasne jak słońce. Dziś Sid zobaczył pomnik Starego Marycha, który dopiero wszedł w fazę projektu. Można uznać, że jego powstanie jest tylko kwestią tak zwanego czasu. Ergo, świat się nie skończy mimo wszystko ani dziś, ani jutro, ani może nawet przed naszym wejście do Unii Europejskiej.
Nic wielkiego, bo przecież każdy coś tam zawsze do przodu widzi. Mi się też kiedyś przyśniło, deliberował niezmordowany Gustaffson, że GKS Katowice pokona Girondins Bordeaux jeden do zera i awansuje do kolejnej rundy Pucharu UEFA. A w Bordeaux grał wtedy Zidane, więc sen zdawał się mocno naciąganą interpretacją przyszłych wydarzeń. Pomnik Starego Marycha to jednak nie ta para kaloszy, chociaż zdaje się pomnik kalosze ma, a Zidane chyba nie. Z faktu jednak, że pomnik widzieliśmy, można wnioskować, że przejechaliśmy się w czasie po drodze z Wildy. Normalka w sumie, choć Sid nie jest jeszcze na tym stopniu wtajemniczenia, żeby w biały dzień pałętać się po przyszłości. Przecież on nawet z widzeniem teraźniejszości ma niebagatelne kłopoty, nie doceniał przyjaciela Gustaffson patrzący z nieuzasadnioną wyższością na przyjaciół spoza stolicy Wielkopolski.
Czas, zastanawiał się Gustaffson, jest bezwzględny i Łokietek zaczyna mu ulegać. Zbyt się zapatrzył w nagłówki gazet. Nie widzi już rzeczywistości samej w sobie. Przecież jesteśmy tutaj po to, żeby załatwić konkretną sprawę, a nie po to, żeby się przejmować kalendarzem. Przyjedzie Papież, dobre sobie, może przyjedzie jeszcze nie raz, ale to nas nie zbawi. Możemy oczywiście się bawić jakieś tam tymczasowe prowizorki. Możemy pomagać Wendersowi kręcić film albo zastrzelić Kennedy’ego, ale przecież nie na tym polega nasza misja. Nie możemy tracić z oczu celu najwyższego. Nie możemy dopuścić, żeby Kolejorz spadł do II ligi.
Kiedy Gustaffson wracał do rzeczywistości wyraźnie podupadał na optyzmizmie. Nie lubił rzeczywistości pewnie jeszcze bardziej niż Smykałki. W tym sezonie, owszem, Lech radził sobie nadspodziewanie dobrze i szykował się nawet do walki o europejskie puchary, ale Gustaffson był zbyt wytrawnym fantasmagorystą, by nie dostrzegać powagi sytuacji. Reissa już właściwie sprzedali, reszta pewnie odejdzie po sezonie, kalkulował smutno. Może puchary uratują sytuację? Może tak, może nie, ile to już razy puchary miały nas zbawić. Gustaffson dobrze pamiętał klęski z Goeteborgiem i Spartakiem Moskwa w walce o wejście do Ligi Mistrzów. Dobrze pamiętał wielkiego Lecha początku lat 90. który miał być pierwszą naszą eksportową jedenastką po wprowadzeniu kapitalizmu, a stał się przykładem rozkładu piłkarskiego PGR-u.
Dobrze pamiętał tego Lecha, ale teraz musiał o nim zapomnieć, ponieważ wchodził do Kisielic, gdzie poruszało się zupełnie inne tematy. Był to całkiem, bowiem, nowy lokal, w którym spotykali się studenci i studentki przede wszystkim kulturystyki udający i udające artystów i artystki, albo przynajmniej ich dobrych znajomych. Rozmowy obracały się wokół filmów Jarmusha, przedstawień teatrów alternatywnych, wernisaży, koncertów, wycieczek do Pragi, Berlina na Kreuzberg lub do Krakowa na Kazimierz oraz wokół tego, kogo się fajnie rżnie, a kogo nie. Gustaffson nie lubił specjalnie żadnego z powyższych tematów, lubił natomiast kilka osób, które tu zachodziły.
Wśród nich był oczywiście znamienity muzyk młodego pokolenia, a zarazem wytrawny bramkarz Franza Schpenhauera, czyli po prostu Falset we własnej, niezakłamanej osobie. On nie tyle był w Kisielicach w tym akurat momencie, nie tyle nawet bywał tam często, on tam właściwie mieszkał. Wychodził stamtąd tylko wtedy, gdy w mieście działo się coś szalenie istotnego, albo wyczuł, że na Fabrycznej jest świeży chleb grzankowy. Mogło się także zdarzyć, że wyciągała go z Kisielic jakaś piękna kobieta, ale to się prawie nie zdarzało ku rozpaczy Falseta. Tak czy owak, Falset był w lokalu formalnie na stanie i nie do ruszenia.
Teraz też się nie ruszał, gdyż jeszcze się nie obudził po imprezie z dnia poprzedniego. Obok niego był już jednak nieodłączny Kuba Śruba deklamujący najnowsze wiersze swoje przedniej jakości i pierwszej świeżości. Wokół Kuby był wianek niewiast o różnym potencjale aprobaty. Śruba w odróżnieniu od Falseta cieszył się powodzeniem niesłabnącym nigdy i nigdzie. Właściwie zawsze miał kogo za włosy chwycić i do jaskini zaciągnąć, choć akurat korzystał z tego umiarkowanie, będąc zakochanym do granic niemożliwości w kobiecie jedynej w swoim rodzaju, aczkolwiek prawdopodobnie absolutnie nierealnej w swojej doskonałości. Dość powiedzieć, że jeśli w ogóle istniała to musiała być bardzo malutka, ponieważ prawie nikt jej nigdy nie widział.
W tym momencie dostrzegł ją tylko Gustaffson, który bardzo jej zazdrościł umiejętności niewidzialności. Ba, Łokietek, który wzrostu był przecież nikczemnego, podkochiwał się nawet w pięknej dziewczynie niewidce. Na imię miała adekwatnie do stanu, imała się bowiem Maligna. To że się w niej kochał Łokietek, to nic jeszcze było, to że się z nią prowadzał Śruba, to zaskakującym nie było. Serca mieli bowiem miękkie jak nawierzchnia Alei Niepodległości w letnim upale. Ale to że potrafili dla niej stracić głowę zimnokrwiści Sid jak również Gustaffson, to już świadczyć musiało, że Maligna urok miała nieziemski, a wpływ na rzeczywistość większy niż niejeden Bóg.
Teraz jednak po prostu sączyła piwo, smutnym wzrokiem wodząc po Śrubie zakręconym w wianuszek dziewcząt młodych, chętnych i głupich jak się tylko da. Ożywiła się, widząc wchodzącego Gustaffsona, bo wiedziała, że kto jak kto, ale on z pewnością nie zauważy w knajpie nikogo poza nią. Lubiła go właśnie za to, że mogła liczyć na jego zainteresowanie, czego nie można powiedzieć o wielu innych bywalcach Kisielic, jak również innych lokali, w których bywała. Z Gustaffsonem znali się jeszcze ze szkoły, a takie znajomości jak wiadomo ważne są i pomagają przetrwać w nieprzyjaznym świecie.
Zgodnie z przewidywaniami Gustaffson uśmiechnął się szeroko, choć smutno, dostrzegając w tłumie beznadziejnie obojętnych mu osób, swoją drogą koleżankę Malignę. Można powiedzieć, że łączyło ich powinowactwo dusz. Nie było przypadkiem, że spotkali się w podobnym czasie, w podobnym miejscu. Nie było przypadkiem, że obok nich pojawił się Śruba, Łokietek czy Lewiatanowicz. To nie był przypadek, to był kwiat młodzieży wielkopolskiej. Łączyło ich coś więcej niż zamiłowanie do piosenek Nicka Cave’a czy innego Toma Waitsa. Łączyła ich misja.
Teraz jednak nieco się od siebie oddalili. Nie byli już skoszarowani jak jeszcze niedawno. Teraz swobodnie działali na własną rękę. Jak agenci spuszczeni ze smyczy. Zrzuceni na spadochronach w newralgicznych punktach, pozostawali w uśpieniu aż do godziny zero. Oczywiście, byli na tyle blisko, że kontaktowali się ze sobą, ale w kontaktach tych unikali jak ognia tematu choć delikatnie nawiązującego do celu misji. Wyjątkiem były oczywiście spotkania na samym szczycie, w których jednak Maligna nie brała udziału, bo Łokietek powiedział, że nie będzie cudzych dup przyjmował do swojej centrali. Tak, niestety nawet najlepsi z najlepszych nie byli wolni od przyziemnych determinant.
Cześć Gustaff, powiedziała Maligna z uśmiechem jakiego nie powstydziłaby się Julia Roberts. Cześć Mali, powiedział Gustaffson z miną smutnego bobra, której nie powstydziłby się sam Nicholas Cage. Uściskali się serdecznie, a trzeba wiedzieć, że Gustaffson nie ściskał się byle kim, co dodatkowo potwierdzało niepodwarzalną pozycję Maligny w środowisku. Co tam? Zapytała Maligna, wiedząc, jaką odpowiedź otrzyma. Dolina. Odpowiedział Gustaffson, który wiedział dokładnie, jakiej odpowiedzi spodziewa się Maligna. Co u Władeczka? Zapytała o Łokietka, żeby dać Gustaffsonowi chwilę na zebranie myśli. Odjebało mu. Odpowiedział zgodnie z prawdą Gustaffson. Chce wykraść Papieżowi czwartą tajemnicę fatimską, uściślił, żeby nie być gołosłownym.
Jakiemu Papieżowi? Zapytała Maligna, która jako jedna z nielicznych w tym było nie było postępowym towarzystwie, miała szansę być osobą absolutnie nieskalaną religią katolicką ani właściwie żadną inną. W kraju naszym, moja droga, rozpoczął wywód zawsze przygotowany Gustaffson, mamy zaszczyt szczycić się największym na świecie pogłowiem owieczek a także z dumą możemy chwalić się tym, że spośród nas wywodzi się najwybitniejszy pasteż jakiego świat kiedykolwiek widział. Nie lubię rolników, podsumowała wątek Maligna, powiedz Władkowi, żeby w soję wszedł.
W środowisku owszem zaczęły się wtedy szerzyć różne mody niemięsne, ale faktycznie czołówka ruchu była na nie impregnowana. Ani Łokietek, ani Gustaffson nie reflektowali na sojowe przysmaki, choć już Lewiatanowicz deklarował wstrzęmieźliwość kulinarną od niepamiętnych czasów, a możliwe, że mięsa nie jadł nawet w poprzednich wcieleniach. A Falset otarł się nawet o ruch straight edge, choć trzeba przyznać, że szybko się to otarcie zagoiło, a steki zatryumfowały nad tofu w jego jadłospisie.
Ech, Maligna, jaka ty szczęśliwa jesteś, będąc wolną od tych wszystkich kulturowych powikłań, westchnął Gustaffson. Możesz nie wiedzieć, kto to Papież, możesz nie jeść schabowych. Właściwie możesz nawet nie oglądać skoków narciarskich. Czytasz sobie Hrabala, oglądasz Sveraka, Menzela, jeździsz do Pragi zamiast do Warszawy. Czeski sen, normalnie. Maligna miała bowiem urocze czeskie pochodzenie, co zaczynało być dla wielu podejrzane, bowiem jak to możliwe, że czeskie ślady nagle na przełomie wieków tak mocną zaznaczają się na mapie Poznania?
Pytanie takie, owszem, może się zrodzić, ale jedynie w głowie kompletnych ignorantów. Tych, którzy nie wiedzą o sięgającej zamierzchłego średniowiecza tradycyji kontaktów czesko-wielkopolskich. Maligna, jak i Smetana czy Milenka, jak również Jizik Koniecpolski, byli bowiem kolejnym ogniwem długiego łańcuszka współpracy, którą zapoczątkowała żona Mieszka Dobrawa, która nie tylko dała mu syna, ale jeszcze nawróciła go na jedynie słuszną religię, dzięki czemu Papież Polak mógł w ogóle zostać papieżem. Wiedział o tym dobrze Łokietek i dlatego parł więc ze wszystkich sił witalnych do zawarcia związku małżeńskiego z Maligną w celu stworzenia dynastii na miarę Nowej Europy Środkowej.
Gustaffson znał plany Łokietka, ale nie puszczał pary z gęby. Był taktowny jak mało kto i nie mieszał się w związki przyjaciół oraz współpracowników czy współtowarzyszy broni. Tymczasem obudził się Falset. Otworzył oczy, wstał i zaczął tańczyć. Był to szalony taniec. Z głośników runął na wszystkich David Bowie. Zewsząd pojawiły się nogi i ręce Falseta. Let’s dance. Po chwili wianuszek bachantek przepłynął od deklamującego Kuby Śruby do szalejącego Falseta. Maligna utonęła w ramionach opuszczonego poety, Gustaffson zamówił Wściekłego Psa. Od wejścia dobiegł stanowczy głos Łokietka.
CDN
Tak, biedny Władek stracił kontakt z rzeczywistością, podsumowywał powoli myśl Gustaffson, jednocześnie odkopując na bok zagradzającą mu drogę Smykałkę z nożem w brzuchu. Ech, Smykałka, nie epatuj, rzekł do niej, gdyż był nieczuły na tanie, martyrologiczne sztuczki. Nieczuły skurwiel, wycisnęła przez zęby Smykałka i poczołgała się w stronę Wildy. Widząc, że będzie musiał jakoś się ustosunkować wobec jej czołgania w kierunku, który jego także żywotnie interesował, postanowił zmienić plany i skręcić w ulicę Taczaka, gdzie znajdowały się co najmniej dwa lokale, które darzył sympatią zdecydowanie bardziej szczerą niż koleżankę Smykałkę.
Podsumujmy, kontynuował monolog, fakty. Jest mniej więcej końcówka 1998 roku, ale w gruncie rzeczy poruszamy się dość płynnie po osi czasu, manewrując pomiędzy październikiem 1998 a wrześniem 2001, kiedy to wszystko się rozdupczyło, bo Łokietek został oddelegowany do innych zadań. Formalnie do końca tego cholernego millennium został nam rok z małym fiutkiem. Niektóre sprawy są już jasne jak słońce. Dziś Sid zobaczył pomnik Starego Marycha, który dopiero wszedł w fazę projektu. Można uznać, że jego powstanie jest tylko kwestią tak zwanego czasu. Ergo, świat się nie skończy mimo wszystko ani dziś, ani jutro, ani może nawet przed naszym wejście do Unii Europejskiej.
Nic wielkiego, bo przecież każdy coś tam zawsze do przodu widzi. Mi się też kiedyś przyśniło, deliberował niezmordowany Gustaffson, że GKS Katowice pokona Girondins Bordeaux jeden do zera i awansuje do kolejnej rundy Pucharu UEFA. A w Bordeaux grał wtedy Zidane, więc sen zdawał się mocno naciąganą interpretacją przyszłych wydarzeń. Pomnik Starego Marycha to jednak nie ta para kaloszy, chociaż zdaje się pomnik kalosze ma, a Zidane chyba nie. Z faktu jednak, że pomnik widzieliśmy, można wnioskować, że przejechaliśmy się w czasie po drodze z Wildy. Normalka w sumie, choć Sid nie jest jeszcze na tym stopniu wtajemniczenia, żeby w biały dzień pałętać się po przyszłości. Przecież on nawet z widzeniem teraźniejszości ma niebagatelne kłopoty, nie doceniał przyjaciela Gustaffson patrzący z nieuzasadnioną wyższością na przyjaciół spoza stolicy Wielkopolski.
Czas, zastanawiał się Gustaffson, jest bezwzględny i Łokietek zaczyna mu ulegać. Zbyt się zapatrzył w nagłówki gazet. Nie widzi już rzeczywistości samej w sobie. Przecież jesteśmy tutaj po to, żeby załatwić konkretną sprawę, a nie po to, żeby się przejmować kalendarzem. Przyjedzie Papież, dobre sobie, może przyjedzie jeszcze nie raz, ale to nas nie zbawi. Możemy oczywiście się bawić jakieś tam tymczasowe prowizorki. Możemy pomagać Wendersowi kręcić film albo zastrzelić Kennedy’ego, ale przecież nie na tym polega nasza misja. Nie możemy tracić z oczu celu najwyższego. Nie możemy dopuścić, żeby Kolejorz spadł do II ligi.
Kiedy Gustaffson wracał do rzeczywistości wyraźnie podupadał na optyzmizmie. Nie lubił rzeczywistości pewnie jeszcze bardziej niż Smykałki. W tym sezonie, owszem, Lech radził sobie nadspodziewanie dobrze i szykował się nawet do walki o europejskie puchary, ale Gustaffson był zbyt wytrawnym fantasmagorystą, by nie dostrzegać powagi sytuacji. Reissa już właściwie sprzedali, reszta pewnie odejdzie po sezonie, kalkulował smutno. Może puchary uratują sytuację? Może tak, może nie, ile to już razy puchary miały nas zbawić. Gustaffson dobrze pamiętał klęski z Goeteborgiem i Spartakiem Moskwa w walce o wejście do Ligi Mistrzów. Dobrze pamiętał wielkiego Lecha początku lat 90. który miał być pierwszą naszą eksportową jedenastką po wprowadzeniu kapitalizmu, a stał się przykładem rozkładu piłkarskiego PGR-u.
Dobrze pamiętał tego Lecha, ale teraz musiał o nim zapomnieć, ponieważ wchodził do Kisielic, gdzie poruszało się zupełnie inne tematy. Był to całkiem, bowiem, nowy lokal, w którym spotykali się studenci i studentki przede wszystkim kulturystyki udający i udające artystów i artystki, albo przynajmniej ich dobrych znajomych. Rozmowy obracały się wokół filmów Jarmusha, przedstawień teatrów alternatywnych, wernisaży, koncertów, wycieczek do Pragi, Berlina na Kreuzberg lub do Krakowa na Kazimierz oraz wokół tego, kogo się fajnie rżnie, a kogo nie. Gustaffson nie lubił specjalnie żadnego z powyższych tematów, lubił natomiast kilka osób, które tu zachodziły.
Wśród nich był oczywiście znamienity muzyk młodego pokolenia, a zarazem wytrawny bramkarz Franza Schpenhauera, czyli po prostu Falset we własnej, niezakłamanej osobie. On nie tyle był w Kisielicach w tym akurat momencie, nie tyle nawet bywał tam często, on tam właściwie mieszkał. Wychodził stamtąd tylko wtedy, gdy w mieście działo się coś szalenie istotnego, albo wyczuł, że na Fabrycznej jest świeży chleb grzankowy. Mogło się także zdarzyć, że wyciągała go z Kisielic jakaś piękna kobieta, ale to się prawie nie zdarzało ku rozpaczy Falseta. Tak czy owak, Falset był w lokalu formalnie na stanie i nie do ruszenia.
Teraz też się nie ruszał, gdyż jeszcze się nie obudził po imprezie z dnia poprzedniego. Obok niego był już jednak nieodłączny Kuba Śruba deklamujący najnowsze wiersze swoje przedniej jakości i pierwszej świeżości. Wokół Kuby był wianek niewiast o różnym potencjale aprobaty. Śruba w odróżnieniu od Falseta cieszył się powodzeniem niesłabnącym nigdy i nigdzie. Właściwie zawsze miał kogo za włosy chwycić i do jaskini zaciągnąć, choć akurat korzystał z tego umiarkowanie, będąc zakochanym do granic niemożliwości w kobiecie jedynej w swoim rodzaju, aczkolwiek prawdopodobnie absolutnie nierealnej w swojej doskonałości. Dość powiedzieć, że jeśli w ogóle istniała to musiała być bardzo malutka, ponieważ prawie nikt jej nigdy nie widział.
W tym momencie dostrzegł ją tylko Gustaffson, który bardzo jej zazdrościł umiejętności niewidzialności. Ba, Łokietek, który wzrostu był przecież nikczemnego, podkochiwał się nawet w pięknej dziewczynie niewidce. Na imię miała adekwatnie do stanu, imała się bowiem Maligna. To że się w niej kochał Łokietek, to nic jeszcze było, to że się z nią prowadzał Śruba, to zaskakującym nie było. Serca mieli bowiem miękkie jak nawierzchnia Alei Niepodległości w letnim upale. Ale to że potrafili dla niej stracić głowę zimnokrwiści Sid jak również Gustaffson, to już świadczyć musiało, że Maligna urok miała nieziemski, a wpływ na rzeczywistość większy niż niejeden Bóg.
Teraz jednak po prostu sączyła piwo, smutnym wzrokiem wodząc po Śrubie zakręconym w wianuszek dziewcząt młodych, chętnych i głupich jak się tylko da. Ożywiła się, widząc wchodzącego Gustaffsona, bo wiedziała, że kto jak kto, ale on z pewnością nie zauważy w knajpie nikogo poza nią. Lubiła go właśnie za to, że mogła liczyć na jego zainteresowanie, czego nie można powiedzieć o wielu innych bywalcach Kisielic, jak również innych lokali, w których bywała. Z Gustaffsonem znali się jeszcze ze szkoły, a takie znajomości jak wiadomo ważne są i pomagają przetrwać w nieprzyjaznym świecie.
Zgodnie z przewidywaniami Gustaffson uśmiechnął się szeroko, choć smutno, dostrzegając w tłumie beznadziejnie obojętnych mu osób, swoją drogą koleżankę Malignę. Można powiedzieć, że łączyło ich powinowactwo dusz. Nie było przypadkiem, że spotkali się w podobnym czasie, w podobnym miejscu. Nie było przypadkiem, że obok nich pojawił się Śruba, Łokietek czy Lewiatanowicz. To nie był przypadek, to był kwiat młodzieży wielkopolskiej. Łączyło ich coś więcej niż zamiłowanie do piosenek Nicka Cave’a czy innego Toma Waitsa. Łączyła ich misja.
Teraz jednak nieco się od siebie oddalili. Nie byli już skoszarowani jak jeszcze niedawno. Teraz swobodnie działali na własną rękę. Jak agenci spuszczeni ze smyczy. Zrzuceni na spadochronach w newralgicznych punktach, pozostawali w uśpieniu aż do godziny zero. Oczywiście, byli na tyle blisko, że kontaktowali się ze sobą, ale w kontaktach tych unikali jak ognia tematu choć delikatnie nawiązującego do celu misji. Wyjątkiem były oczywiście spotkania na samym szczycie, w których jednak Maligna nie brała udziału, bo Łokietek powiedział, że nie będzie cudzych dup przyjmował do swojej centrali. Tak, niestety nawet najlepsi z najlepszych nie byli wolni od przyziemnych determinant.
Cześć Gustaff, powiedziała Maligna z uśmiechem jakiego nie powstydziłaby się Julia Roberts. Cześć Mali, powiedział Gustaffson z miną smutnego bobra, której nie powstydziłby się sam Nicholas Cage. Uściskali się serdecznie, a trzeba wiedzieć, że Gustaffson nie ściskał się byle kim, co dodatkowo potwierdzało niepodwarzalną pozycję Maligny w środowisku. Co tam? Zapytała Maligna, wiedząc, jaką odpowiedź otrzyma. Dolina. Odpowiedział Gustaffson, który wiedział dokładnie, jakiej odpowiedzi spodziewa się Maligna. Co u Władeczka? Zapytała o Łokietka, żeby dać Gustaffsonowi chwilę na zebranie myśli. Odjebało mu. Odpowiedział zgodnie z prawdą Gustaffson. Chce wykraść Papieżowi czwartą tajemnicę fatimską, uściślił, żeby nie być gołosłownym.
Jakiemu Papieżowi? Zapytała Maligna, która jako jedna z nielicznych w tym było nie było postępowym towarzystwie, miała szansę być osobą absolutnie nieskalaną religią katolicką ani właściwie żadną inną. W kraju naszym, moja droga, rozpoczął wywód zawsze przygotowany Gustaffson, mamy zaszczyt szczycić się największym na świecie pogłowiem owieczek a także z dumą możemy chwalić się tym, że spośród nas wywodzi się najwybitniejszy pasteż jakiego świat kiedykolwiek widział. Nie lubię rolników, podsumowała wątek Maligna, powiedz Władkowi, żeby w soję wszedł.
W środowisku owszem zaczęły się wtedy szerzyć różne mody niemięsne, ale faktycznie czołówka ruchu była na nie impregnowana. Ani Łokietek, ani Gustaffson nie reflektowali na sojowe przysmaki, choć już Lewiatanowicz deklarował wstrzęmieźliwość kulinarną od niepamiętnych czasów, a możliwe, że mięsa nie jadł nawet w poprzednich wcieleniach. A Falset otarł się nawet o ruch straight edge, choć trzeba przyznać, że szybko się to otarcie zagoiło, a steki zatryumfowały nad tofu w jego jadłospisie.
Ech, Maligna, jaka ty szczęśliwa jesteś, będąc wolną od tych wszystkich kulturowych powikłań, westchnął Gustaffson. Możesz nie wiedzieć, kto to Papież, możesz nie jeść schabowych. Właściwie możesz nawet nie oglądać skoków narciarskich. Czytasz sobie Hrabala, oglądasz Sveraka, Menzela, jeździsz do Pragi zamiast do Warszawy. Czeski sen, normalnie. Maligna miała bowiem urocze czeskie pochodzenie, co zaczynało być dla wielu podejrzane, bowiem jak to możliwe, że czeskie ślady nagle na przełomie wieków tak mocną zaznaczają się na mapie Poznania?
Pytanie takie, owszem, może się zrodzić, ale jedynie w głowie kompletnych ignorantów. Tych, którzy nie wiedzą o sięgającej zamierzchłego średniowiecza tradycyji kontaktów czesko-wielkopolskich. Maligna, jak i Smetana czy Milenka, jak również Jizik Koniecpolski, byli bowiem kolejnym ogniwem długiego łańcuszka współpracy, którą zapoczątkowała żona Mieszka Dobrawa, która nie tylko dała mu syna, ale jeszcze nawróciła go na jedynie słuszną religię, dzięki czemu Papież Polak mógł w ogóle zostać papieżem. Wiedział o tym dobrze Łokietek i dlatego parł więc ze wszystkich sił witalnych do zawarcia związku małżeńskiego z Maligną w celu stworzenia dynastii na miarę Nowej Europy Środkowej.
Gustaffson znał plany Łokietka, ale nie puszczał pary z gęby. Był taktowny jak mało kto i nie mieszał się w związki przyjaciół oraz współpracowników czy współtowarzyszy broni. Tymczasem obudził się Falset. Otworzył oczy, wstał i zaczął tańczyć. Był to szalony taniec. Z głośników runął na wszystkich David Bowie. Zewsząd pojawiły się nogi i ręce Falseta. Let’s dance. Po chwili wianuszek bachantek przepłynął od deklamującego Kuby Śruby do szalejącego Falseta. Maligna utonęła w ramionach opuszczonego poety, Gustaffson zamówił Wściekłego Psa. Od wejścia dobiegł stanowczy głos Łokietka.
CDN
poniedziałek, sierpień 23, 2010
15. Bóg umarł, pokaż cycki
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego stulecia Instytut Fantasmagorii Akademii Szamarzewskiej podzielił się na dwie podstawowe części. Schizma przebiegała dokładnie między pokojami kognitywistyków i neoplatoników, które to pokoje stanowiły solidne przedmurza obydwu obozów. Kryterium podziału było absurdalnie nienaukowe, albowiem chodziło o rzecz absolutnie uznaniową. Mianowicie o ewentualne istnienie Absolutu.
Zgromadzeni wokół Profesora Boga wszelkiej maści tradycjonaliści, utrzymywali, że Absolut oczywiście z całą pewnością ewentualnie istnieje. Stojący natomiast za Profesorem Szatanem liberałowie obstawali przy twierdzeniu, że Absolut ewentualnie nie istnieje jak bum cyk. Jedni i drudzy starali się kaptować kolejne roczniki narybku fantasmagorycznego, nie przebierając w środkach i nie cofając się przed najbardziej nikczemnymi praktykami.
Łokietek i jego przyjaciele zdawali sobie sprawę, że będą języczkiem u wagi, który może przechylić szalę zwycięstwa na jedną ze stron. Czuli związaną z tym presję, ale starali się zachować równy dystans do obu stron. Nie bardzo się to niestety udawało, ponieważ niektórzy z nich związali się z konkretnymi obozami już wcześniej. Na przykład Lewiatanowicz był silnie związany z ośrodkiem postmodernistycznym, nad którym pieczę trzymał sam Profesor Szatan, a z kolei Nygus nie ukrywał swoich ciągot gnostycznych jak i mesjanistycznych zarazem.
Rola Łokietka, który sam sympatyzował z ruchem platońskim, musiała polegać na spajaniu tego, co rozłączne i wypełnianiu tego co puste, jak i opróżnianiu tego co pełne. Choć nie był urodzonym dyplomatą, jakoś udawało mu się utrzymać swoją drużynę w równowadze ducha. Lewe skrzydło pod wodzą Lewiatanowicza stanowili Nano, Mano, Falset, Sid, Automatykiewicz oraz dochodzący Robson i Ferdynand, jak również Gustaffson. Natomiast po prawej dominował nieokiełznany Nygus wspierany przez pospolite ruszenie różnej proweniencji, samego Łokietka, jak również Gustaffsona.
Gustaffson posiadał bowiem tę cenną cechę, że potrafił z równym zapałem bronić dowolnej tezy. Nie był to nigdy wielki zapał, ale zazwyczaj wystarczający. Wspomagał zatem różne obozy w zależności od nastroju dnia. Nie lubił, gdy się go nazywało koniunkturalistą lub kunktatorem, ponieważ zazwyczaj wybierał frakcje słabsze, wspomagając je ostrzem swej pięciowartościowej logiki i trójzębnej dialektyki. Wszelkie granice były dla niego tak nieostre, że równie dobrze mógł się zapisać do chóru katedralnego jak i do bojówki anarchistycznej Rzeźnika. Nie uczestniczył w żadnej z nich, bo był ponadto mało angażujący się.
Profesor Szatan mieszkał na Wildzie. To nie była żadna tajemnica, bo śpiewał o tym nawet Grabaż w swojej słynnej piosence, o co, notabene, Profesor miał do niego piekielne pretensje. Upiekło się śpiewakowi tylko dzięki interwencji Mano, który miał dwie podstawowe słabości muzyczne. Chumbawamba z Leeds oraz Pidżama Porno z Poznania grały w jego głowie non stop, chyba że akurat zakradł się tam Mungo Jerry z niezniszczalnym „In the summertime” lub Starsi Panowie z radykalnym utworem fantasmagorycznym „Mambo Spinoza”. W każdym razie Mano ubłagał Profesora Szatana, żeby nie robił krzywdy mistrzowi Grabażowi, jak też nie wykluczał go z Światowej Rady Wildy.
Mieszkanie Profesora znajdowało się w tych samych okolicach co i Świetlica Ludowa Buena Viśta, i Fabryczna, i słynny sklep „U Żela”, gdzie Profesor podobnie jak goście Gustaffsona i sam Gusstaffson zaopatrywali się w wafelki. Mieszkał bowiem Profesor w samym środku wildeckiego Trójkąta Bermudzkiego, który stanowiła zrazu ponuro szara, z czasem wściekle pomarańczowa kamieniczka z oficynką vis a vis kamienicy, w której kwaterę mieli Gustaffson i przyjaciele. Ten niepozorny obiekt krył w sobie wielką tajemnicę bytu. Tak przynajmniej twierdzili wildeccy złomiarze oraz Profesor Szatan. Łokietek nakazał swojej drużynie zachować w tej kwestii daleko idący sceptycyzm.
Pan wybaczy, Profesorze, ale to co pan mówi o tej kamienicy, wydaje mi się nadto sensacyjne, aby mogło być prawdą, mawiał zatem każdorazowo z całą swoją wytworną dyplomacją Gustaffson, kiedy tylko Profesor zaczynał swój ulubiony temat. Opowiadał naprawdę niestworzone historie, że Michał Archanioł leży związany w kiblu na półpiętrze, a pod zlewem trzyma taśmę video z materiałami obciążającymi jednego z najbliższych współpracowników Papieża Polaka. No mówię Wam, chłopaki, on był w Hitlerjugend. Tak tak, odpowiadali poklepując Szatana po plecach, a następny papież będzie Murzynem.
Chłopcy nie dlatego uznawali rewelacje Szatana za wyolbrzymione, że nie szanowali jego dorobku i postawy życiowej. To swoją drogą, ale ważniejszy powód był taki, że polityka Łokietka tego wymagała. Zdanie Łokietka święta rzecz, mawiał Gustaffson, który zdawał sobie sprawę ile znaczy autorytet władcy w czasach kompletnego bezhołowia. Profesor Szatan liczył, że łatwo przeciągnie to libertyńskie towarzystwo na swoją stronę. Przecież oni myślą bardzo podobnie do mnie, kalkulował, nic ich nie łączy z Bogiem i tą jego hałastrą. Podsunę im kilka kwitów i będzie po sprawie.
Nie wziął jednak pod uwagę, że Łokietek po rozmowie z Giedroyciem zrobił się bardzo ostrożny. Postanowił chwilowo nie forsować reform i trzymać się twardo kursu platońskiego. Wiedział bowiem, że jeśli zacznie nadawać na tych samych falach co reszta establishmentu fantasmagorycznego, straci swoją jedyną i niepowtarzalną pozycję, a co za tym idzie zostanie zmarginalizowany. Michnik tylko czeka, żeby na moje miesjce wsadzić jakiegoś swojego pupilka. Kadry już są przygotowywane, mówił do Gustaffsona, jeden nasz błąd i po nas.
Nieufność Łokietka wobec Szatana miała swoje podstawy. Szatan nie wydawał się być poważnym partnerem. Kiedyś Łokietek dał mu szansę. To było jeszcze w czasach, kiedy współpracował z CIA, sprzątając komunistycznych agentów we władzach USA. Szatan natomiast zaczynał wtedy swoją karierę pseudonaukową w Polsce. Pod przykrywką egzystencjalizującego matematyka wpisał się w nurt umiarkowanie lewicujących fantasmagorystów. To był jedyna droga, żeby nie dać się wciągnąć w dogmaty marksistowskie. Wbrew pozorom bowiem Szatan nie lubił się z Marksem. Uważał go za niebezpiecznego marzyciela i uzurpatora.
Szatan wtedy zajmował się wprowadzaniem elementów logiki do metodologii nauk humanistycznych. Inspirował działania, które sprawiły, że w Poznaniu powstał bardzo silny ośrodek metodologiczny wpływający na sposób prowadzenia badań nie tylko w krajowych ośrodkach. Właściwie spod jego wpływu wyłączone zostałe jedynie ośrodki sponsorowane bezpośrednio przez Watykan. Mucha nie siada, nieźle to zakręciłeś, powiedział wtedy Łokietek do Szatana. Wykorzystałeś okazję idealnie, mam w związku z tym do ciebie prośbę. Niebawem robimy zamach na Kennedy’ego i potrzebujemy pewnej informacji.
Ale co ja mam z tym wspólnego, żachnął się wtedy Szatan, róbcie swoje, ja nie przyłożę do tego ręki. Bez ciebie nie damy rady. Potrzebujemy ważnej informacji, do której tylko ty masz dostęp. Dusił Łokietek. Ja nic nie wiem, o czym ty w o ogóle gadasz? Szczerze mówił Szatan. Biurko Ajdukiewicza, powiedział twardo Łokietek. W nim jest to, czego szukam. Co takiego? Tajemnica, odparował zamachowiec, mogę ci tylko powiedzieć, że Kennedy był w Polsce tuż przed wojną i ukrył tutaj ważne dokumenty. Dlaczego akurat tutaj? Przecież wiedział, co tu będzie się działo. Trzeźwo zauważył Szatan.
A powiedziałeś mu, że wszystko jest ukartowane i Polska nie ma szans? Zapytał Łokietek, wiedząc, że tamten zaprzeczy. No nie, odparł zgodnie z przewidywaniami Szatan. A widzisz, ja mu też nie powiedziałem, ani nikt inny z naszego obozu. Bidak miał niepełne informacje, podobnie jak teraz, he he – zatarł śmiejąc się szyderczo Łokietek, wiedząc, że dni JFK zostały dokładnie policzone. Ale co ma do tego biurko Kazia Ajdukiewicza, dopytywał Szatan, nadal nic nie rozumiejąc. Spotkali się w Warszawie, w lipcu 1939 i Kennedy przekazał Ajdukiewiczowi ważne informacje, które miał od Russella. Co w nich było? Dopytywał ciekawski Szatan.
Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, zaśmiał się Łokietek i pogroził palcem Szatanowi. Nie mógł wyjawić Szatanowi tego, co było w dokumentach, bo wtedy straciłby przewagę nad nim, a tym samym inicjatywę. Sytuacja jest taka, powiedział do Szatana, że albo dasz mi dostęp do biurka Ajdukiewicza, albo też będę musiał te wiadomości wydobyć od niego osobiście. Nie będę ci ułatwiał zadania, Łokietek. Powiedział z nienawiścią Szatan i poszedł na wykład. Działo się to dokładnie 10 kwietnia 1963 roku. Dwa dni później legendarny polski logik i filozof Kazimierz Ajdukiewicz zmarł nagle na atak serca. Kilka miesięcy później, w listopadzie John Fitzgerald Kennedy zmarł nagle na atak zamachowca.
Łokietek wiedział kto zabił Kennedy’ego, ale nie wiedział, co się naprawdę stało z autorem jego ulubionego podręcznika do fanstasmagorii pt. „Zagadnienia i kierunki filozofii” wydanego w 1949 roku, zanim jeszcze Kołakowski z drużyną zaczęli robić porządek na odcinku. Dopóki trwała zimna wojna niewiele mógł wyjaśnić. Zarobiony był. Zamach na Kennedy’ego otworzył prawdziwą puszkę już nawet nie Pandory, ale wręcz Paprykarza Szczecińskiego. Wszyscy się wściekli, bo nikt nie wiedział, co się tam stało. Łokietek zrobił to na własną rękę, nie dostarczając nikomu niezbitych dowodów. Nie można było postawić przysłowiowej kropki nad i.
Ofensywa hippisowska, którą przeprowadził w tym czasie Szatan, nie ułatwiła życia Łokietkowi. CIA było na niego wściekłe za to, że zlikwidował kolesia, który miał im zapewnić spokojne działanie na lata. Przez ciebie te lewaki zdobywają teren, JFK byłby dla nich świetnym katalizatorem. Zepsułeś, kurwa, nasz cały misterny, kurwa, plan. Spoko, luzik, wiem co robię, mówił im Łokietek. Ale oni go już nie słuchali. John McCone, ówczesny szef tajnych służb, chciał mu nawet obciąć jaja. Na szczęście skończyło się na zesłaniu Łokietka w czarną dupę. To znaczy do Afryki. Miał tam dopilnować, żeby wszystkie państwa nie tylko odzyskały niepodległość, ale jeszcze odzyskały ją po właściwej stronie barykady.
Teraz to już były stare dzieje, ale Łokietek wiedział z kim ma do czynienia. Odwrotnie jak Szatan, który nie poznał Łokietka i myślał, że ma do czynienia z niewinną grupą entuzjastów postmodernistycznej wolności. Szybko przeciągnął na swoją stronę Lewiatanowicza, który lobbował potem w towarzystwie za trwałym sojuszem z Szatanem. Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn łeb użyna, powiedział Łokietek, robiąc dłonią charakterystyczny znak podcinania gardła. Kęsim, kęsim, dodał i zarechotał donośnie.
Intytut Fantasmagorii nie spodziewał się, że przyjmując Łokietka napyta sobie aż takiej biedy. Nie spodziewał się tego ani Profesor Szatan, ani Profesor Bóg ciągnący z tyłu za sznurki, ani Wielki Strażnik Trajektorii Lotu Profesor Zuch. Gdy się zorientowali było już za późno. Walka między gigantami musiała się odbyć. Ciężkozbrojni jeźdźcy Apokalipsy już ubijali ziemię na strzeszyńskich nieużytkach. Tymczasem jednak, wszyscy spokojnie pili herbatę i oglądali pornografię na świeżo zakupionych komputerach pracowni internetowej.
CDN
Zgromadzeni wokół Profesora Boga wszelkiej maści tradycjonaliści, utrzymywali, że Absolut oczywiście z całą pewnością ewentualnie istnieje. Stojący natomiast za Profesorem Szatanem liberałowie obstawali przy twierdzeniu, że Absolut ewentualnie nie istnieje jak bum cyk. Jedni i drudzy starali się kaptować kolejne roczniki narybku fantasmagorycznego, nie przebierając w środkach i nie cofając się przed najbardziej nikczemnymi praktykami.
Łokietek i jego przyjaciele zdawali sobie sprawę, że będą języczkiem u wagi, który może przechylić szalę zwycięstwa na jedną ze stron. Czuli związaną z tym presję, ale starali się zachować równy dystans do obu stron. Nie bardzo się to niestety udawało, ponieważ niektórzy z nich związali się z konkretnymi obozami już wcześniej. Na przykład Lewiatanowicz był silnie związany z ośrodkiem postmodernistycznym, nad którym pieczę trzymał sam Profesor Szatan, a z kolei Nygus nie ukrywał swoich ciągot gnostycznych jak i mesjanistycznych zarazem.
Rola Łokietka, który sam sympatyzował z ruchem platońskim, musiała polegać na spajaniu tego, co rozłączne i wypełnianiu tego co puste, jak i opróżnianiu tego co pełne. Choć nie był urodzonym dyplomatą, jakoś udawało mu się utrzymać swoją drużynę w równowadze ducha. Lewe skrzydło pod wodzą Lewiatanowicza stanowili Nano, Mano, Falset, Sid, Automatykiewicz oraz dochodzący Robson i Ferdynand, jak również Gustaffson. Natomiast po prawej dominował nieokiełznany Nygus wspierany przez pospolite ruszenie różnej proweniencji, samego Łokietka, jak również Gustaffsona.
Gustaffson posiadał bowiem tę cenną cechę, że potrafił z równym zapałem bronić dowolnej tezy. Nie był to nigdy wielki zapał, ale zazwyczaj wystarczający. Wspomagał zatem różne obozy w zależności od nastroju dnia. Nie lubił, gdy się go nazywało koniunkturalistą lub kunktatorem, ponieważ zazwyczaj wybierał frakcje słabsze, wspomagając je ostrzem swej pięciowartościowej logiki i trójzębnej dialektyki. Wszelkie granice były dla niego tak nieostre, że równie dobrze mógł się zapisać do chóru katedralnego jak i do bojówki anarchistycznej Rzeźnika. Nie uczestniczył w żadnej z nich, bo był ponadto mało angażujący się.
Profesor Szatan mieszkał na Wildzie. To nie była żadna tajemnica, bo śpiewał o tym nawet Grabaż w swojej słynnej piosence, o co, notabene, Profesor miał do niego piekielne pretensje. Upiekło się śpiewakowi tylko dzięki interwencji Mano, który miał dwie podstawowe słabości muzyczne. Chumbawamba z Leeds oraz Pidżama Porno z Poznania grały w jego głowie non stop, chyba że akurat zakradł się tam Mungo Jerry z niezniszczalnym „In the summertime” lub Starsi Panowie z radykalnym utworem fantasmagorycznym „Mambo Spinoza”. W każdym razie Mano ubłagał Profesora Szatana, żeby nie robił krzywdy mistrzowi Grabażowi, jak też nie wykluczał go z Światowej Rady Wildy.
Mieszkanie Profesora znajdowało się w tych samych okolicach co i Świetlica Ludowa Buena Viśta, i Fabryczna, i słynny sklep „U Żela”, gdzie Profesor podobnie jak goście Gustaffsona i sam Gusstaffson zaopatrywali się w wafelki. Mieszkał bowiem Profesor w samym środku wildeckiego Trójkąta Bermudzkiego, który stanowiła zrazu ponuro szara, z czasem wściekle pomarańczowa kamieniczka z oficynką vis a vis kamienicy, w której kwaterę mieli Gustaffson i przyjaciele. Ten niepozorny obiekt krył w sobie wielką tajemnicę bytu. Tak przynajmniej twierdzili wildeccy złomiarze oraz Profesor Szatan. Łokietek nakazał swojej drużynie zachować w tej kwestii daleko idący sceptycyzm.
Pan wybaczy, Profesorze, ale to co pan mówi o tej kamienicy, wydaje mi się nadto sensacyjne, aby mogło być prawdą, mawiał zatem każdorazowo z całą swoją wytworną dyplomacją Gustaffson, kiedy tylko Profesor zaczynał swój ulubiony temat. Opowiadał naprawdę niestworzone historie, że Michał Archanioł leży związany w kiblu na półpiętrze, a pod zlewem trzyma taśmę video z materiałami obciążającymi jednego z najbliższych współpracowników Papieża Polaka. No mówię Wam, chłopaki, on był w Hitlerjugend. Tak tak, odpowiadali poklepując Szatana po plecach, a następny papież będzie Murzynem.
Chłopcy nie dlatego uznawali rewelacje Szatana za wyolbrzymione, że nie szanowali jego dorobku i postawy życiowej. To swoją drogą, ale ważniejszy powód był taki, że polityka Łokietka tego wymagała. Zdanie Łokietka święta rzecz, mawiał Gustaffson, który zdawał sobie sprawę ile znaczy autorytet władcy w czasach kompletnego bezhołowia. Profesor Szatan liczył, że łatwo przeciągnie to libertyńskie towarzystwo na swoją stronę. Przecież oni myślą bardzo podobnie do mnie, kalkulował, nic ich nie łączy z Bogiem i tą jego hałastrą. Podsunę im kilka kwitów i będzie po sprawie.
Nie wziął jednak pod uwagę, że Łokietek po rozmowie z Giedroyciem zrobił się bardzo ostrożny. Postanowił chwilowo nie forsować reform i trzymać się twardo kursu platońskiego. Wiedział bowiem, że jeśli zacznie nadawać na tych samych falach co reszta establishmentu fantasmagorycznego, straci swoją jedyną i niepowtarzalną pozycję, a co za tym idzie zostanie zmarginalizowany. Michnik tylko czeka, żeby na moje miesjce wsadzić jakiegoś swojego pupilka. Kadry już są przygotowywane, mówił do Gustaffsona, jeden nasz błąd i po nas.
Nieufność Łokietka wobec Szatana miała swoje podstawy. Szatan nie wydawał się być poważnym partnerem. Kiedyś Łokietek dał mu szansę. To było jeszcze w czasach, kiedy współpracował z CIA, sprzątając komunistycznych agentów we władzach USA. Szatan natomiast zaczynał wtedy swoją karierę pseudonaukową w Polsce. Pod przykrywką egzystencjalizującego matematyka wpisał się w nurt umiarkowanie lewicujących fantasmagorystów. To był jedyna droga, żeby nie dać się wciągnąć w dogmaty marksistowskie. Wbrew pozorom bowiem Szatan nie lubił się z Marksem. Uważał go za niebezpiecznego marzyciela i uzurpatora.
Szatan wtedy zajmował się wprowadzaniem elementów logiki do metodologii nauk humanistycznych. Inspirował działania, które sprawiły, że w Poznaniu powstał bardzo silny ośrodek metodologiczny wpływający na sposób prowadzenia badań nie tylko w krajowych ośrodkach. Właściwie spod jego wpływu wyłączone zostałe jedynie ośrodki sponsorowane bezpośrednio przez Watykan. Mucha nie siada, nieźle to zakręciłeś, powiedział wtedy Łokietek do Szatana. Wykorzystałeś okazję idealnie, mam w związku z tym do ciebie prośbę. Niebawem robimy zamach na Kennedy’ego i potrzebujemy pewnej informacji.
Ale co ja mam z tym wspólnego, żachnął się wtedy Szatan, róbcie swoje, ja nie przyłożę do tego ręki. Bez ciebie nie damy rady. Potrzebujemy ważnej informacji, do której tylko ty masz dostęp. Dusił Łokietek. Ja nic nie wiem, o czym ty w o ogóle gadasz? Szczerze mówił Szatan. Biurko Ajdukiewicza, powiedział twardo Łokietek. W nim jest to, czego szukam. Co takiego? Tajemnica, odparował zamachowiec, mogę ci tylko powiedzieć, że Kennedy był w Polsce tuż przed wojną i ukrył tutaj ważne dokumenty. Dlaczego akurat tutaj? Przecież wiedział, co tu będzie się działo. Trzeźwo zauważył Szatan.
A powiedziałeś mu, że wszystko jest ukartowane i Polska nie ma szans? Zapytał Łokietek, wiedząc, że tamten zaprzeczy. No nie, odparł zgodnie z przewidywaniami Szatan. A widzisz, ja mu też nie powiedziałem, ani nikt inny z naszego obozu. Bidak miał niepełne informacje, podobnie jak teraz, he he – zatarł śmiejąc się szyderczo Łokietek, wiedząc, że dni JFK zostały dokładnie policzone. Ale co ma do tego biurko Kazia Ajdukiewicza, dopytywał Szatan, nadal nic nie rozumiejąc. Spotkali się w Warszawie, w lipcu 1939 i Kennedy przekazał Ajdukiewiczowi ważne informacje, które miał od Russella. Co w nich było? Dopytywał ciekawski Szatan.
Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, zaśmiał się Łokietek i pogroził palcem Szatanowi. Nie mógł wyjawić Szatanowi tego, co było w dokumentach, bo wtedy straciłby przewagę nad nim, a tym samym inicjatywę. Sytuacja jest taka, powiedział do Szatana, że albo dasz mi dostęp do biurka Ajdukiewicza, albo też będę musiał te wiadomości wydobyć od niego osobiście. Nie będę ci ułatwiał zadania, Łokietek. Powiedział z nienawiścią Szatan i poszedł na wykład. Działo się to dokładnie 10 kwietnia 1963 roku. Dwa dni później legendarny polski logik i filozof Kazimierz Ajdukiewicz zmarł nagle na atak serca. Kilka miesięcy później, w listopadzie John Fitzgerald Kennedy zmarł nagle na atak zamachowca.
Łokietek wiedział kto zabił Kennedy’ego, ale nie wiedział, co się naprawdę stało z autorem jego ulubionego podręcznika do fanstasmagorii pt. „Zagadnienia i kierunki filozofii” wydanego w 1949 roku, zanim jeszcze Kołakowski z drużyną zaczęli robić porządek na odcinku. Dopóki trwała zimna wojna niewiele mógł wyjaśnić. Zarobiony był. Zamach na Kennedy’ego otworzył prawdziwą puszkę już nawet nie Pandory, ale wręcz Paprykarza Szczecińskiego. Wszyscy się wściekli, bo nikt nie wiedział, co się tam stało. Łokietek zrobił to na własną rękę, nie dostarczając nikomu niezbitych dowodów. Nie można było postawić przysłowiowej kropki nad i.
Ofensywa hippisowska, którą przeprowadził w tym czasie Szatan, nie ułatwiła życia Łokietkowi. CIA było na niego wściekłe za to, że zlikwidował kolesia, który miał im zapewnić spokojne działanie na lata. Przez ciebie te lewaki zdobywają teren, JFK byłby dla nich świetnym katalizatorem. Zepsułeś, kurwa, nasz cały misterny, kurwa, plan. Spoko, luzik, wiem co robię, mówił im Łokietek. Ale oni go już nie słuchali. John McCone, ówczesny szef tajnych służb, chciał mu nawet obciąć jaja. Na szczęście skończyło się na zesłaniu Łokietka w czarną dupę. To znaczy do Afryki. Miał tam dopilnować, żeby wszystkie państwa nie tylko odzyskały niepodległość, ale jeszcze odzyskały ją po właściwej stronie barykady.
Teraz to już były stare dzieje, ale Łokietek wiedział z kim ma do czynienia. Odwrotnie jak Szatan, który nie poznał Łokietka i myślał, że ma do czynienia z niewinną grupą entuzjastów postmodernistycznej wolności. Szybko przeciągnął na swoją stronę Lewiatanowicza, który lobbował potem w towarzystwie za trwałym sojuszem z Szatanem. Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn łeb użyna, powiedział Łokietek, robiąc dłonią charakterystyczny znak podcinania gardła. Kęsim, kęsim, dodał i zarechotał donośnie.
Intytut Fantasmagorii nie spodziewał się, że przyjmując Łokietka napyta sobie aż takiej biedy. Nie spodziewał się tego ani Profesor Szatan, ani Profesor Bóg ciągnący z tyłu za sznurki, ani Wielki Strażnik Trajektorii Lotu Profesor Zuch. Gdy się zorientowali było już za późno. Walka między gigantami musiała się odbyć. Ciężkozbrojni jeźdźcy Apokalipsy już ubijali ziemię na strzeszyńskich nieużytkach. Tymczasem jednak, wszyscy spokojnie pili herbatę i oglądali pornografię na świeżo zakupionych komputerach pracowni internetowej.
CDN
Subskrybuj:
Posty (Atom)



